
Yngwie J. Malmsteen's Rising Force - Attack!!
Wydawca: Pony Canyon / Spitfire Records/ Steamhammer / Red Ink Records
Rok wydania: 2002
- Razor Eater
- Rise Up
- Valley Of The Kings
- Ship Of Fools
- Attack
- Baroque 'N Roll (Instrumental)
- Stronghold
- Mad Dog
- In The Name Of God
- Freedom Isn't Free
- Majestic Blue (Instrumental)
- Valhalla
- Touch The Sky
- Ironclad
- Air (Instrumental)
- Battlefield [w wydaniu amerykańskim]
- Nobody's Fool [japoński bonus track]
Skład: Doogie White - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitary elektryczne i akustyczne, sitar, cello, instrumenty klawiszowe, gitara basowa, gitara basowa bezprogowa, śpiew w [10]; Jens Johansson - instrumenty klawiszowe; Derek Sherinian - instrumenty klawiszowe; Patrik Johansson - perkusja
Produkcja: Yngwie Malmsteen
Pewne gwiazdy estrady nie odchodzą na emeryturę i do takich należy też Yngwie Malmsteen. Czasem chciałoby się rzec, że lepiej byłoby jednak, gdyby niektóre z tych gwiazd ustąpiły pola młodszym wykonawcom i znów chce się dodać, ze wśród nich powinien również znaleźć się Yngwie. Jestem jego wielkim fanem, ale nie jestem fanem ślepym. Wiem, że wiele osób cieszy się na każdą płytę wydaną przez tego wirtuoza, ale wszystkie krążki wydane po Inspiration (za wyjątkiem koncertu z orkiestrą i Alchemy) są wyraźnie słabsze od poprzedników.
Już słuchając otwierającego wydawnictwo Razor Eater nie trudno oprzeć się wrażeniu, że artystyczna twórczość Malmsteena idzie po linii pochyłej w dół. Materiał wydaje się wtórny do bólu, niby jest stylistycznie zbliżony do całkiem dobrego Alchemy, ale nie ma już tej mocy co on. Solówka nie jest przemyślana, jak to bywało niegdyś, teraz zdaje się być ciągiem przebiegów po gryfie, które wprawdzie udowadniają, że Yngwie wciąż "potrafi", ale sensu w tym dopatrzyć się nie można żadnego. Dla mnie jest to tym większe rozczarowanie, bowiem na krążku gardłuje jeden z moich ulubionych wokalistów i też jakoś słychać, że nie daje z siebie wszystkiego, zupełnie jakby śpiewał za karę (wystarczy porównać sobie jego głos na wydanym w tym samym roku Human Stein Cornerstone, niebo a ziemia). Reasumując, mamy dobrego gitarzystę i dobrego wokalistę, a jednak płytę razem nagrali słabą. I pomyśleć, że pierwszy numer i tak jest jednym z najlepszych w zestawie... Rise Up mógłby być bardzo dobrą kompozycją, co zapowiadałby zgrabny początek, gdyby nie to, że dalej instrumenty zlewają się w bezkształtną masę, a perkusista wali w typowo przeciętnym power metalowym stylu. Tak sobie myślę, czy ten album nie jest aby taką komercyjną próbą przypodobania się publiczności power metalowej, która w mniej więcej tym samym okresie stanowiła dość silną podgrupę wśród metalowej braci. Ja mimo wszystko wolałem Malmsteena w jego hard rockowej postaci. Klawiszowy wstęp do Valley OF The Kings to bardzo zgrabny wkład Sheriniana w twórczość Yngwiego, dalej pomimo jednej zgrabnie powtarzanej zagrywki niestety znów mamy przeciętny bezpłciowy kawałek. Tragicznie wprawdzie nie jest, ale takie utwory to się improwizuje na jam sessions, wirtuozowi z takim stażem umiejętnościami wypadałoby skomponować coś bardziej oryginalnego. Gitarowe solo też brzmi jak karykatura starych energetycznych solówek Yngwiego, słowem, coś nie tak. Tak wyczekiwana odmiana przychodzi wraz z Ship Of Fools, to już klasycznie dobry Malmsteen, chociaż śpiewanie Dougiemu wychodzi różnie, jest nieźle, choć są słabsze momenty. W tytułowym Attack też się chłopaki na szczęście postarali, początek brzmi jak zaczerpnięty z lubianego przeze mnie Magnum Opus i wiele zagrywek w stylu całkiem niezłego Alchemy, całość psują jednak te power metalowe zapędy. Nie da się ukryć, tego krążka Yngwie nie nagrywał dla takich jak ja, wielbicieli jego klasycznych płyt. Dla takich jednak przygotowany został instrumentalny Baroque & Roll. Wiadomo, niczego odkrywczego tu nie będzie, ale za to jest chociaż porcja neoklasycznych melodii, których aż miło posłuchać, pomimo tego, że są wtórne. na uwagę zasługują partie gitary basowej, które żwawo pulsują sobie w tle. Chętnie