Warrant - Born Again

Warrant - Born Again

Wydawca: Down Boys Records / Irond Ltd. / MTM Records / Cleopatra Records
Rok wydania: 2006

  1. Devils Juice
  2. Dirty Jack
  3. Bourbon County Line
  4. Hell, CA.
  5. Angels
  6. Love Strikes Like Lightning
  7. Glimmer
  8. Roller Coaster
  9. Down In Diamonds
  10. Velvet Noose
  11. Roxy
  12. Good Times

Skład: Jaime St. James - śpiew; Erik Turner - gitara rytmiczna, chórki; Joey Allen - gitara prowadząca, gitara akustyczna, gitara slide, chórki; Jerry Dixon - gitara basowa, chórki; Steven Sweet - perkusja, cowbell, chórki
Gościnnie: Pat Regan - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Pat Regan

Na początku 2004 r. szeregi Warranta opuścił Jani Lane i jak to zwykle bywa, pojawiły się różne wersje podające powody tegoż odejścia. Jedna z nich mówiła, że Jani postanowił rozpocząć karierę solową, inna, że został wywalony z powodu jakiegoś uzależnienia. Wrócił wprawdzie na krótko w późniejszym czasie, ale skończyło się na trasie koncertowej i nowego materiału z Lanem za mikrofonem zespół nie nagrał.

