Yngwie J. Malmsteen - Trilogy

Yngwie J. Malmsteen - Trilogy

Wydawca: Polydor / PolyGram
Rok wydania: 1986

  1. You Don't Remember, I'll Never Forget
  2. Liar
  3. Queen In Love
  4. Crying
  5. Fury
  6. Fire
  7. Magic Mirror
  8. Dark Ages
  9. Trilogy Suite Op:5

Skład: Mark Boals - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitary akustyczne i elektryczne, gitara basowa, pedały Taurus; Jens Johansson - instrumenty klawiszowe; Anders Johansson - perkusja

Produkcja: Yngwie J. Malmsteen

Na trzecim studyjnym albumie Yngwie Malmsteena możemy podziwiać muzykę bardziej dojrzałą i zdecydowaną w stosunku do wydawnictwa poprzedniego. Yngwie tak bardzo zapędził się w swych poczynaniach artystycznych, że obsłużył również samodzielnie gitarę basową, natomiast w roli wokalisty zatrudnił Marka Boalsa, który w moim mniemaniu bardziej pasuje do stylu gry Malmsteena niż Jeff Scott Soto. Płyta ta rozpoczęła też serię komercyjnych sukcesów szwedzkiego wirtuoza gitary i przyczyniła się do powstania wielu inspirowanych jego grą zespołów, a sam Yngwie jako gitarzysta zyskał liczne grono naśladowców.