usłyszałbym ten kawałek w wykonaniu jakiegoś skrzypka z towarzyszeniem orkiestry, to musiałoby wypaść ciekawie. Stronghold to kompozycja plasująca się gdzieś między tempami wolnymi we wstępie i refrenach , a tempami średnimi w zwrotkach. Przy pierwszym przesłuchaniu utwór ten wydawał mi się słaby, ale z biegiem czasu go polubiłem. Ma całkiem zgrabną solówkę i sporo w nim nawiązań do takiego hard rocka, jakiego lubię. Znowu spadek formy w Mad Dog, ale tym razem bardziej zawodzą wokale. Tak to jest, jak się najpierw napisze tekst, a dopiero potem próbuje "dośpiewać" go do kawałka. W drugiej połowie solówki pojawia sie podkład, który gdzieś słyszałem, nie pamiętam, czy na pewno u Malmsteena, tak czy inaczej jest to jeden z najlepszych momentów w utworze. In The Name Of God prezentuje sobą typowy metal rycerski i od razu wzbudza skojarzenia z setkami kapel power metalowych, zwłaszcza tych pochodzących z Włoch. Potwierdza się moja teza, że ten krążek miał być prezentem dla power metalowców, próbą zasilania nowymi członkami wciąż topniejącej grupy starych fanów. Jest za to kilka dźwięków w solóweczce, które bardzo mi odpowiadają, bije z nich jakaś taka wesołość, może to miała być jakaś satyra na istniejąca w metalowym światku modę? A teraz niespodzianka wraz z nastaniem Freedom Isn't Free, gdzie śpiewa sam Yngwie. Jest to ewidentny ukłon w stronę Hendriksa, numer utrzymany jest w jego stylu, choć zarazem "zmalmsteenowany", gdzieś w podkładach przewijają się riffy hard rockowe znane z malmsteenowych płyt z połowy lat '90. Jak pamiętamy, na Inspiration Yngwie zagrał cover Jimiego, Manic Depression i najłatwiej ten kawałek przyrównać właśnie do tamtej kompozycji. Dalej zamieszczony został kolejny utwór instrumentalny w secie, Majestic Blue. Wypada on o tyle ciekawie, że nie przypomina zbytnio wcześniejszych instrumentali z kariery Szweda. Bardzo dobrze oddaje tytuł, działa uspokajająco, zwłaszcza po tej całej dawce power metalu z połowy płyty, zdecydowanie jeden z najlepszych numerów na tym krążku. Powrót do hard rocka w stylistyce drugiego solowego albumu Malmsteena w krzyżówce z brzmieniami Alchemy, tak w skrócie można scharakteryzować utwór Valhalla. Dobra kompozycja, także pod względem wokali Dougiego śpiewającego jak rasowy wiking w stanie upojenia i szkoda, że zamieszczono ją dopiero pod koniec zestawu piosenek, moim zdaniem zdecydowanie powinna znaleźć się gdzieś na początku. Znów "alchemicznie" w Ironclad, jest szybko, aczkolwiek w moim mniemaniu powinno być raczej wolno i ciężko jak na taki tytuł. Pojawia się pytanie, po co nagrywać coś takiego, skoro wcześniej nagrywało się już dużo lepsze utwory utrzymane w podobnej stylistyce? To jest pytanie retoryczne, nie próbujmy na nie odpowiadać ;). Jeszcze jeden kawałek instrumentalny, również bardzo wolny - Air. Ameryki ponownie nie odkryto, ale dobrze się tego słucha, ot taki utworek dla odprężenia. Moje wydanie płyty zaopatrzone zostało jeszcze w bonus w postaci Battlefield, też instrumental, tyle że ostrzejszy i przede wszystkim cięższy. Jest to coś utrzymanego w stylistyce między Alchemy a War To End All Wars i w sumie, gdyby go nie było, album też by wcale nie ucierpiał.
Znając całą dyskografię Malmsteena muszę stwierdzić, że jest to jak dotąd najsłabsza pozycja w karierze tego neoklasycznego wirtuoza. Czytałem wiele jej recenzji w różnych pismach oraz w Internecie i nie rozumiem, skąd nad nią taki zachwyt recenzentów. Może to dlatego, że wydanie krążka zbiegło się z odrodzeniem się mody na power metal, więc dzieło trafiło po prostu na podatny grunt. Jak na mój gust, to płyta posiada bardzo ładną okładkę, chyba nawet najładniejszą ze wszystkich albumów Yngwiego, ale niestety co ważniejsze, zawartość muzyczna ledwie dorównuje poprzednikom. Jeśli ktoś nie zna jeszcze dokonań Malmsteena, to lepiej niech nie zaznajamia się z nim za pośrednictwem tego krążka i niech zapozna się najpierw z jego o kilka lat starszymi wydawnictwami. No chyba, że jest fanem power metalu, to przepraszam i polecam.
Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com