
Michael Vescera - A Sign Of Things To Come
Wydawca: Metal Heaven
Rok wydania: 2008
- Between Heaven And Hell
- Sign of Things To Come
- Shine On
- Something To Believe
- Crossing The Line
- Hands Of Fate
- I Have Seen The Light
- Make Your Move
- When You Are Crying
- Say The Word
- Pain
- Thrill Of It All
Skład: Michael Vescera - śpiew; Mats Olausson - instrumenty klawiszowe; Jim Bell - gitary; BJ Zampa - perkusja; Joey Concepcion - gitary; Ango Tasso - gitary; Chris McCarvill - gitara basowa; Scott Boland - gitary; John Bruno - gitary; Jay Mezias - perkusja; Todd Kennedy - perkusja; Tony Mei - perkusja
Produkcja: Michael Vescera
Szukałem czegoś, co pozwoliłoby mi odpocząć trochę od AORu i tym sposobem natrafiłem na solowe dzieło Michaela Vescery, wokalisty który udzielał się niegdyś w takich grupach jak Obsession, Loudness (cała załoga poza Michaelem to Japończycy), u Yngwiego Malmsteena, a nawet u Rolanda Grapowa. Po płytę sięgnąłem tym chętniej, że produkcje z Malmsteenem i Grapowem bardzo mi się podobały i zresztą nadal podobają. Na potrzeby tego krążka Vescera zwerbował doborowy skład muzyków znanych z House Of Lords, Obsession, Jeff Scott Soto, XfactorX, Ark, no i oczywiście Yngwiego. Ale to jeszcze nie wszystko. Na płycie pojawia się dwóch nieznanych wcześniej gitarowych wymiataczy. Joey Conception to siedemnastolatek z Connecticut, a Ango Tassojest gitarzystą pochodzącym z Tajwanu.
Zawartość albumu zainteresowała mnie tym bardziej, że Vescera wystąpił tu w roli producenta i realizatora nagrań, które powstały w jego dwóch prywatnych studiach w Nashville. Muszę przyznać, że Michael odwalił kawał dobrej roboty, choć echa jego działalności w innych grupach są tu natychmiastowo wyczuwalne, zwłaszcza te z Obsession i Malmsteena. W jego stylu rozpoczyna się Between Heaven And Hell, kompozycja utrzymana w neoklasycznej power metalowej stylistyce. Charakterystyczne tempo i galopada centralek perkusji to znak rozpoznawczy tego kawałka. Michael swym głosem błyszczy jak zawsze, więc fani wokalisty nie poczują się zawiedzeni, zwłaszcza miłośnicy płyt Yngwiego i Grapowa. Nawet solówki nie odbiegają zbytnio od malmsteenowskiego standardu. Numer dobry, z tym że jego materiał jest już strasznie osłuchany. Bardziej ostro, tyle że bez galopad i w stylu nieco bardziej tajemniczym jest w tytułowym Sign Of Things To Come. Z racji brzmienia i melodii przypomina to jakąś zagubioną ścieżkę z albumu Kaleidoscope Grapowa, tak więc oczyma wyobraźni przenosimy się w rok 1999. Różnica taka, że tutaj wioślarz wyciął bardzo szybką solówkę, szkoda tylko, że niestety niezbyt przemyślaną. Ciekawie i jeszcze ciężej będzie w kolejnym Shine On. Gitary wyostrzone jak na trójeczce Lionsheart, aczkolwiek nie zestrojone tak nisko. Ten numer jest bardziej metalowy w swej wymowie i w sumie dobrze, potrzebowałem czegoś takiego. Solidny, rasowy kawałek. Znowu pod Grapowa zacznie się granie w Something To Believe, lecz pojawi się domieszka wpływów folk rocka, fakt że tylko w rozpoczynającym utwór riffie. Odpowiada mi ten nieco mistyczny nastrój, zupełnie jak u Rolanda dekadę wcześniej. Solówki niezbyt wymyślne, jeśli chodzi o treść, czy nawet o dobór technik, robią wrażenie improwizowanych, mieszczą się jednak w czasie i po prostu tu pasują. Crossing The Line odbiega znacznie od poprzedników pod względem stylistycznym i dzięki temu nie poczujemy się płytą znużeni. Tempo ogólne zdecydowanie wolniejsze, choć w środku numeru pojawią się słynne centralki, mimo wszystko przyspiesza tylko perkusja, a gitary jedynie w solówce. Niby nic szczególnie nadzwyczajnego, a jednak cieszy ucho. Na półmetku kolejna malmsteenówka w postaci Hands Of Fate. Podobne tempa, podobne rytmy, niemal identyczna