
Tempestt - Bring 'Em On
Wydawca: Dynamo Records / MSI Music / Metal Heaven
Rok wydania: 2008
- Faked By Time
- Bring 'Em On
- A Life's Alibi
- Insanity Desire
- Too High
- Enemy In You
- Fallen Moon
- Lose Control
- Redoma
- Healing
- Higher (I Can Land ) [bonus track]
- Don't Stop Believin' [bonus track]
Skład: BJ - śpiew, Gustavo Barros - gitary, Léo Mancini - gitary, Edu Cominato - perkusja; Paulo Soza - gitara basowa
Gościnnie: Jeff Scott Soto - śpiew w [4]
Produkcja: Tempestt i Adriano Daga
Jedną z kolejnych ciekawych pozycji roku 2008 jest album Bring 'Em On, debiutanckie dzieło pochodzącej z Sao Paolo grupy Tempestt. Wprawdzie w rodzinnej Brazylii płyta ukazała się jeszcze w roku poprzednim, niemniej jednak światowa premiera krążka nastąpiła względnie niedawno. Geneza powstania formacji jest dość ciekawa. Muzycy spotkali się pod koniec lat '90, kiedy to Brazylia nie była zbyt rozpieszczana przez gwiazdy hard rocka, które przybywały do niej niezbyt licznie na koncerty, a do tego jeszcze grały w nielicznych klubach. Wtedy to zrodził się pomysł powołania do życia zespołu, który grałby covery klasycznych kawałków takich grup jak Europe, Kansas. Journey, Queen, Bon Jovi czy Dream Theater. Naturalną wreszcie konsekwencją aktywności było stworzenie autorskiego materiału...
O zespole zrobiło się głośno, gdy te własne utwory skomponowali i gdy supportowali brazylijskie koncerty Jeffa Scotta Soto, który de facto gościnnie pojawia się też na debiutanckim krążku chłopaków. Współpraca była na tyle udana, że w marcu 2008 r. grupa miała okazję wyruszyć na koncertową trasę z Soto, tym razem do Europy. Od czasu, gdy usłyszałem promujące debiut sample, cały czas pamiętałem, że taka kapela istnieje i że koniecznie trzeba posłuchać tego, co muzycy spłodzą. Bardzo dobry riff otwiera płytę w Faked By Time, dalej też nie jest źle, po prostu składna kompozycja. Nie wiem, czy jestem przewrażliwiony, ale odnoszę wrażenie, że wszystkie brazylijskie zespoły uzyskują dość podobne brzmienie. Siedzi to gdzieś między perkusją a gitarami, a rzuca się w uszy, jeśli porównamy to sobie z innymi sławnymi Brazylijczykami jak np. Angra czy wczesna Sepultura. Moim zdaniem panowie powinni zacząć komponować swoje utwory dużo wcześniej, niepotrzebnie czekali z tym tak długo. Mogliby na koncie mieć już ze trzy krążki. Ale nie da się ukryć, że jak na debiut, to materiał tutaj zaprezentowany jest dość mocny (w jakościowym tego słowa znaczeniu). Ostrzej i ciężej jest w drugim w zestawie, tytułowym Bring 'Em On. Daje się w nim wyczuć wpływy Dream Theater i Magnitude Ninez płyt, na których te formacje prezentowały prog-metal. Ewidentnie słychać, że grupa szukała inspiracji w różnych gatunkach rocka i metalu, co jest tylko godne pochwały. Zmiana klimatów następuje w balladzie A Life's Alibi, chociaż i tutaj pojawiają się mocniejsze akcenty. Wypada to trochę jak krzyżówka Teatru Marzeń z Teer (zwłaszcza głos wokalisty momentami przypomina głos gardłowego z tej kapeli, wrażenie potęgują też podobne aranżacje klawiszy) i powinno spodobać się to fanom właśnie tych dwóch grup. Pianino, gitary akustyczne i elektryczne robiące ścianę z dźwięku. Insanity Desire ponownie powraca w ostrzejsze i cięższe rejony, ale to nadal hard rock. Niemal jestem pewny, że gitarzysta wzoruje się tu na Zakku Wylde, gra podobne riffy i w prawie identycznych miejscach wstawia flażolety. Gitarzyści zrobili dobrą robotę, ale pochwalić trzeba też i basistę, bo są takie momenty, że to on jest główną gwiazdą w kawałku. W tym samym tonie utrzymane jest Too High, przy czym teraz to jak skrzyżowanie Black Label Society z Dream Theaterem. Szczególnie słychać to w liniach basu, klawiszy i wokalu, gdyby się uprzeć, to można by nawet wskazać konkretne utwory, na których Tempestt się wzorowało. Środek robi się bardziej demoniczno-tajemniczy, a to za sprawą przesamplowanego głosu wokalisty. Zazwyczaj nie lubię takich zabiegów, ale tutaj jakoś one mnie szczególnie nie rażą. Solówka trochę dreamowo-malmsteenowa i wypada to nieźle. Enemy In You silnie kojarzy się z DT i Circus Maximus, więc już wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Wstęp to typowa ballada rocka progresywnego, ale linie wokalne w środku przypominają silnie wokalistów Malmsteena z połowy lat '90 (szczególnie Vescerę). Jedna z najlepszych kompozycji na płycie i trafia w mój gust. Dla odmiany Fallen Moon to już zakręt w kierunku progresywnego power metalu, zatem nie zabraknie szybszych uderzeń w centralki. Najbliższe stylistycznie porównanie to chyba brazylijska Angra, ewentualnie Last Tribe czy Magnitude Nine. Kawałek przedni, choć nie rewelacyjny. Parę ciekawych pomysłów zespół przemycił w Lose Control. Cieszą zmiany tempa i zagrywki pod Yngwiego, tym razem tego bardziej współczesnego, cieszy fakt, że muzycy nie idą na łatwiznę, jak większość kapel, tylko kombinują i szukają czegoś własnego. Co do kolejnego Healing mam trochę mieszane odczucia. Z jednej strony jest to dość fajna balladka, gitarom nie można nic zarzucić, za to linie wokalne brzmią jak dośpiewane na siłę. Efekt jest taki, że kawałek całościowo mnie nie zachwyca, chociaż uważam go za bardzo dobry. Moje wydanie albumu wieńczą jeszcze dwa nagrania bonusowe. Pierwsze z nich, Higher (I Can Land) otrzymuje tytuł najsłabszego numeru na płycie i wydawnictwo mogłoby się spokojnie bez niego obyć. To taka, tym razem nie udana próba mieszania Teatru Marzeń z Malmsteenem. Za to ostatnie na krążku Don't Stop Believin' wręcz przeciwnie, kompozycja wspaniała i zdecydowanie jedna z najlepszych w zestawie. Tutaj muzycy popłynęli w AOR z domieszką Yngwiego, co wyszło nadzwyczaj dobrze.
Zapowiada się niesamowity pod względem muzycznym rok, bo co sięgnę po jakieś nowe wydawnictwo, to jest ono naprawdę dobre. Nie wiem, czy to skutek roku poprzedniego, ale oby ta tendencja się utrzymała, im więcej bowiem dobrych płyt, tym większe prawdopodobieństwo, że i słuchaczy będzie więcej, a wtedy większe szanse na odrodzenie się melodyjnego rocka. Tak, zdecydowanie w tym roku fani melodyjnego grania muszą przygotować sobie pojemniejszą sakiewkę. Niniejszy krążek jest jedną z pozycji, na które warto wydać pieniądze, a liczę na to, że to i tak tylko przedsmak tego, co Tempestt naprawdę potrafi.
Oficjalna strona zespołu: www.tempestt.com.br