WildSide - Under The Influence

WildSide - Under The Influence

Wydawca: Capitol / EMI / Toshiba
Rok wydania: 1992

  1. Hang On Lucy
  2. So Far Away
  3. Monkey See Monkey Do
  4. Just Another Night
  5. Looks Like Love
  6. Lad In Sin
  7. Drunkin' Man's Blues
  8. How Many Lies
  9. Hair Of The Dog
  10. Heart-N-Soul
  11. Kiss This Love Goodbye
  12. Clock Strikes 12

Skład: Drew Hannah - śpiew; Marc Simon - gitara basowa, chórki; Brent Woods - gitara prowadząca, rymiczna i akustyczna, chórki; Benny Rhynedance - gitara rytmiczna, chórki; Jimmy D. - perkusja

Produkcja: Andy Johns i Ed Korengo

Jest rok 1992, dobre czasy hair metalu zaczynają pomału odchodzić na emeryturę z jednej strony, z drugiej nadal można spotkać znakomite wydawnictwa z tego muzycznego gatunku. W tym też roku wychodzi debiutancka płyta pochodzącego z Los Angeles kwintetu WildSide, którą z czystym sumieniem można nazwać jednym z najlepszych hard rockowych albumów lat '90. Under The Influence to obecnie niemalże klasyka hair metalu, coś co każdy fan tego gatunku powinien posiadać w swej kolekcji.

Under The Influence nie jest tytułem oryginalnym, przynajmniej kilka innych zespołów miało w swojej dyskografii płytę lub utwór o takimże właśnie tytule. W Polsce przyjęło się być "pod wpływem" alkoholu, w Stanach raczej "pod wpływem" narkotyków, ciekawe, pod wpływem czego byli muzycy, gdy nagrywali tę płytę. Muzycznie da się tu wyczuć wpływy co najmniej kilku innych zespołów grających parę lat wcześniej, ale o tym najlepiej niech każdy przekona się sam przesłuchując to wydawnictwo. Na otwarciu mamy syreny policyjne, a co się dzieje dalej, to najlepiej zobaczyć na promującym krążek teledysku do Hang On Lucy. To znakomita, dynamiczna kompozycja, brzmiąca trochę jak mieszanka Guns 'N Roses i Ratt, co słychać nie tylko w partiach gitarowych. Głos wokalisty plasuje się gdzieś pomiędzy Jasonem McMasterem (Dangerous Toys), Axlem Rose i Stephenem Pearcy, chociaż wydaje się być bardziej żywiołowy niż wymieniona trójka. Dużo łagodniej będzie w So Far Away. Wprawdzie pod względem wokalnym nadal wyczuwa się tu Axla z Gunsów, ba, momentami w ogóle brzmi to jakby śpiewał Axl, jednak samej kompozycji bliżej jest do dokonań grup AORowych. Bardzo gustownie zmajstrowany kawałek z solówką dużo lepszą niż u poprzednika. Na pozycji trzeciej grupa nie spuszcza z tonu i zapodaje nam sleazowy numer o zabawnym tytule Monkey See Monkey Do. Znowu trudno nie oprzeć się wrażeniu, że chłopaki połączyli w swym utworze style Gunsów i Mötley Crüe (już chyba wiem, skąd WildSide wziął swoją nazwę ;)), mi się nawet wydaje, że zrobili to lepiej niż oryginały, ale to oczywiście rzecz gustu. Przyszła kolej na balladę. Just Another Night, jeszcze jeden singiel promujący wydawnictwo, utrzymane jest w typowej balladowej konwencji, której kanon został zdefiniowany niemal dekadę wcześniej. Hard rockowe połączenie gitar akustycznych z niemałą domieszką muzyki country zdefiniowały już przecież takie grupy jak chociażby Warrant, Cinderella czy Poison, a wpływy tego ostatniego tutaj chyba dają się wysłyszeć najbardziej. Looks Like Love jest jakby bliźniaczą pozycją w stosunku do So Far Away, choć tym razem całość brzmi jakby ogólnie bardziej wesoło. Solidny kawałek AORowego rzemiosła, utwór stałby się niewątpliwie radiowym przebojem... gdyby wyszedł kilka lat wcześniej. Ballad nigdy dość na hard rockowym wydawnictwie. Lad In Sin jest w zasadzie balladą tylko po części, znaczna część piosenki przypomina bardzo większość kawałków z gunsowego Appetite For Destruction, tyle tylko że jest strasznie przeciętna. To chyba najsłabsza pozycja w całym secie. Dalej pojawia się country-bluesowa miniaturka w postaci Drunkin' Man's Blues, szkoda tylko że trwa tak krótko. Nagrano ją tak, by wydawało się słuchaczowi, że słucha starej porysowanej i zakurzonej płyty analogowej. Identyczny efekt uzyskało niegdyś Bon Jovi w swoim kawałku Ride Cowboy Ride (1988 r.). Prawdziwa inwazja ballad, bowiem How Many Lies również reprezentuję tę stylistykę co Lad In Sin, na szczęście jest znacznie lepszą kompozycją niz "Lad...". Nad kawałkiem unosi się prawdziwy duch westernu, do tego dochodzi wspaniała solówka, która już jakbym gdzieś słyszał, ale efekt deja vu jest dość częsty, gdy słucha się tego krążka. Hair Of The Dog to powrót do hard rockowej stylistyki, granie ostrzejsze, ale i zarazem bliższe muzyce środka. Daje się wyczuć silne wpływy kapel takich jak The Cult i Slaughter. Identycznym tytułem ochrzciło swoje utwory kilka innych zespołów, o dziwo nie jest to jednak cover, tylko autorska kompozycja WildSide. Nadchodzi kolej na mój absolutnie ulubiony kawałek z całego krążka - Heart-N-Soul. Najeżony sztucznymi flażoletami riff napędowy to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Dodajmy do tego jeszcze chwytliwy refren i wspaniałą zwrotkę, jakie wprawdzie wiele kapel grało w podobny sposób wcześniej, ale niewielu z nich udało się to zrobić z takim ogniem! Po takiej dawce energii kolejny utwór może już być tylko balladą. Kiss This Love Goodbye nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród reszty ballad zamieszczonych w secie, ot następna zgrabnie zagrana piosenka. Zestaw utworów zamyka skomponowany przy współpracy z Paulem Stanleyem numer Clock Strikes. Interesujące są tu partie gitary basowej, nadające kompozycji ten specyficzny klimat, "zamulone" rockowe gitary i odpowiednio odśpiewane chórki dopełniają reszty.

Przyjrzyjmy się zawartości albumu. Łącznie 12 utworów, z czego kilka rewelacyjnych, kilka wspaniałych, kilka bardzo dobrych i tylko jeden zaledwie dobry. Taką płytę po prostu trzeba mieć i to najlepiej w 2 egzemplarzach, na wszelki wypadek ;) Z tego co wiem, jakiś czas temu WildSide zeszło się ponownie, by zarejestrować jakiś materiał w wersji koncertowej. Kto wie, może muzycy zaskoczą nas jeszcze równie pozytywnie, jak zaskoczyli nas swym debiutem...

Brak oficjalnej strony zespołu