
Warrant - Ultraphobic
Wydawca: CMC International / Sanctuary Records
Rok wydania: 1995
- Undertow
- Followed
- Family Picnic
- Sum Of One
- Chameleon
- Crawl Space
- Live Inside Of You
- High
- Ride #2
- Ultraphobic
- Stronger Now
Skład: Jani Lane - śpiew; Rick Steier - gitara; Erik Turner - gitara; Jerry Dixon - gitara basowa; James Kottak - perkusja; Dave White - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Beau Hill
Chociaż Dog Eat Dog, poprzednia płyta Warranta sprzedała się całkiem przyzwoicie, to jednak wokół zespołu zebrała się cała aura nieszczęść, w tym niekończące się zmiany składu trwające właściwie do dziś. Na początku 1993 r. wokalista Jani Lane postanawia opuścić kolegów, po śmierci menadżera grupy jednak wraca, ale w międzyczasie wytwórnia Columbia Records nie przedłuża z formacją kontraktu. W roku kolejnym ekipę opuszczają gitarzysta Joey Allen i perkusista Steven Sweet, ale muzycy podpisują nowy kontrakt z CMC Records, a na wakujące miejsca w zespole zostają przyjęci Rick Steier i James Kottak (obaj grający wcześniej Kingdom Come i Wild Horses). Przy pomocy klawiszowca Dave'a White'a i pod okiem producenta Beau Hilla zostaje nagrany jakże odmienny od poprzedników album Ultraphobic.
No właśnie. Kiedy rozpatrywać ten album pod kątem jego tła historycznego, wszystko staje się jasne. Rok 1995, dominacja muzyki grunge i już wielka ofensywa muzyki alternatywnej, publiczność od kilku lat nie jest zainteresowana hair metalem, a co za tym idzie tym bardziej nastawione na zysk wytwórnie płytowe. W tym czasie dotąd wesoły Lane traci powody do radości, raz że śmierć menadżera Toma Huleta, dwa że akurat rozwodzi się z żoną, trzy że posypał się dotychczasowy skład kapeli. Dodajmy, że wiele dawnych hair metalowych gwiazd w owym okresie zmienia swą stylistykę grania, by choćby wspomnieć Danger Danger czy Wildside. Ulega temu trendowi i Warrant, nagrywa krążek odmienny stylistycznie od poprzednich, eksperymentuje z grungem i alternatywą. Kiedy wiele lat temu usłyszałem po raz pierwszy Ultraphobic, z miejsca mi się on nie spodobał. Ale byłem wtedy ortodoksyjnym fanem hair metalu w jego czystej postaci, nie bardzo chciałem słuchać czegoś, co zbyt daleko odbiegało od jego założeń gatunkowych. Choć z biegiem lat moje gusta muzyczne znacznie się poszerzyły, płycie dałem jednak kolejną szansę dość niedawno i, o dziwo, album zaczął do mnie trafiać. Nadal uważam, że pod każdym względem ustępuje on Cherry Pie i Dog Eat Dog, ale nie jest aż tak tragiczny i nie zasługuje mimo wszystko na to, jak go fani i krytycy potraktowali. Undertow brzmi trochę jak jakieś Alice In Chains, mimo to da się jednak wyczuć w tym jakby trochę więcej grania radosnego. Do samej muzyki właściwie nie mogę się przyczepić, gorzej idzie mi z głosem Janiego. Po prostu za bardzo przyzwyczaiłem się do jego manier wokalnych z wcześniejszych płyt. Z drugiej jednak strony słychać w tym pewną naturalną ewolucję, jakieś zaczątki takiego podejścia Lane miał już przecież na Dog Eat Dog. Całkiem niezłe jest następujące dalej Followed. Grupa eksperymentuje z rytmem i przede wszystkim w ucho rzucają się wydłużone na kilka taktów riffy w partiach gitar. Mimo brudnawego brzmienia te zagrywki i tak nawiązują do czystego hard rocka, jeśli ktoś preferuje klasykę tego gatunku z lat '70, to może mu się ten kawałek nawet bardziej podobać od hair metalowego oblicza kapeli. Singlowe Family Picnic przypomina mi z kolei eksperymenty, jakie popełniło ZZ Top na swojej płycie Antenna (de facto mniej więcej te same czasy, co wydawnictwo Warranta). Słychać to w