Yngwie J. Malmsteen's Rising Force - Alchemy

Yngwie J. Malmsteen's Rising Force - Alchemy

Wydawca: Pony Canyon International / Dream Catcher
Rok wydania: 1999

  1. Blitzkrieg
  2. Leonardo
  3. Playing with Fire
  4. Stand (The)
  5. Wield My Sword
  6. Blue
  7. Legion of the Damned
  8. Deamon Dance
  9. Hangar 18, Area 51
  10. Voodoo Nights
  11. Asylum:
    I. Asylum
    II. Sky Euphoria
    III. Quantum Leap
  12. God Is God [japoński bonus track]

Skład: Mark Boals - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitary elektryczne i akustyczne, gitara basowa, pedały Moog Taurus, syntezatory, sitar, chórki; Mats Olausson - instrumenty klawiszowe, chórki; John Macaluso - perkusja; Barry Dunaway - gitara basowa

Produkcja: Yngwie J. Malmsteen

Rok 1999 nie był jakoś szczególnie udany dla muzyki hard rockowej, a z muzyką gitarową to wtedy też różnie bywało. W takich okolicznościach z przyjemnością powitałem kolejny album Yngwiego Malmsteena, zwłaszcza że po niezbyt lubianym przeze mnie krążku Facing The Animal szwedzki wirtuoz wydał trzy udane płyty. Jedną z nich była słynna płyta z orkiestrą, druga to całkiem niezła koncertówka, a trzecią jest właśnie Alchemy. Ogólnie można powiedzieć, że od drugiej połowy lat '90 Yngwie bardzo wyostrzył brzmienie swej gitary i w zasadzie używa go po dziś dzień. Zmieniła się też nieco tematyka piosenek, teraz więcej tekstów dotyczy świata demonów i magii...

