Cornerstone - Arrival

Cornerstone - Arrival

Wydawca: Massacre Records / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 2000

  1. Arrival
  2. Walked On The Water
  3. Jungle
  4. Straight To The Bone
  5. Top Of The World
  6. Reload
  7. Gift Of Flesh
  8. Grain Of Sand
  9. Fooled
  10. I'm Alive
  11. Basscamp [japoński bonus track, edycja z Phantom]

Skład: Dougie White - śpiew; Jacob Kjaer - gitary elektryczne i akustyczne; Steen Mogensen- gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Allan Sørensen - perkusja
Gościnnie: André Andersen - solówki na instrumentach klawiszowych; Toni Rahm - gitarowe solówki [6, 10]; Kasper Damgaard - gitarowa solówka [11]; Peter Brander - gitarowa solówka [11]; Kenny Lübcke - chórki; Henrik Brockmann - chórki

Produkcja: Steen Mogensen

Arrival, debiutancki album formacji Cornerstone, można by rzec - przespałem. Kompletnie nie miałem pojęcia, że taki album i taki zespół istnieje. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, ale płytę tę usłyszałem dopiero prawie 4 lata po jej wydaniu, gdzieś zaraz po wyjściu Once Upon Our Yesterdays. Ponieważ bardzo podobał mi się "Once..." i Human Stain, postanowiłem retrospektywnie zapoznać się i z Arrival. Trochę zaskoczył mnie styl gry grupy na tym krążku, wszak później ekipa basisty Steena Mogensena grała znacznie ostrzej i bardziej dynamicznie. Z drugiej strony krążyła plotka, ze ten zbiór utworów miał być podobno tak naprawdę solową płytą Steena. Coś w tym musi być, bowiem lwia część materiału jest właśnie jego autorstwa.

