
Yngwie Malmsteen - Magnum Opus
Wydawca: Pony Canyon / CMC / Music For Nations
Rok wydania: 1995
- Vengeance
- No Love Lost
- Tomorrow's Gone
- The Only One
- I'd Die Without You
- Overture 1622
- Voodoo
- Cross The Line
- Time Will Tell
- Fire In The Sky
- Amberdawn
- Cantabile, By Vivaldi [japoński bonus track]
Skład: Yngwie Malmsteen - gitary; Michael Vescera - śpiew; Mats Olausson - instrumenty klawiszowe; Barry Sparks - gitara basowa; Shane Gaalaas - perkusja
Produkcja: Yngwie Malmsteen
W 1995 roku mało było telewizyjnych stacji muzycznych, a jeszcze mniej tych, które emitowałyby melodyjne odmiany rocka i metalu. Z tym większą ochotą zasiadałem więc w czwartkowe wieczory przed niemiecką stacją VIVA, by obejrzeć program Metalla z nadzieją, że "upoluję" jakiś ciekawy teledysk. Pewnego razu dostałem to, na co czekałem. Był to teledysk Yngwie Malmsteena do utworu The Only One, który wyemitowano zresztą pod błędnym tytułem jako No Love Lost. Utwór podobał mi się od samego początku, lecz przede wszystkim powaliła mnie na kolana jego solówka. To było niesamowite i była w tym jakaś magia. To było arpeggio! Następnego dnia pobiegłem do zaprzyjaźnionego sklepu muzycznego i zapytałem o interesującą mnie płytę. Była tylko kaseta, ale byłem zbyt niecierpliwy, by czekać na wersję CD. Minęło wiele lat, a płyta nie znudziła mi się ani trochę. Ale może po kolei...
Magnum Opus, co po łacinie znaczy tyle co Wielkie Dzieło, jest w istocie wielką kontynuacją brzmienia, który Yngwie zapoczątkował już na dwóch poprzednich płytach. Ponownie zaśpiewał na albumie Michael Vescera, moim zdaniem najlepszy z wokalistów Malmsteena, a całość opiera się na solidnej sekcji rytmicznej niesamowitego duetu Sparks / Gaalaas. Płyta zaczyna się bardzo drapieżnie i szybko od utworu Vengeance. Początek jest wprawdzie typowo neoklasyczny, podobnie jak i wstęp do solówki, ale sama kompozycja mogłaby uchodzić nawet za power metalową. Głos wokalisty brzmi dynamicznie i na tyle wysoko, by pasować do muzyki, a zarazem na tyle nisko by nie "ciąć" słuchacza po uszach. Gitarowa solóweczka oczywiście zagrana została bardzo szybko, z dużą dbałością o feeling, podbity dodatkowo efektem Wah-Wah. No Love Lost to przede wszystkim dość zadziorne zwrotki i refren z charakterystyczną "pompką" na basie. Bridge przed solówką to prawdziwy majstersztyk, podobnie jak i sama solówka wraz z podkładem (i tutaj szczególny pokłon dla perkusisty), chociaż podobne rzeczy słyszało się już na płycie The Seventh Sign. Dla odmiany kolejny utwór, Tomorrow's Gone, jest już dużo spokojniejszy. Nie wiem czemu, ale podkłady kojarzą mi się tu z teatralną sceną, może dlatego, że całość brzmi dość majestatycznie. The Only One, piosenka wzmiankowana przeze mnie na wstępie recenzji, to rasowy hard rock, jaki panował w latach '80. Zgrabnie skomponowana zwrotka i refren, ale przede wszystkim doskonała solówka. Od razu słychać niebywałą precyzję wykonawczą, klarowny dźwięk, dobry pomysł i wielką lekkość w graniu, a oglądając teledysk można nacieszyć nie tylko ucho, ale także oko. Po serii dość szybkich kompozycji naszedł czas na spokojniejsze klimaty. I'd Die Without You to wspaniała ballada, jedna z najlepszych w ogóle, a już na pewno spośród tych zagranych przez Yngwiego. Melodie tutaj zaprezentowane nieodparcie kojarzą się z kompozycjami śpiewanymi przez średniowiecznych trubadurów, a całość pasowałaby do życia dworskiego w jakimś starym zamku. Typowo neoklasyczne granie do bólu słychać w następnej kompozycji, Overture 1622, tym razem czysto instrumentalnej. Moim zdaniem jest to najsłabszy kawałek na płycie, bo prezentowane w nim melodie zostały już ograne na poprzednich wydawnictwach dziesiątki razy i przenudziły się do bólu. Tradycyjnie Malmsteen musiał zamieścić też na swojej płycie nieco mroczniejszy numer. Voodoo spełnia się w tej roli znakomicie, tło opiera się na skali frygijskiej i pochodach barokowych (info dla gitarzystów ;) ). Rasowy hard rockowy riff otwiera kolejny utwór, Cross The Line. Wpadające w ucho melodie są po raz kolejny znakiem towarowym Yngwiego, natomiast w solówce mamy trochę z uczuciem zagranego bluesa, który w pewnym momencie przechodzi w dynamiczną i zadziorną stricte rockową melodię. Time Will Tell rozpoczyna się od charakterystycznych dla Orientu nut, by po chwili znów oczarować nas swą teatralnością (już wiem, skąd te skojarzenia z teatrem - oczywiście z utworem Final Curtain pochodzącym z płyty Fire & Ice). Szczególną uwagę przykuwa tu kryształowy głos wokalisty, choć same melodie nawiązują do kilku klimatycznych, klasycznych, hard rockowych kompozycji z lat '70. Kolejny kawałek, Fire In The Sky, jest strukturalnie bardzo podobny do utworu Crash And Burn z poprzedniej płyty oraz znanej piosenki Forever Is A Long Time. Idące ku górze dźwięki linii wokalnej istotnie mogą kojarzyć się ze wznoszeniem się ku niebu. Na zakończenie albumu mamy jeszcze perełkę w postaci neoklasycznej etiudy Amberdawn, której tytuł wziął się od imienia drugiej żony Malmsteena. Bardzo podobną kompozycję zagra cztery lata później Roland Grapow na swojej płycie Kaleidoscope...
Osobiście uważam Magnum Opus za szczytowe osiągnięcie Yngwie Malmsteena, gdyż jego poprzednie płyty bije na głowę. Dodatkowym atutem jest fakt, że w połowie lat '90 mało kto miał jeszcze odwagę tak grać nie oglądając się na panujące trendy. Obowiązkowa pozycja w płytotece każdego fana Yngwiego i chyba jedna z podstawowych w zbiorze każdego miłośnika muzyki hard rockowej.
Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com