
Yngwie J. Malmsteen - Concerto Suite For Electric Guitar And Orchestra In E Flat Minor Opus 1
Wydawca: Canyon Classics / Canyon International / Spitfire Records
Rok wydania: 1998
- Icarus Dream Fanfare
- Cavallino Rampante
- Fugue
- Prelude To April
- Toccata
- Andante
- Sarabande
- Allegro
- Adagio
- Vivace
- Presto Vivace
- Finale
Skład: Yngwie Johann Malmsteen - wszystkie gitary i orkiestracja; Czech Philharmonic Orchestra dyrygowana przez Yoela Leviego; Czech State Opera Chorus
Produkcja: Yngwie Johann Malmsteen
U końca lat '90 wirtuoz gitary Yngwie Malmsteen zrealizował swoje marzenie, a przy tym zaskoczył fanów i utarł nosa konkurencji - nagrał album z towarzyszeniem orkiestry. Dzieło nietypowe, bo bez udziału zespołu rockowego, jak to robili inni, tylko z gitarą elektryczną występującą w roli głównego instrumentu prowadzącego jako część orkiestry.
Jak by tego wszystkiego było mało, Yngwie skomponował całą muzykę, wszystkie partie poszczególnych instrumentów, więc jest to dzieło całkowicie autorskie. Muzyk nie poszedł na łatwiznę i nie poprosił orkiestry o dogranie paru partii, jak Deep Purple, Metallica i kilku innych, ale stworzył wszystko od zera, wzorem najlepszych dawnych i współczesnych kompozytorów. Przy okazji okazało się, że Malmsteen nie zna zapisu nutowego, nie potrafi nut ani czytać ani zapisywać, chociaż niewątpliwie posiada nieprzeciętny słuch i wyczucie harmonii ze znajomością skal włącznie. Proces komponowania materiału wyglądał mniej więcej tak, że gitarzysta odgrywał partie poszczególnych instrumentów na gitarze, a jego klawiszowiec Mats Olausson grał mu to na syntezatorach z właściwym brzmieniem. Kiedy całość była gotowa, partyturę nutową (liczącą ponoć 307 stron!) dla orkiestry rozpisał inny magik klawiszy - David Rosenthal. Materiał zarejestrowany został jeszcze w 1997 r. przed nagraniem albumu Facing The Animal, ale na jego wydanie trzeba było trochę poczekać, a czekać było naprawdę warto. Przede wszystkim nie jest to płyta rockowa i należy ją traktować jako wydawnictwo z zakresu muzyki poważnej sensu stricto. Dla nikogo nie było niespodzianką, że wielką inspiracją dla stylu gry Yngwiego byli tacy kompozytorzy jak Bach, Vivaldi czy Paganini, fani przyzwyczaili się już do neoklasycznych wstawek w solówkach mistrza, teraz oto dostali cały krążek utrzymany w takim stylu. Dzięki zastosowaniu orkiestry, w tłach użyć można było wielu elementów artykulacyjnych, które nie bardzo mogą być zastosowane przy typowo rockowym składzie, za to pozwalają na takie efekty dynamiczne jak np. zróżnicowana siła głośności poszczególnych dźwięków. Przy okazji warto zastanowić się, do kogo kierowane jest owo wydawnictwo. Typowy słuchacz muzyki rozrywkowej nie ma tu czego szukać, metalowo-rockowa brać legendarnego "pałera" też tu nie znajdzie, miłośnicy muzyki poważnej mogą tego krążka nie znać. Tak więc na pewno jest to rzecz obowiązkowa dla fanów Yngwiego, ludzi z kręgów muzyki klasycznej szukających czegoś nietypowego i dla wszystkich, którzy są wrażliwi na dzieła sztuki. Otwierająca płytę kompozycja Icarus Dream Fanfare (pewne nawiązanie do piosenki o podobnym tytule z debiutu Yngwiego) pokazuje ogólny kierunek, w jakim podążył wirtuoz - cały utwór jest spokojny, ale zawiera szybsze momenty. Wszystko jest wysmakowane i dopracowane do perfekcji, wzorem klasyków wyodrębnić można tu powtarzające się partie, które można nazwać zwrotkami i refrenami, poprzeplatane występami solowymi i improwizacjami. Styl gry Malmsteena jest ogólnie znany, nic się w tej materii nie zmieniło, gdy się ktoś głębiej wsłucha, dosłyszy frazowanie typowe dla dotychczasowych utworów instrumentalnych nagranych przez Yngwiego. Cavallino Rampante swym tytułem idealnie oddaje nastrój kawałka, kojarzy się z narowistym koniem, którego należy oswoić. Swym klimatem doskonale nadawałby się jako podkład muzyczny do jakiejś opery (podobieństwa stylistyczne do "Jeziora Łabędziego" Czajkowskiego, "Bolera" Ravela, czy "Carmen" Bizeta). Pod względem dynamiki, napięcia i melodyki jest to jakby inwersja w stosunku do kompozycji poprzedniej, tam było najpierw spokojnie, a potem bardziej dynamicznie, tutaj dokładnie na odwrót. Pewien ukłon w kierunku Mozarta i Haydna mamy w Fugue, choć i podobieństw do niektórych miniaturek Bacha można się tu dosłyszeć. W odróżnieniu od poprzedników, teraz