Ogólny klimat płyty nieodparcie kojarzy się z dyskografią Royal Hunt, którego to zespołu Steen był niegdyś członkiem i jego rytmiczną podporą. Lata gry w RH po prostu musiały odcisnąć piętno na twórczości Cornerstone, o ile jednak w RH główną rolę odgrywał André Andersen, na debiucie CS najbardziej błyszczy Mogensen. Poza tym weźmy pod uwagę fakt, że gościnnie pojawia się tu sam André, podobnie jak i prawie cały skład RH, ale przyjrzyjmy się wreszcie samej zawartości albumu. Intro ochrzczone po prostu Arrival doskonale oddaje tytuł płyty i zarazem wizerunek okładki. Przed oczami staje brzeg morski, a kolejne nuty oznajmiają nam czyjeś przybycie, w końcu następuje punkt kulminacyjny - ktoś przybył, ktoś chodzący po wodzie, jak sugeruje szyld następnego kawałka. Walked On The Water mógłby być chyba najbardziej AORowym utworem Royal Hunt i chyba właśnie fani muzyki spod znaku AOR będą z tej kompozycji najbardziej zadowoleni. Najbardziej przypomina mi to dokonania grupy Strangeways, może nieco niektóre aranżacje z Heartland, po części także solowe dokonania Kipa Wingera czy Hubiego Meisela. Najbardziej zaskakuje fakt, że głos Dougiego White'a brzmi dość nietypowo jak na tego wokalistę. Zważywszy na jego wcześniejsze i późniejsze wydawnictwa, gdzie udzielała się tzw. "maniera wilkołacza" w liniach wokalnych, tutaj ta maniera jest w zasadzie nieobecna. Dougie śpiewa bardzo czysto, krystalicznie, spokojnie, dopasowuje się do klimatu utworu, jakby specjalnie na potrzeby AORowej piosenki. "Wilkołaczo" nie będzie również w Jungle. Tym razem Dougie z łatwością kameleona przeobraża się w wokalistę rangi Joe Lynn Turnera czy też Joeya Tempesta odśpiewując swe wokalizy w stylu połowy lat '80. To dość niesamowite, bo pokazuje, jakim uniwersalnym gardłowym jest Dougie. Piosenka powinna trafić w gusta fanów takiego właśnie grania, może w nieco bardziej złagodzonym brzmieniu. Straight To The Bone, tytuł zapowiada jakiś kawałek ostry jak żyleta, a jednak zamiast tego Cornerstone zapodaje nam utwór niemalże balladowy. Trzon kompozycji stanowią gitary akustyczne, podbarwiane obficie klawiszami, a Dougie po raz kolejny staje na wysokości zadania i nie szaleje, bo i niby po co miałby szaleć w wolnej piosence?. Wygląda na to, że Steen znalazł odpowiedniego człowieka do obsadzenia go w roli wokalisty. Dalej w głośnikach pojawia się Top Of The World, słyszymy "smaczki", jakie staną się znakiem rozpoznawczym grupy na kolejnych wydawnictwach. Jak można się było spodziewać, również ten kawałek do szczególnie ostrych nie należy. Najbliżej mu chyba do stylistyki gry kanadyjskiego Honeymoon Suite z czasów ich drugiej płyty. Pewne fragmenty, może nawet całe riffy, brzmią jak małe deja vu, gdzieś się to juz słyszało ale ciężko powiedzieć, gdzie (może u Kansas, może u UK?). Reload prezentuje już ostrzejsze gitary, ale mimo to nadal są one wycieniowane klawiszami i instrumentami perkusyjnymi. Po raz kolejny nieodparte skojarzenia z Honeymoon Suite. Odnoszę wrażenie, że głos wokalisty nagrano w tym konkretnym kawałku nieco za cicho, przez co słychać to trochę tak, jakby Dougie śpiewał gdzieś w pokoju obok i jest on głośny tyle o ile, bo akurat są otwarte drzwi ;). Pianistyczne podkłady plus pląsający bas to wizytówka Gift Of Flesh. Pojawiające się tu chórki to niczym wierna kalka z Royal Hunt, wyczuwa się silny wplyw tej grupy. Po raz kolejny nie poznaję wokalu Dougiego, teraz nie mam już wątpliwości, tak, można go spokojnie nazwać wokalnym kameleonem. Kontynuując tradycję wolnych i spokojnych piosenek na płycie kapela serwuje nam Grain Of Sand. Nie wiem, skąd pomysł na taki tytuł kawałka, ale muzyka faktycznie kojarzy się z ziarnkami piasku, które przesypywane przemykają gdzieś pomiędzy palcami. W tle można wyczuć klimaty lat '70, czyli coś, co będzie się jeszcze pojawiało na kolejnych krążkach w dyskografii CS. Czas na mojego absolutnego faworyta z tego wydawnictwa - Fooled. Wprawdzie całość nosi znamiona "royalhuntowego" piętna, aranżacje basu, klawiszy i gitar to istne RH, niemniej jednak można wysłyszeć tez charakterystyczne motywy, które później ukształtują styl Cornerstone. Chyba jedna z najlepszych kompozycji tej formacji. Pomału pojawia się ten charakterystyczny wokal Dougiego, ale wciąż jeszcze brzmi on łagodniej niż na późniejszych krążkach. I'm Alive zaczyna się nieco złowrogimi odgłosami, czymś jakby bicie serca, po chwili coś jakby zaklinanie szamana. Dalej niestety zupełnie przeciętny numer, odstający znacznie od reszty setu, choć na szczęście z całkiem przyzwoitym gitarowym solo.

Płyta niewątpliwie ma swój urok, chociaż jest najrzadziej przeze mnie słuchaną pozycją z dyskografi Cornerstone. Może to dlatego, że zazwyczaj preferuję ostrzejsze dźwięki, a po AOR sięgam tylko od czasu do czasu. Niemniej jednak uważam, że warto mieć tę płytę w swojej kolekcji, choćby dlatego, że fajnie się jej słucha, kiedy nadchodzi odpowiedni nastrój. Każdy co jakiś czas potrzebuje wyciszenia, odprężenia i, jak to mawia jeden z moich kolegów, trzeba się czasem "odchamić" ;) Ten krążek doskonale się do tego nadaje.

Oficjalna strona zespołu: www.cornerstonemusic.dk