Trilogy usłyszałem po raz pierwszy dość późno, bo dopiero w 1995 r. i to w dodatku całkowicie przypadkowo. Znałem już wtedy inne płyty Malmsteena, ale tak się jakoś złożyło, że akurat ta była dla mnie nieosiągalna. Zdarzyło się jednak, że w jednym ze sklepów w Toruniu, gdzie akurat przebywałem, sprzedawca puścił gdzieś w tle właśnie trójkę Yngwiego i bardzo mi się to spodobało. Nie wiedziałem wtedy, kto to gra, nie znałem jeszcze wokali Boalsa, ale muza przypominała mi Malmsteena, hehe, więc dodatkowo umotywowany przez kolegę zapytałem sprzedawcę, któż to tak tam wymiata. Sprzedawca wyjawił mi tę tajemnicę, ba, nawet zaoferował się zgrać mi płytę na kasetę i jeszcze skserował okładkę! Ile razy taśma kręciła się w moim magnetofonie, tego nie wiedzą nawet najstarsi górale, ale została totalnie dobita. Jakieś dwa lub trzy lata później zdobyłem wreszcie krążek w wersji CD, a w międzyczasie mój kolega nabył owo wydawnictwo w formie radzieckiej płyty analogowej... I muszę stwierdzić, że właśnie odtwarzanie tego dzieła z płyty analogowej wypada najbardziej piorunująco, a dodatkowe trzaski i szumy nadają wszystkiemu magii i uroku. Powalają na kolana już pierwsze dźwięki You Don't Remember I'll Never Forget. Monumentalne klawisze typowe dla połowy lat '80 (od razu przypomina się największy przebój grupy Europe), połączone z potężnymi gitarami i dudniącą perkusją plus przejmujący głos Boalsa naprawdę robią silne wrażenie, po prostu kwintesencja hard rocka owego okresu. Warstwa tekstowa, jak łatwo się domyślić, to typowe żale porzuconego mężczyzny, może to i naiwne, ale doskonale pasuje do muzyki i o to właśnie chodzi. Liar ma w sobie coś z klimatu dwóch pierwszych płyt, tyle że jest zagrany szybciej i może uchodzić za pierwowzór większości kapel power metalowych. Galopujące tempo i wibrujące gitary, ponadto znów fantastyczny Boals w refrenach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z Soto na wokalu muzyka Malmsteena po prostu się marnowała nie mogąc wystarczająco rozwinąć skrzydeł. Z kolei Queen In Love to tempem powrót w klimaty z pierwszego kawałka, tyle że tym razem klawisze nie są tak wyeksponowane do przodu, więcej też ostrzejszych partii gitar, jest bardziej heavy metalowo. Ciekawie rozwija się solówka, patent na takie granie okazał się na tyle dobry, że na późniejszych wydawnictwach będzie on wielokrotnie przez gitarzystę powielany. O ile trzy pierwsze pozycje to dynamiczne hity, o tyle wolniej robi się w równie dobrym Crying, jedynej balladzie na krążku. W całej swej karierze Szwed miał wiele podobnych utworów, więc może z perspektywy czasu ciężko jest ocenić jako wybitny właśnie ten, ale z drugiej strony nie trudno się domyślić, jakie wrażenie musiał robić w momencie wydania. Fury to jedyny kawałek w zestawie, gdzie Boals się nie spisał, tak samo gitary nie bardzo oddają tytuł kompozycji, która przecież zgodnie z zapowiedzią powinna być dzika i szalona. W utworze szczególną uwagę przykuwają barokowe pochody harmoniczne, jakie staną się jeszcze bardziej słyszalne na kolejnym krążku, Odyssey, można więc chyba uznać te piosenkę za przedsmak tego, co usłyszymy na następnym wydawnictwie. Nomen omen, Fire to z kolei prorocza zapowiedź późniejszego hitu Teaser z płyty Fire & Ice, kilka zagrywek łudząco przypomina właśnie ten numer. Lubię oczywiście oba, i pierwowzór i następcę. Dodam jeszcze, że w solówce pojawi się kilka bardzo charakterystycznych motywów, które usłyszymy jeszcze w innych solówkach wirtuoza, co zresztą tak często będą mu wypominali krytycy. Magic MIrror silnie nawiązuje do czasów debiutu i bezproblemowo mógłby się na nim znaleźć. Słychać dążność do układania chwytliwych refrenów, co jest zgodne z ogólnym duchem owej epoki, kiedy to chyba związki muzyki rockowej z popem nigdy nie były silniejsze. Wystarczy posłuchać dowolnej innej płyty pochodzącej z tego okresu. Mroczniej będzie w Dark Ages, ale właśnie przy tej okazji warto wspomnieć, jak bardzo zawartość krążka pasuje do okładki wydawnictwa. Wprawdzie wszelkie smoki mogą u dorosłego mężczyzny wzbudzać już tylko uśmiech na twarzy, jednak cóż można by innego wymyślić dla zobrazowania takiej tematyki albumu? Z pewnością niewiele. Należy wspomnieć jeszcze o kilku zagrywkach w solówkach tego kawałka i poprzedniego zresztą też, które jak deja vu powrócą wraz z płytą Fire & Ice. Na koniec Yngwie zachował prawdziwy klejnot, Trilogy Suite OP. 5. Dzieło maksymalnie przesycone wpływami muzyki poważnej, ale zagrane z prawdziwym rockowym ogniem. Motyw ogrywany na pojedynczej strunie i z wykorzystaniem techniki pull-off brzmi niesamowicie i przypomina bardzo skrzypcowe techniki wydobywania dźwięku. Bez dwóch zadań jest to jeden z klasyków Malmsteena i po prostu trzeba go znać. Polecam też odgrywanie go średnio zaawansowanym gitarzystom, to cenna wprawka w poznawaniu neoklasycznego stylu. Druga połowa kompozycji to ponownie powroty w stylistykę znaną z pierwszej płyty wirtuoza.

Po przesłuchaniu krążka pozostaje pewien niedosyt, który zaostrza apetyt na kolejne wydawnictwo, dlatego ilekroć słucham ten album, od razu nabieram ochoty na posłuchanie kilku innych z rzędu. Z tego co zauważyłem, muzyka Malmsteena to sympatyczna "choroba" powracająca cyklicznie. Najpierw słuchacz odtwarza wszystkie płyty Szweda aż do znudzenia, potem odstawia je na jakiś zazwyczaj dłuższy czas, by wreszcie wrócić do nich po raz kolejny i tak w kółko. Tak czy inaczej rekomenduję Trilogy do zapoznania się wszystkim, jak by na to nie patrzeć, jest to malmsteenowa klasyka.

Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com