
White Wizzard - Over The Top
Wydawca: Earache Records
Rok wydania: 2010
- Over The Top
- 40 Deuces
- High Roller
- Live Free Or Die
- Iron Goddess Of Vengeance
- Out Of Control
- Strike Of The Viper
- Death Race
- White Wizzard
- Gates Of Gehenna [bonus w limitowanej edycji]
- Heading Out To The Highway [bonus w limitowanej edycji]
Skład: Wyatt “Screamin’ Demon” Anderson - śpiew; Jon Leon - gitara basowa, Chad Yashuhara - gitara; Giovanni Durst - perkusja; Erik Kluiber - gitary
Produkcja: Ralph Patlan
W ubiegłym roku wpadła w moje ręce EP-ka High Speed GTO amerykańskiego, złożonego z młodych muzyków zespołu White Wizzard. Zastanawiałem się, czy jej nie zrecenzować, ale ostatecznie postanowiłem poczekać na ich pełny debiut. Jak by nie było, EP-kę zawsze można opisać w późniejszym terminie. Na debiutancki krążek Amerykanów długo nie trzeba było czekać, bo Over The Top ukazało się akurat w tym roku.
White Wizzard powstało w 2007 r. i pochodzi z Los Angeles, ale odcina się od glamowo/sleazowej historii regionu. Chłopaki postawili na klasyczny, europejski heavy metal oparty o dokonania takich grup jak Iron Maiden czy Judas Priest. Przed nagraniem długogrającego krążka chłopaki wydali dwie EP-ki, samozatytułowaną White Wizzard (2008 r.) i High Speed GTO (2009 r.), chociaż od razu trzeba poinformować, że jest to ten sam materiał, tylko w dwóch różnych edycjach. Aż do dnia dzisiejszego formacja targana jest ciągłymi zmianami składu. Po wydaniu EP dowodzący ekipą Jon Leon całkowicie zwolnił resztę muzyków - utworzyli oni później zespół Holy Grail. Obecny skład został skompletowany po podpisaniu kontraktu z Earache Records na wydanie nagrania High Speed GTO w ramach składanki Heavy Metal Killers. Grupę zaczyna doceniać się w branży, formacja została uznana chociażby za Najlepszego Nowego Artystę w Metal Hammer Golden Gods 2010, posypała się też cała seria pochlebnych recenzji debiutanckiego materiału. Podobać może się już sama ideologia, pod jaką chłopaki się podpinają. Jest to zdeklarowana niechęć do współczesnych odmian metalu, a do tego poświęcenie się dla przywrócenia popularności klasycznego heavy metalu (muzycy twierdzą, że dla zrealizowania tego celu zostawili domy, rodziny, panienki, prace itp.). Póki co, mamy tegoroczne wydawnictwo Over The Top. Jako pierwsze danie otrzymujemy kawałek tytułowy, który po prostu musi kojarzyć się ze stylem grania Iron Maiden. Mimo podobnej maniery śpiewania, głos wokalisty na szczęście nie jest wiernym klonem Bruce'a Dickinsona, choć wiadomo, że to on był inspiracją dla Wyatta. To samo można w zasadzie powiedzieć o reszcie muzyków - każdy z członków próbuje kopiować swego odpowiednika z ekipy Żelaznej Dziewicy. Dodać trzeba, że chłopaki grają bardzo profesjonalnie i mają szansę zastąpić w przyszłości Ironów, a mam jakieś dziwne wrażenie, że niemłoda już drużyna Harrisa niedługo powie fanom "good bye". Galopująca energia nie opuszcza słuchaczy wraz z 40 Deuces. Nadal mamy "maidenowe" tempa, choć tym razem gardłowy śpiewa nieco inaczej i nie przypomina już tak bardzo Dickinsona. Teraz bliżej mu artykulacyjnie do Roba Halforda z Judas Priest, ale muszę zaznaczyć, że nie wysila gardła i nie wchodzi w wysokie rejestry, stąd i sama barwa głosu wypada inaczej niż halfordowa. Tym, co najbardziej podoba mi się w grze White Wizzard, jest pewnego rodzaju naturalność, młodzieńcza żywiołowość i fakt, iż rzeczywiście słychać, że mamy tu granie pełne pasji, zupełnie niewymuszone. No i nie zapominajmy o charakterystycznej melodyce, której też tu nie brakuje. W porównaniu z dwoma pierwszymi "killerami" trzecie nagranie w zestawie, High Roller, już nie robi na mnie tak