
Nazareth - The Newz
Wydawca: Edel Records / MSI Music Corp. / Demolition Records
Rok wydania: 2008
- Goin' Loco
- Day At The Beach
- Liar
- See Me
- Enough Love
- Warning
- Mean Streets
- Road Trip
- Gloria
- Keep On Travellin'
- Loggin' On
- Gathering
- Dying Breed
Skład: Dan McCafferty - śpiew; Jimmy Murrison - gitara; Pete Agnew - gitara basowa; Lee Agnew - perkusja
Produkcja: Yann Rouiller
Z okazji czterdziestolecia istnienia zespołu szkocka legenda hard rocka Nazareth wraca z nową płytą i przy okazji promocyjną trasą koncertową. Grupa zyskała sobie sławę szczególnie dwoma klasycznymi albumami z lat '70 - Razamanaz i Hair Of The Dog. Co znamienne, panowie pomimo zaawansowanego już wieku nieprzerwanie koncertują i ciągle nagrywają kolejne krążki (fakt, że głównie koncertowe). The Newz potwierdza dobrą formę grupy i sprawia, że chciałoby się ich nazwać drugim Rolling Stones, chociaż osobiście Nazareth stawiam wyżej.
Twórczość tych Szkotów poznałem dość późno, bo gdzieś na początku drugiej połowy lat '90 i jak dotąd znałem tylko te dwa najpopularniejsze albumy. Sięgnąłem po nie dlatego, że kiedyś w jednym ze sklepów muzycznych odsłuchiwałem akurat płytę Savatage i jakiś klient w pobliżu powiedział wtedy "O, to coś jak Nazareth, tyle że szybciej zagrane". Uznałem to za dobrą rekomendację, zwłaszcza że w owym czasie bardzo się zachwycałem Savatage. Niestety wtedy kompozycje Szkotów nie przypadły mi do gustu, ani z racji brzmienia (wolałem bardziej nowoczesne), ani też z powodu samych linii melodycznych. Zetknąłem się jednak z kilkoma znakomitymi coverami grupy granymi przez innych artystów (m. in. genialne wykonanie Razamanaz na jednej z płyt Artillery) i dałem kapeli jeszcze jedną szansę. Teraz właściwie to już trzecie podejście... Jeszcze przed sięgnięciem po najnowszy krążek spojrzałem na listę tytułów i jakoś nie zabrzmiały one zachęcająco. Tytuły tytułami, ale nie to przecież w muzyce najważniejsze. Na pierwszy ogień idzie Goin' Loco, który zaczyna się nadzwyczaj rewelacyjnie od czegoś przypominającego słynny "Lot Trzmiela" zagranego na przesterowanej gitarze, ot taki mały wirtuozerski popis umiejętności wioślarza. Dalej to już tradycyjny klasyczny hard rock w swojej czystej postaci, bardzo podobny do tego, co zespół tworzył w swoich początkach. Nawet brzmienie nie odbiega daleko od tamtych czasów, chociaż tutaj jest czystsze, bo pozbawione trzasków i tym podobnych brudów, jest bardziej selektywne. Sam kawałek podoba mi się, lecz wyśpiewywanie tytułu trochę drażni moje uszy. Główny riff to kwintesencja hard rocka, numeru dobrze się słucha mając pod ręką jeszcze jeden szkocki produkt - whisky. Day At The Beach też mnie swoją nazwą odstraszał, ale na szczęście to kolejna dobra piosenka. Wprawdzie kilka pierwszych akordów to trochę jak łagodniejsze AC/DC, poza hard rockiem dodano tu też nieco bluesa, country i southern rocka. Dość udany miks, wpadający w ucho, mógłby się spodobać słuchaczom innych gatunków. Są tu momenty, że wokalista brzmi, jakby śpiewała Tina Turner ;). Kolejne Liar to kawałek niezbyt skomplikowany, ale powalający swoim ciężkim riffem. To na kawałkach tego typu wzorują się kapele takie jak Black Stone Cherry. Tempo średnie, ale bliższe wolnego, co nie oznacza, że brak tu wyrazistości. Cieszy fakt, że zespół z takim stażem ciągle ma coś jeszcze do powiedzenia. Dodam jeszcze, że głos Dana brzmi znacznie lepiej niż kiedyś, wygląda na to, że jest jak wino. See Me to z kolei takie połączenie klasycznego Rainbow z muzyką country. Robi wrażenie, pomimo że i tym razem to nic szczególnie skomplikowanego, największym atutem jest ponownie głos wokalisty. Dużo powiedzieć się o nim nie da, łatwiej go po prostu posłuchać. Wstęp do Enough Love to eksperymentowanie z pogłosami, efektem zgłośnień i wyciszeń, wszystko po to, by uzyskać pewnego rodzaju przestrzeń. Środek utworu jest bardzo nastrojowy, nosi znamiona