Grupa się nie rozpadła, wciąż występowała pod szyldem Warrant, a w miejsce gardłowego zwerbowała Jaime St. Jamesa, wokalistę najbardziej znanego z działalności w zespole Black'N'Blue. Najpierw z St. Jamesem muzycy przerobili stare przeboje zespołu i wydali je jako składankę o tytule Cherry Pie - All The Hitz 'N' More, potem z formacji usunięto Mike'a Fasano, a na jego miejsce powrócił dawny bębniarz grupy - Steven Sweet. W takim składzie nagrano płytę Born Again, która ujrzała światło dzienne w 2006 r. i zyskała różne opinie w prasie muzycznej, zazwyczaj jednak pozytywne. Cóż, byłem do krążka z góry trochę uprzedzony, a to z kilku powodów. Po pierwsze, Jani Lane to dla mnie głos Warranta i bez niego to już nie ta sama kapela. Tak, wiem, Jani to żaden wybitny śpiewak, ale pasował do muzyki, z nim kapela nagrała kilka płyt, z czego trzy pierwsze to musowe pozycje w płytotece fana melodyjnego hard rocka lat '80 i początku '90. Po drugie, nigdy nie przepadałem jakoś za Black'N'Blue, a tym bardziej za jej wokalistą St. Jamesem. Trzecim powodem był fakt, że poprzednie albumy Warranta były raczej słabe, chociaż taki Ultraphobic jakoś się jeszcze bronił. No nic, co tu mamy? Materiał w znacznym stopniu przypomina dokonania Black'N'Blue, chociaż na plus należy odnotować fakt, że w ogóle zespół powrócił do stylistyki grania zbliżonej do ich klasycznych wydawnictw. I tak na przykład otwierające krążek nagranie Devils Juice to taka mieszanka stylów obu grup i nawet słychać jakieś dalekie echa Dog Eat Dog. Jaime śpiewa nie najgorzej, czuć pewne pokłady energii i w zasadzie jakichś większych zastrzeżeń do jego partii tutaj nie mam. Kto wie, czy nie wypada nawet lepiej od nieco wcześniejszych śpiewów Janiego. Jeszcze lepiej jest w Dirty Jack, tutaj udziela się południowy klimat jak z bagien Luizjany. Country-bluesowe granie, trochę przywodzące na myśl wstęp do słynnego Uncle Tom's Cabin, ale i zespoły southern rockowe/metalowe jak Lynyrd Skynyrd czy Pride & Glory, a nawet Cinderellę z czasów jej drugiego i trzeciego krążka. Wcale bym się nie obraził, gdyby cała płyta była taka. Wprawdzie bez większych fajerwerków, ale jest przynajmniej granie jak należy. Lubię też następujące po nim Bourbon County Line, może dlatego że z kolei przypomina mi mieszankę wczesnego Warranta z Dokken. Marszowe rytmy, fajne zwrotki i niestety nieco słabsze refreny. Ucho może za to ucieszyć bardzo przyzwoita solówka. Jakieś nawiązania do debiutu odnajdziemy w Hell, CA.. Nie przepadam za tym numerem i w dużej mierze zasługa w tym St. Jamesa, który próbuje śpiewać tutaj na wzór Stanleya z KISS, a niekoniecznie pasuje to do tej kompozycji. Może gdyby tu zaśpiewał Lane, kawałek wypadłby lepiej, a tak jest zaledwie taki sobie. Sugerując się tytułem myślałem, że Angels będzie balladą i to taką, do jakich zespół nas już przyzwyczaił. Pudło. To zwykły rockowy numer, z pewnością poprawnie zagrany i z niezłą solówką. Do różnych jego elementów mam różny stosunek - generalnie podoba mi się główny riff i zwrotki, natomiast refreny uważam za totalnie schrzanione. Love Strikes Like Lightning mogłoby się znaleźć na "jedynce" Lillian Axe, nie tylko z racji samej budowy zagrywek, ale i brzmienia jako takiego. Gdyby tak jeszcze Jaime zaśpiewał na miarę Rona Taylora... niestety nie zaśpiewał i jego linie melodyczne wydają się jakieś takie niemrawe. Zmarnowany potencjał. Balladę, "warrantówkę", mamy wreszcie pod postacią Glimmer. Fani pościelówek zespołu nie będą chyba zawiedzeni. Oczywiście byłby to killer, gdyby za mikrofonem stał tu Lane, ale i tak jest całkiem nieźle. Roller Coaster prezentuje bardziej rockn'rollowe granie, ale cholernie przeciętne. Sama kapela miewała w swym repertuarze dużo lepsze nagrania utrzymane w podobnej nucie i zagrane z większym czadem. Tak więc zapychacz, którego będę traktował "skipem". Co do Down In Diamonds miałbym w zasadzie te same uwagi co do Love Strikes Like Lightning, chociaż finalnie kompozycja jest bardziej udana. St. James sprawdził się świetnie w refrenach, choć nieco słabiej wypadł w zwrotkach. Chyba jedna z najlepszych ścieżek na tym krążku, mimo iż dalece odbiega od typowej stylistyki Warranta. Velvet Noose dość udanie miesza style Dokken oraz wczesnych Ratt i Poison. Numer dość przyzwoity, aczkolwiek wokale rozkładają go na łopatki. St. James lawirował między Stanleyem a Bretem Michaelsem i wyszło jak wyszło. Przedostatnią pozycją w secie jest Roxy, raczej typowe granie dla klubowej sceny z Sunset Strip, jak i dla wczesnego Warranta z czasów debiutu. Sama piosenka ujdzie, nie podobają mi się jednak linie wokalne Jaime'a i oczami wyobraźni próbuję tu sobie stawiać za mikrofonem Janiego - kto wie, czy numer nie dostałby kopa. Drzwi za sobą zamyka Good Times, może nie jakaś wymyślna i ambitna kompozycja, ale za to potrafiąca rozbujać. Wokaliście idzie wprawdzie różnie, choć to akurat mało istotne, bo ścieżka się jakoś wybroni.

Trzy lub cztery kawałki bardzo dobre, kilku innym trochę brakuje, ale gdyby nad nimi dłużej popracować, też trochę przyjemności dla uszu dałoby się z nich wycisnąć. Spodziewałem się czegoś dużo gorszego, stąd jestem raczej mile zaskoczony. Album żadną miarą nie może się równać z trzema pierwszymi krążkami Warranta, mimo to warto dać mu szansę.

Oficjalna strona zespołu: www.warrantweb.net