dobrego wrażenia. Trochę chłopaki połamali rytmy tu i ówdzie, ale dla odmiany numer wydaje się być robiony nieco na siłę. Także linie wokalne jakoś szczególnie nie zachwycają. Finalnie dostajemy kompozycję poprawną i tylko tyle, choć np. w solówce można podziwiać umiejętności techniczne wioślarza. Lepiej jest w nieco odmiennym stylistycznie Live Free Or Die. Sekcja rytmiczna pozostaje wprawdzie wciąż pod wpływem Iron Maiden, ale np. gitarom bliżej już do Judas Priest, a wokalnie mogą nasuwać się chwilami pewne podobieństwa do Dio i innych kapel z pogranicza heavy metalu i hard rocka. Może bez szczególnej rewelacji, ale nieźle się tego słucha. Brawa dla basisty za to, że nie dubluje partii gitar, nie idzie na łatwiznę i nie gra z nimi unisono - jego instrument cały czas pozostaje bardzo wyraźnie słyszalny. Iron Goddess Of Vengeance jest bardziej rozbudowane, a przy tym epickie i fragmentarycznie nawet progresywne. Spotykają się w nim elementy hymnowe na miarę Manowar z teatralnymi na modłę Savatage z czasów "Streets...", jest i coś z Judas Priest i oczywiście z wszędobylskich na płycie Ironów. Imponuje też długość ścieżki - utwór trwa ponad 7 i pół minuty. Podobać się może Out Of Control, gdzie na niemal punkowych rytmach muzycy zbudowali coś w rodzaju hołdu dla swego ulubionego Iron Maiden i wczesnego Overkill. Nic odkrywczego, nic, czego byśmy nie słyszeli wcześniej, a zarazem coś miłego dla ucha. Tak na marginesie, podoba mi się tu praca perkusji. Świetnie się swym początkiem zapowiadało Strike Of The Viper - ten szybki, hard rockowy riff robi wrażenie, szkoda jednak, że reszta nagrania jest taka sobie. Najbardziej bolą niezbyt przemyślane linie wokalne, a przecież zawsze sporo od tego zależy. Wokal próbował "jechać pod" Dickinsona, ale tym razem nieszczególnie mu to wyszło. Jeszcze kawałek ratuje jakoś solówka, w której wyczuwam fascynacje wioślarzami Vicious Rumors. Bez szczególnych fajerwerków jest w Death Race, choć podoba mi się tutejsze zastosowanie flażoletów w zagrywkach. Rytmika nagrania jest bardzo charakterystyczna i myślę, że spodoba się wszystkim, którzy lubowali się w słynnym The Number Of The Beast wiadomo kogo. White Wizzard traktuję jak pewnego rodzaju manifest grupy. Tutaj najwięcej udziela się stylu Judas Priest, choć można się doszukać podobieństw i do innych heavy metalowych (nawet do wczesnej, speed metalowej Pantery, jak się uprzeć). Końcówka trochę mało przemyślana i chyba nagrana na siłę, gdyby ją obciąć i numer skrócić, byłby zdecydowanie lepszy. Warto zaopatrzyć się w limitowaną wersję wydawnictwa, a to z racji dwóch udanych coverów. Pierwszy z nich to Gates Of Gehenna z repertuaru Cloven Hoof, numer dobrze znany zagorzałym fanom NWOBHM. Wykonanie prezentowane przez White Wizzard jest dość bliskie oryginału, choć głos wokalisty brzmi mniej zadziornie. Drugim jest Heading Out To The Highway, które muzycy wypatrzyli wśród dokonań Judas Priest. Tym razem w zasadzie również kawałek nie odbiega daleko od pierwowzoru, zatem wnioskuję, że nowe gwiazdy heavy metalu chciały po prostu okazać szacunek względem swych mistrzów.
Sympatycy melodyjnego heavy metalu z pewnością nie będą zawiedzeni debiutancką ofertą White Wizazard. Płyta chłopaków to mikstura jakichś 90% ze stylistyki Iron Maiden oraz niewielkich procentów zapożyczeń z Judas Priest, Dio, Overkill, Manowar i Vicious Rumors. No i dwa nadzwyczaj udane covery, jeśli ktoś trafi na limitowaną edycję krążka, a warto jej poszukać. Fanom energetycznego heavy album z czystym sumieniem polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.whitewizzard.net
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/whitewizzard