Neoklasycznych struktur Malmsteen oczywiście nie porzucił i słychać to już w Blitzkrieg, instrumentalnym kawałku otwierającym wydawnictwo. Brzmienie, jak już wspomniałem, jest cięższe niż uprzednio, ale w samej muzyce dużo się nie zmieniło, Yngwie wypracował sobie swój styl i uparcie się go trzyma - i dobrze, Alchemy to akurat jedna z lepszych pozycji w jego dyskografii, zawsze chętnie po nią sięgam. Drugi numer w zestawie może nieco zaskoczyć słuchacza. Leonardo zaczyna się od wyśpiewanej przez chór łacińskiej sentencji, sam chór jest zresztą zaaranżowany w stylu średniowiecznych chorałów. Już pal licho, że głoski łacińskie śpiewają tam z amerykańską wymową, grunt że pomysł był wyśmienity i takaż sama jest jego realizacja. Kawałek rzekłbym dziwnie wolny jak na Szweda, choć ciężki, najbliższe porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, to sławetna "piramida Cheopsa" z "Siódmego Znaku". Uwielbiam oba utwory i gdybym musiał wybrać lepszy, miałbym nie lada problem. Z jednej strony głos Boalsa wybrzmiewa wysoko, a podkłady są raczej niskie, z drugiej jednak strony kontrast ten wypada ciekawie. Solówka typowo malmsteenowska, na czym polegają autoplagiaty, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć ;). W Playing With Fire najbardziej podobają mi się te nieco pokręcone riffy otwierające numer i jego refren, kiedy są one powtarzane. Po raz kolejny Mark wypada rewelacyjnie i słychać, że od czasów "Trylogii" jego wysoka forma pozostała niezachwiana. Obok poprzednika jest to jedna z tych kompozycji, które najlepiej zapamiętałem i zawsze mi się z tym albumem kojarzą. Klimatycznie muzyczna sceneria zmieni się w The Stand. Teraz będzie mniej dynamicznie, za to bardziej ciężko i powolnie, bliżej typowego hard rocka. Są tu momenty, że wokalista śpiewa tak, jakby za mikrofonem stał inny gardłowy Malmsteena sprzed kilku lat wstecz - Michael Vescera. Udana piosenka, ale ma moim zdaniem pewną wadę - niezbyt interesujący refren, lubię natomiast posłuchać w niej solówek. Wield My Sword przedstawi nam Yngwiego w roli power metalowca. Interesujący i wesoło brzmiący riff na wstępie jest najlepszym, co możemy w tej piosence usłyszeć, dalej niestety muzyk wygrywa na swym wiosełku jakieś niezbyt przemyślane rąbanki, a perkusista obowiązkowo dołącza do tego typowo power metalowe galopady. Wybaczyć należy jednak Malmsteenowi takie rzeczy, bo de facto był jednym z pionierów takiego grania. Plus za solówkę, ale mnie tam się podobają wszystkie sola Yngwiego, więc nic w tym nowego. Dalej w Blue gitarzysta próbuje być bluesmanem i muszę przyznać, że jego bluesy pomieszane z graniem neoklasycznym gładko do mnie trafiają. Słyszałem juz opinie, że Yngwie bluesa profanuje, ale kompletnie się z takimi osądami nie zgadzam. Blues w wykonaniu Szweda jest po prostu oryginalny i łatwo rozpoznawalny, a przecież to nie wada. Odróżnię styl gry Gary Moore'a, poznam styl Steviego Raya Vaughana, no i Malmsteena, co mi zatem po tysiącach gitarzystów grających tak podobnie do siebie, że nie można ich rozróżnić. Konkluzja? Yngwie, rób swoje, nie słuchaj potłuczonych ;). Powrót ostrych riffów i Legion Of The Damned. Najbardziej godny uwagi jest tutaj ten chórek i typowo malmsteenowe refreny nawiązujące do starych czasów. Gitary brzmią natomiast tak, jak będa brzmiały na trzech kolejnych studyjnych krążkach, więc można takie utwory uznać za zwiastun kierunku, w jakim wirtuoz wkrótce podąży. Brawa za akustyczną wstawkę w połowie numeru, tuż przed solówką, bo wypada przednio. Daemon Dance brzmieniowo spełnia założenia płyty, ale muzycznie bliżej mu do starszych, klasycznych kompozycji Yngwiego. Można by rzec, że to taki ukłon w stronę dawnych fanów, ba, nawet tytuł od razu kojarzy się ze słynnym Demon Driver. Dla odmiany Hangar 18, Area 51 ukazuje Malmsteena w bardziej nowoczesnym wcieleniu, chociaż wokalnie nadal pozostajemy w kręgu klasyki mistrza. Do utworu nakręcono teledysk, tyle że koncertowy (przynajmniej sceneria jak z występu na żywo, bo publiczności jakoś nie słychać). Album wyszedł w czasie, gdy do łask powracał power metal i najwyraźniej gitarzysta próbuje się przypodobać jego słuchaczom. Tak czy inaczej, jeszcze jedna warta uwagi pozycja na liście do odsłuchu. Dalej niestety Voodoo Nights, kawałek jakby zrobiony na siłę. Nie jest zły, ale na kolana też nie powali, odnaleźć w nim można zapożyczenia z kilku innych kompozycji mistrza, w tym nawet z takich z tej samej płyty. Na końcu zestawu mamy ciekawą trylogię w postaci Asylum, gdzie najlepiej prezentuje się część zwana Sky Euphoria. Jest to neoklasyczna miniatura utrzymana w stylu zbliżonym nieco do klimatów z albumu z orkiestrą, gdzie dominuje gitara akustyczna. Część zatytułowana Quantum Leap to też uczta dla ucha, tym razem Yngwie sięgnął ponownie po gitary elektryczne. Uważny słuchacz dosłyszy się niewątpliwie kilku cytatów ze starszego repertuaru Malmsteena.

Alchemy wyrwała Yngwiego przynajmniej na chwilę z pewnego marazmu, jaki wkradł się na wydawnictwie Facing The Animal i zarazem w moim mniemaniu było to jego ostatnie jak dotąd naprawdę dobre dzieło. Późniejsze płyty wirtuoza nie mają już tego specyficznego klimatu i w zasadzie otwierają nową epokę w twórczości Szweda. "Alchemię" mogę z czystym sumieniem polecić nie tylko fanom neoklasycznego grania, krążek powinien spodobać się również miłośnikom cięższego hard rocka, a nawet lubiącym power metal.

Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com