jest to kompozycja dużo weselsza, choć w środku zastosowano groźnie brzmiący chór, co zresztą daje bombowy efekt. Zdecydowanie jeden z moich najulubieńszych momentów na płycie. W Prelude To April, jak się domyślam, utworze dedykowanym ówczesnej żonie Malmsteena, wirtuoz sięga po gitary akustyczne i tworzy klimat niejako serenady. Oczami wyobraźni możemy dodać do tego kochanka, który z gitarą zakrada się pod balkon swojej ukochanej. Właśnie za to lubię takie nagrania, że są bardzo sugestywne, wrażliwa dusza zawsze sobie je z czymś skojarzy. Przy szybszych zagrywkach ogólne połączenie dźwięków przypomina mi bardzo podobne rzeczy grane na akustykach przez takich magików jak Vinnie Moore czy Michael Fath, choć oczywiście u Yngwiego na wcześniejszych krążkach też wiele było tego typu zagrywek. Była już Fuga, teraz nadciąga Toccata. Nadal pracuje gitara akustyczna, momentami jak z dwójki Friedmana, mimo wszystko większość to typowy Malmsteen, chociaż chciałoby się od razu dodać - typowy Bach, zwłaszcza w końcowym fragmencie utworu. Dalej mamy Andante i jak tak patrzę na ogólne nazewnictwo w poszczególnych tytułach, to zastanawiam się, czy aby muzyk nie chce popisać się tu swoją erudycją z zakresu znajomości muzycznych form i temp. Andante to w muzyce tempo "chodzone" i takie też słychać w kompozycji. W środku numeru niespodzianka, miniaturka zaczerpnięta z solówki w Demon Driver, jednego z klasycznych już utworów Malmsteena (ach te miodne trzystrunowe arpeggia!). Tutaj zagrane jest to bardziej subtelnie i nieco wolniej niż w oryginale, ale jest to na tyle charakterystyczna zagrywka, że każdy fan pozna ją od razu. Takich niespodzianek znajdzie się na całej płycie więcej. Sarabande to ukłon w stronę tańców dworskich, ponownie prym wiodą gitary akustyczne, choć tak zaaranżowane, że stylistycznie przypominają lutnie. Reżyserzy filmów kostiumowych nie muszą już szukać inspiracji do swoich produkcji, jak są sprytni i cenią sobie czas, mogą udać się od razu po gotowce od Malmsteena. Allegro z założenia wesołe, ale i podniosłe, trochę brzmi to jak Wagner przeniesiony do epoki Baroku, by potem przejść płynnie w poważne Adagio. Chociaż kompozycji nie można niczego zarzucić, niestety należy powiedzieć wprost, że Yngwie zaczął trochę przynudzać, bo powtarza tylko ogrywane wcześniej patenty, po prostu idzie na łatwiznę. Dalej Vivacem, czyli żywo i dość skocznie, wiele tu nawiązań do klasyków muzyki poważnej, chociaż nikt konkretny akurat nie przychodzi mi teraz do głowy. Na uwagę zasługują perfekcyjne wibrata i tryle oraz te zagrywki wolno wznoszące się i szybko potem opadające (i vice versa), niby patenty oklepane, ale zawsze robiące wrażenie. Presto Vivace to jakby szybsza kontynuacja poprzednika, z tym że jeszcze bardziej wesoła i nawiązująca do muzyki dworskiej. Yngwie strasznie się tu powtarza, ale jeśli będziemy to wytykać mu, to musimy także wytykać kompozytorom muzyki poważnej, którzy przecież robili dokładnie tak samo. Znowu pojawiają się chóry podobne do tych z początku płyty, ale teraz wplecione są jakby bardziej w tło, już tak nie wybijają się do przodu. Więcej będzie ich w zamykającym dzieło Finale, gdzie mamy jakby dialog między solistą a orkiestrą. Pewne partie gitar są tak szybkie, że mogą być bezlitosne dla nieobeznanych z dotychczasowym repertuarem gitarzysty słuchaczy, dźwięki leją się kaskadami i trzeba przyznać, że Yngwie na finiszu poszalał na całego. Wprawne ucho fana dosłyszy cały fragmencik zapożyczony z tytułowej piosenki na Fire & Ice.
Niby nie jest to nic odkrywczego, niejedna orkiestra zagrała niejedną niesamowitą kompozycję. Również Yngwie Malmsteen nie odkrył niczego, czego by sam już wcześniej nie zagrał, ale jak się to wszystko ze sobą zsumuje, to otrzymujemy dzieło genialne, jedno z najlepszych współczesnych wydawnictw z zakresu muzyki poważnej. Nie mam wątpliwości, że za kilkaset lat o Malmsteenie wspominać się jednym tchem w zestawieniu z Vivaldim, Bachem, czy Paganinim, nawet jeśli nie za całokształt twórczości, to przynajmniej za tę płytę. Dla fanów talentu Yngwiego to pozycja obowiązkowa, gdyż jest to jakby podsumowanie jego artystycznego exposee, innym także gorąco polecam tę pozycję, choćby w ramach ciekawostki i intelektualnego "odchamienia" - nie samą rzeźnią żyje człowiek.
Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com