rockowej ballady, gitary wprawdzie nie są akustyczne, ale przester jest skrajnie delikatny. Nawet delikatniejszy niż w słynnym Here I Go Again z repertuaru Whitesnake w wersji remiksu z 1989 r. Zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na tym krążku i zarazem jeden z moich faworytów. Do maniery wokalnej Coverdale'a zresztą nawiązuje następny w kolejce numer o tytule Warning. Komu podobał się Wąż z połowy lat '80 i kto lubi takie granie jak powiedzmy XYZ, powinien obowiązkowo zapoznać się z tym kawałkiem. Wspaniała epifania hard rocka w XXI wieku i doskonały przykład na to, że tego typu muzyka wcale nie zginęła, tylko zeszła do podziemia. Nie wiem, na ile winna jest temu promocja, ale płycie ciężko jest się przebić do pierwszej pięćdziesiątki na listach sprzedaży. Jeśli nie może tego dokonać tak legendarna kapela, to co dopiero młode zespoły. W Mean Streets grupa znów prezentuje się jako takie mniej zadziorne AC/DC, ze znacznie delikatniejszym brzmieniem, ale podobnymi liniami gitary basowej. Kolejny prosty kawałek, a cieszy. Muzycy znaleźli pewną receptę na udane kompozycje i się jej trzymają. Nawiązania do słynnych Australijczyków, zwłaszcza z czasów gardłowania Bona Scotta dostajemy w Road Trip. Zaprawdę ten numer mógłby się znaleźć na Highway To Hell, to ten sam typ grania. Tym razem jest to utwór bardziej żywiołowy. Szukaliście czegoś by podręczyć sąsiadów? To właśnie znaleźliście. No i nadszedł najmniej interesujący mnie numer w zestawie - Gloria. Był kiedyś sobie taki kawałek wspólnie zaśpiewany przez Tinę Turner i Roda Stewarta. Nigdy za nim nie przepadałem, a ta kompozycja jakoś mi go przypomina. Nawet jeśli nie jest bliźniaczo podobna, to jest to ten sam typ grania. Tragedii nie ma, ale zachwycać też się nie ma czym. Sytuację ratuje powrót do sprawdzonej formuły energetycznego hard rocka w postaci Keep On Travellin' (coś dużo na płycie nawiązań do drogi i podróżowania, nieprawdaż?). Znów granie w stylu klasycznego AC/DC, udane, choć mało oryginalne, ustępujące trochę poprzednim ścieżkom. Nie będę jednak narzekał, najważniejsze że grupa porzuciła te stewartowskie klimaty. W Loggin' On mamy powtórkę eksperymentów z jednego z utworów wcześniejszych, a dalej jeszcze jedna mieszanka hard rocka tym razem bardziej z boogie. Nie jest to dokładnie ten sam typ grania co ZZ Top, ale chyba do tego to najłatwiej porównać. Zdaję sobie sprawę z prostoty tego numeru, ale podoba mi się on i nic na to nie poradzę ;). Słuchany odpowiednio głośno potrafi na długo zapaść w pamięć. Gathering to najbardziej nowocześnie brzmiący numer na płycie. Z jednej strony odbijają się w nim echa Black Sabbath (taka nieco mroczny klimat), z drugiej rytmika utworu i sposób umieszczenia flażoletów przywodzą na myśl pierwszą płytę Machine Head. Kawałek nie jest tak ciężki jakby z powyższej rekomendacji wynikało, więc proszę się nie obawiać, że dostaniemy coś pod nu-metal. Co do zamykającego album utworu Dying Breed mam mieszane uczucia. Początek niezbyt udany, bo znów jakieś nawiązania do Stewarta, do tego coś w rodzaju gitary hawajskiej, ale końcóweczka to już miód-malina i rozkłada na łopatki niejedną kapelę doom metalową. Jest demonicznie, mrocznie i np. taka Anathema mogłaby się uczyć od Szkotów, jak należy grać ten gatunek, a Candlemass powinno być z tego dumne.
Nazareth wreszcie do mnie przemówił. Poprawił brzmienie, a zarazem nie zrezygnował z grania klasycznego hard rocka, do tego jeszcze zatroszczył się o udane kompozycje. Co z tego, że większość członków zespołu to już starsi panowie, skoro mają wystarczająco dużo werwy, by zawstydzić niejedną młodą kapelę i poruszając się w tak wyeksploatowanym gatunku pokazać, że wciąż można komponować dobre kawałki. Obok tegorocznej płyty Uriah Heep jest to pozycja obowiązkowa dla fanów klasycznego hard rocka. Krążek naprawdę godny polecenia..
Oficjalna strona zespołu: www.nazarethdirect.co.uk