praca gitar, tylko Michael zmienia swój głos na nieco falsetowy, próbuje też wchodzić w wyższe rejestry. Znowu nic odkrywczego, ale po prostu solidna porcja grania, jakiego fani Vescery mogliby od niego oczekiwać. Warto zauważyć, że krążek nagrany został w taki sposób, by zadowolić dość szerokie kręgi słuchaczy, bo jest tu i hard rockowo i metalowo, czy nawet power metalowo. Proporcje rozłożone są mniej więcej po równo, więc żadna grupa tych odbiorców nie powinna czuć się zaniedbana. Prawda jest taka, że Vescera to bardzo uniwersalny wokalista i jego głos pasuje do wielu gatunków muzyki rockowej, a może i nie tylko takiej. I've Seen The Light jest jak na zawołanie właśnie hard rockowe, progresje akordowe są typowe dla tego gatunku. Ucztą dla ucha są charakterystyczne rytmy i wplecione tu i ówdzie flażolety, nie wspominając już o wręcz cudownej solówce. Znów wokalista wziął to i owo od Grapowa i Malmsteena, dodał do tego swoje linie melodyczne i recepta na sukces kompozycyjny murowana. Rasowy hard rock to też Make Your Move, gdzie wokalnie trochę nawiązań do Dio, należy jednak zaznaczyć, że barwa głosu Vescery jest diametralnie inna od naśladowanego, więc pomylić obu nie można. Sam kawałek raczej spokojny, galopad nie ma, najszybszym elementem jest solówka, ale też tylko w partiach gitar, bo sekcja bębni nie zmieniając rytmów. Niby nic nadzwyczajnego, narzekać jednak na nic nie można. Wystarczy spojrzeć na tytuł i od razu wiadomo, że (When You're) Cryin' jest balladą. Ogólna struktura całości nie jest zła, lecz wrażenie estetyczne psują słabiutkie chórki i niezbyt przemyślane gitarowe solo. Z tych powodów nie wróżę piosence statusu przeboju. Zdecydowanie lepiej, gdy Vescera powraca do swego tradycyjnego materiału i prezentuje nam Say The Word. Jest to niby mocny i ostry numer, ale ze względu na jego rozciągłość i raczej wolne tempo jest on raczej czymś w rodzaju ballady. Ot, taka ballada zagrana na przesterze, buja dużo bardziej niż poprzedniczka. Może trzeba było zwrotki zagrać na czystym brzmieniu, a refreny zostawić jak lecą, tylko doprawić je bardziej klawiszami i mielibyśmy bezapelacyjny hit. Hard rocka nigdy za wiele i mamy kawałek-cudo, czyli Pain. Już sam wstęp powala, dalej też muzycy nie spuszczają z tonu. Dobre linie wokalne, gitary zgrabne, a swoje dorzuca perkusista kombinując z bębnami nieco więcej, niż to było we wcześniejszych utworach. Także solówka na odpowiednim poziomie, stylistycznie plasująca się gdzieś w okolicach Pella z dodatkiem Malmsteena. Najsłabszym ogniwem kompozycji są chórki i tutaj "chórzyści" mogli sie lepiej postarać. Na samym końcu zamieszczono interesującą instrumentalną miniaturkę w stylu neoklasycznym. Zapewne wszystko zagrano na syntezatorach, ale brzmi to jak mieszanka fortepianu z fletem i wypada wspaniale. Wprawdzie obrane motywy zaskakują w stosunku do reszty zestawu, jednak mimo wszystko utwór do niego pasuje.
Fakt, że jest to wydawnictwo wtórne, gdyż Vescera nagrał krążek stylistycznie podobny do tych, jakie niegdyś nagrywał z Malmsteenem i Grapowem. Dla mnie nie jest to wadą, bo po pierwsze, właśnie takiego albumu się spodziewałem i po drugie, właśnie takiego oczekiwałem. Po kilkukrotnym odsłuchaniu płyty doszedłem do wniosku, że poprzestawiałbym trochę kolejność ścieżek, a najważniejszą zmianą byłoby przesunięcie pierwszego numeru na którąś z dalszych pozycji. Zamieszczenie go na początku powoduje niestety wrażenie, że całe wydawnictwo może być utrzymane w klimatach power metalowych. Całościowo płyta bardzo dobra, choć wydaje mi się, że adresowana do bardzo konkretnego odbiorcy. Dla fanów Vescery, Malmsteena, Grapowa i może nawet Axela Rudiego Pella pozycja obowiązkowa.
Brak oficjalnej strony artysty