gitarowych zagrywkach, które mnie akurat pasują, za to kompletnie nie trafia do mnie to, co robi tu ze swoim głosem Lane. Jakoś przeciąganie dźwięków mu nie idzie, do tego jeszcze dochodzi niezbyt porywający refren. O ile wcześniejsze kompozycje miały w sobie coś, co mogło mnie zainteresować, o tyle Sum Of One to jakaś straszna smuta i kompletne nieporozumienie. Owszem, eksperymenty wokalne jeszcze tym razem ujdą, ale całe aranżacje w podkładach i głównych zagrywkach to porażka. Brak tu po prostu ciekawych riffów, albo powalających na kolana, albo zmuszających do refleksji. Ukłonem w stronę starych fanów wydaje się być Chameleon. To taka ballada w stylu, do jakiego kapela przyzwyczaiła nas wcześniej i myślę, że gdyby ten numer znalazł się np. na Dog Eat Dog, to ujmy by temu wydawnictwu nie przyniósł. Jeśli ktoś tęskni za dawnym wcieleniem kameleona, przepraszam, Warranta, może odsłuchiwanie albumu powinien zacząć właśnie od tej kompozycji. Udanym kawałkiem jest Crawl Space, gdzie hard rock łączy się z bluesem i country, a do tego zagrany jest z charakterystycznym groovem. Ja bym tu tylko uwypuklił bardziej partie gitary basowej, by numer stał się jeszcze bardziej skoczny. W sumie nie miałbym też nic przeciwko temu, by grupa nagrała takich ścieżek więcej. Jeden z moich faworytów w zestawie. Live Inside Of You jest szczerze mówiąc taki sobie, ani cienki, ani rewelacyjny, słowem przeciętny. Do najlepszych kawałków na płycie mu daleko, najgorszy też nie jest, gdyż ta rola przypadła w udziale Sum Of One. Co powinno ucieszyć fanów zespołu, Jani tutaj śpiewa w sposób zbliżony do tego, jak gardłował na starszych wydawnictwach. No i dobra wiadomość dla miłośników typowych ballad Warranta, High nie zawodzi, trzyma klasę znanych pościelówek tej kapeli. Początkowe dźwięki trochę przypominają mi I Remember You Skid Row, dalej też kilka elementów mogących spodobać się fanom Tyketto, poza tym zachwyceni powinni być ci, którym podobało się Sometimes She Cries. Rozczarowuje trochę garażowy rock'n'roll w postaci Ride #2. Są tu jakieś przebłyski stylu z Dog Eat Dog, ale grupa gubi gdzieś pomysły, brakuje jej patentu na dobrą aranżację. Posłuchać można, lecz zachwycać się nie ma czym. Nadszedł czas na tytułowe Ultraphobic, które jest taką bardziej radosną kopią Smells Like Teen Spirit Nirvany. Podobieństw cała masa i są one od razu wychwytywalne. Przyznam się bez bicia, że oba numery mi się jakoś podobają, a kto wie, czy nawet bardziej pierwowzór. Chyba chłopaki z Warranta chcieli pokazać, że do grunge można podejść z jajami i zagrać go na wesoło. Album zamyka Stronger Now balladka utrzymana w kowbojskim stylu country, co jeszcze podkreśla jej rytmika, choć można też doszukać się w liniach wokalnych podobieństw do stylistyki beatlesowskiej. Nie powiem, kawałek całkiem miły dla ucha i z pewnością celujący w amerykańskiego słuchacza.
Pomimo swojej pozornej niestrawności album wydaje się być przedsięwzięciem dość ambitnym. Niektóre kawałki powinny być dość łatwo strawne dla fanów dotychczasowej twórczości Warranta, inne wymagają osłuchania, jeszcze inne ujdą, gdy podejść do nich z odpowiednią dozą tolerancji. Nawet jeśli uznać ten krążek za jakąś płytę zahaczającą o stylistykę grunge czy alternatywę, to i tak od razu trzeba zaznaczyć, że jest to album tak dobry technicznie, że w owych gatunkach mógłby uchodzić za perłę. Myślę, że zdeklarowani fani grupy zaakceptowali dzieło bez względu na wszystko, reszta słuchaczy powinna zapoznać się z utworami przed zakupem w ciemno. A nuż się spodoba.
Oficjalna strona zespołu: www.warrantweb.net