
White Lion - Big Game
Wydawca: Atlantic / WEA
Rok wydania: 1989
- Goin' Home Tonight
- Dirty Woman
- Little Fighter
- Broken Home
- Baby Be Mine
- Living On The Edge
- Let's Get Crazy
- Don't Say It's Over
- If My Mind Is Evil
- Radar Love
- Cry For Freedom
Skład: Mike Tramp - śpiew; Vito Bratta - gitary; James Lomenzo - gitara basowa, chórki; Greg D'Angelo - perkusja
Produkcja: Michael Wagener
Po udanej trasie koncertowej promującej wydawnictwo Pride amerykański zespół White Lion powraca do studia nagrań i rejestruje krążek o tytule Big Game. Jest to najsłabsza jak dotąd pozycja w dyskografii grupy, chociaż na fali popularności i zapewne jeszcze pod wpływem wrażenia po poprzedniczce album sprzedaje się całkiem nieźle. Znika gdzieś przebojowość znana z Pride i późniejszego Main Attraction, zespół wydaje się większą wagę przywiązywać do warstwy tekstowej niż do samej muzyki. Na płycie znajduje się jednak kilka całkiem niezłych ścieżek.
Goin' Home Tonight jest jeszcze dobrą kompozycją, choć zawodzi produkcja (tak, tak, Wagener nie popisał się tym razem). Początek i zwrotki to kawał dobrej roboty, natomiast w refrenie, który powinien przecież być najbardziej wyeksponowany, instrumenty zlewają się w jakąś bezkształtną papkę. Tramp nadal śpiewa niemrawo i nie potrafię zrozumieć fenomenu tego wokalisty. Jak zwykle błyszczy natomiast Bratta, zwłaszcza w solówce zagranej trochę pod stylistykę Van Halena. Mógłby to być wielki kawałek, gdyby tylko bardziej zatroszczono się i dopieszczono każdy jego element. Potężnie i hard rockowo zaczyna się kolejne Dirty Woman, niszczą go niestety wokale Trampa i niedopracowana produkcja. W brzmieniu zabrakło drugiej gitary lub instrumentów klawiszowych, sam Vito nie uciągnie przecież całego numeru, solówki i riffy to przecież jeszcze nie wszystko. Nadchodzi wreszcie Little Fighter, największy hit zespołu z tego okresu. Tekst opowiada o należącym do Greenpeace statku "Rainbow Warrior", który został zniszczony przez francuskich terrorystów (powiązanych z rządem). Stylistycznie piosence bliżej jest do poprzedniego albumu studyjnego, jego siłą jest prosty, ale niebanalny i przemyślany riff napędowy oraz ogólnie wesołe rytmy. Nawet Mike całkiem nieźle się tu spisuje. Nic dziwnego, że numer trafia na różnego rodzaju składanki i kompilacje "greatest hits". Broken Heart to też jeden z ówczesnych przebojów grupy. Trochę niezdecydowany utwór, bo pojawiają się w nim ni stąd ni zowąd organy Hammonda, które pasują tutaj jak truskawki z makaronem do ogórków kiszonych. Spora część piosenki brzmi jak skrzyżowanie country z grungem, zwłaszcza głos Trampa jakoś kojarzy mi się od razu z wokalistami grunge'owymi, choć i gitary w takim stylu momentami pogrywają. Lepsza jest za to produkcja, pod tym względem wszystko wypada już całkiem przyzwoicie. Tekst ponownie ambitny, tym razem dotyczy wpływu rozwodu rodziców na życie dziecka. No i kaplica totalna wraz z przyjściem Baby Be Mine. Wstęp wprawdzie niezły, rozbudza apetyt, ale potem to już jakieś flaki z olejem, porażka na całego. Granie bez pomysłu, bez jaj, ot tak, byle by tylko coś było. Zapychacz. Living On The Edge samym tytułem kojarzy mi się z dość dobrą kompozycją Aerosmith, tam jednak była pewna dynamika, której spodziewałem się i tutaj, lecz niestety jej zabrakło. Kawałek tak zatytułowany powinien być bardziej dynamiczny, dynamiki jednak brak. Najbardziej błyszczy w nim solo Bratty, zdecydowanie człowieka numer 1 w tym zespole. Jest jeszcze jeden ciekawy riff, tyle tylko, że brzmiący znajomo, bo słyszałem coś podobnego u kilku innych kapel. Następne Let's Get Crazy zaczyna się od rewelacyjnej gitarowej roboty, coś jakby popisy i wprawki w sali prób słyszane przez kogoś poza salą. Dalej kawałek się rozkręca w solidnego rock'n'rolla, podobnego nieco do dokonań Lee Rotha (zarówno w Van Halen, jak i solo) i jedynym niepasującym tu elementem jest wokalista. Ilekroć słucham tak dobrych nagrań, nachodzi mnie refleksja, czy w tych cholernych Stanach nie dało się znaleźć lepszego gardłowego? Pod tym względem lepiej wchodzi Don't Say It's Over, dobra kompozycja i Tramp miał też tym razem więcej litości dla słuchaczy. Gitarowa solówka natomiast na kolana nie powala, widać coś za coś, nie można dostać wszystkiego na raz. If My Mind Is Evil ma dla odmiany swój niepowtarzalny klimat, linie wokalne bardzo dobrze pasują do utworu, tworzą specyficzny nastrój i aż muszę pochwalić Mike'a. No, po prostu nie poznaję faceta. Partie gitar też wyróżniają się spośród innych kawałków, pojawiają się jakby motywy wschodnie, gra staje się cięższa i zarazem wolniejsza, no i Vito znów szaleje w solówkach. To jest pyszne, mniam. W następnej pozycji zespół sięgnął do repertuaru grupy Golden Earring i wyciągnął z niego numer Radar Love. Numer trochę rozwlekły jak na potrzeby tego wydawnictwa, ale ogólnie udany. Zaskakuje Tramp, który w pewnych momentach pozbywa się tej swojej charakterystycznej chrypki i śpiewa jak rasowy wokalista hard rockowy z lat '80. Całość wypada trochę archaicznie, ale to normalne, kiedy coveruje się piosenkę z 1973 roku. Płytę zamyka swego rodzaju perełka Cry For Freedom, kawałek któremu niczego nie można zarzucić. Jest dość oryginalny, spokojny, wyważony, pobudzający do refleksji, po prostu dobry. W środku pojawia się jeszcze rozwalający riff, trochę jakby z innej beczki, ale trafiający z mocą dynamitu. Wcale bym się nie obraził, gdyby Lajony uraczyły mnie większą ilością takich smakołyków.
Któryś z krążków grupy musiał być najsłabszym w dyskografii i rola ta przypadła Big Game. Po tę płytę sięgam najrzadziej, co nie oznacza jednak, że nie ma na niej pozycji godnych uwagi. Jest tu kilka naprawdę dobrych utworów, co sprawia, że jednak raz na jakiś czas do tego albumu wracam. Jakże miałbym sobie odpuścić takie kawałki jak Little Fighter, Cry For Freedom, Don't Say It's Over, If My Mind Is Evil czy wymiatanie Bratty w Let's Get Crazy? Dla tych kilku numerów do płyty warto powracać, jeśli trafi się za jakieś grosze, nawet warto kupić.
Oficjalna strona Mike'a Trampa: www.miketramp.com