
Warrant - Belly To Belly Vol. 1
Wydawca: CMC International / Sanctuary Records / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 1996
- In The End (There's Nothing)
- Feels Good
- Letter To A Friend
- A.Y.M.
- Indian Giver
- Falling Down
- Interlude # 1
- Solid
- All 4 U
- Coffee House
- Interlude # 2
- Vertigo
- Room With A View
- Nobody Else
Skład: Jani Lane - śpiew; Rick Steier - gitara; Erik Turner - gitara; Jerry Dixon - gitara basowa; Bobby Borg - perkusja
Produkcja: Jerry Dixon, Jani Lane, Stefan Neary, Rick Steier, Erik Turner
Po nagraniu albumu Ultraphobic perkusista James Kottak nie zagrzał długo miejsca w zespole, tak więc do prac nad nowym krążkiem zespół zabrał się w składzie z Bobbym Borgiem, wcześniej związanym z grupą Beggars & Thieves. W procesie komponowania udział brali tym razem wszyscy muzycy, podczas gdy zazwyczaj kompozytorem większości materiału na poprzednich płytach był Lane. Co ciekawe, nowe piosenki powstały podobno w ciągu dwóch tygodni i w ciągu kolejnych dwóch zostały zarejestrowane. Wedle słów Janiego było to pierwsze wydawnictwo, przy którym zespół poczuł się niczym nieskrępowany nie mając żadnej kontroli wytwórni nad procesem twórczym.
Chciałoby się rzec, że po hair metalowym Warrancie nie pozostał ślad. Już pierwsze dźwięki otwierającego płytę In The End (There's Nothing) z melodyjnym hard rockiem nie mają nic wspólnego, za to wiele ze "zwykłym" rockowym graniem i muzyką alternatywną. Za to świetnie spisuje się ze swoim głosem Jani Lane, który tutaj zamienia się w jakąś hybrydę Freddiego Mercury'ego i Joeya Tempesta. Sczerze mówiąc nie spodziewałem się tego, a zostałem bardzo mile zaskoczony - taki styl śpiewania po prostu mnie się podoba. Ledwie zdążyłem pochwalić wokalistę, a już muszę go skarcić. Feels Good wbrew tytułowi wcale nie wywołuje dobrych odczuć, szepcący głos gardłowego, przepuszczony dodatkowo przez jakiś sztuczny efekt i do tego jeszcze całkowicie alternatywne podkłady nie brzmią dobrze. Zapewne miłośnicy stylistyki grania połowy lat '90 będą piali nad tym kawałkiem z zachwytu, nie da się jednak ukryć, że fani hard rocka nie mają tu czego szukać. W Letter To A Friend chłopaki chyba odkrywają coś, co będzie modne kilka lat później, mianowicie brit pop i modern rock. Ironia losu, że w czasie wydania album nie zrobił furory, a w czasach, kiedy mógłby się sprzedać jak ciepłe bułeczki, nikt już o nim nie pamiętał. Może jestem zbyt wymagający, ale gdzie się podziały te czasy, kiedy Warrant miał świetne solówki i zajmował się utworami o nieco bardziej ambitnych strukturach. Przy takim graniu jak tutaj nawet Ultraphobic mógłby uchodzić za wielkie dzieło. Pocieszający jest tylko refren w ścieżkach wokalnych, tutaj fani "dawnego Janiego" znajdą coś dla siebie. Mieszankę gatunkową muzycy serwują w A.Y.M., jest tu bowiem hard rockowy riff, ale reszta to aranżacje grunge'owo, alternatywno-industrialne. Strasznie razi sposób, w jaki potraktowano maszynowo wokale i ogólne wrażenie psuje garażowe brzmienie całości. To nie jest ta sama kapela, której płyty tak mi się niegdyś podobały. O niebo lepiej jest w Indian Giver, numer opiera się przynajmniej na ciekawej zagrywce, co nadaje mu odpowiedniego klimatu. Niestety jego środek przypomina bardzo coś, co ja nazywam amerykańskim rockiem lat '90 - miks punka, alternatywy i modern rocka. Da się jednak tego słuchać, o ile jesteśmy tolerancyjni na inne gatunki niż hard rock. Dalej nieco łagodniejsza kompozycja Falling Down, domyślam się, że miało to być coś w zastępstwie ballady. Sam utwór dość strawny, po kilku przesłuchaniach nawet można go polubić, jego tytuł z kolei idealnie oddaje statystyczna krzywą kariery Warranta. Krzywą opadającą. Interlude # 1 to krótki przerywnik, zbyt krótki, by móc coś sensownego na jego temat napisać. Wygląda to tak, jakby zespół nagle chciał zagrać jakiś swing, taki dość melodyjny jazz. Znów odjazdy w kierunku alternatywy i industrialu w postaci Solid. Zapewne spodobałoby się to i fanom grunge'u, ale z punktu widzenia miłośników melodyjnego hair metalu, to tylko można pokaleczyć sobie uszy. Numer aż prosi się o "skipa", zresztą jak i właściwie cała płyta. All 4 U jest jeszcze jedną ścieżką o zabarwieniu smutnawym. Pojawiają się tu kobiece wokale, za które podobno odpowiedzialna była przyjaciółka współwłaściciela studia, gdzie zespół nagrywał swój album. Utwór całkiem znośny, przypominający mi trochę krążki Dokken wydawane już po złotej erze tej grupy, a są tu i momenty, kiedy na myśl przychodzi mi stary, dobry Queensrÿche (chwilami Lane melodycznie śpiewa jak Geoff w jednym z kawałków na Emipire - i to jest moim zdaniem najlepsza część tej piosenki). Coś z tego wspomnianego przed chwilą, późnego Dokkena ma w sobie też kolejny Coffee House. Kompozycja strawna, wielokrotnie odsłuchiwana, metodą transu i hipnozy może się nawet spodobać. Raz jeszcze przerywnik w postaci jazzującego Interlude # 2 i muszę przyznać, że muzycy zagrali tu jak rasowi jazzmani. Wcale bym się nie obraził, gdyby kiedyś sklecili całą płytę utrzymaną w takich klimatach, bo słychać, że mają do tego talent. Jak się okazuje, to taka miniaturka mająca być raptem tylko pewnym wtrąceniem urasta do miana jednej z najlepszych ścieżek na krążku. Kolejne nieporozumienie w zestawie to Vertigo, czyli miks grunge'u, jazzu i alternatywy. Rzadko mi się zdarza ostro krytykować jakieś płyty, ale czasem jest to nieuniknione, a dodam, że nawet bolesne, kiedy trzeba to zrobić w stosunku do zespołu, który się lubi. Room With A View to chyba najsmutniejsza brzmieniowo ballada, jaką Warrant kiedykolwiek nagrał. Dobra wiadomość dla fanów starego stylu grupy, ta piosenka powinna się im spodobać. Na kolana wprawdzie nie powala, ale jest skrojona na miarę dawnych przebojów i warto jej posłuchać. Płytę zamyka Nobody Else z linią wokalną, która w pewien sposób przypomina mi znany hit Pink Floyd. Rewelacji wprawdzie nie ma, jednak biorąc pod uwagę konfrontację z licznymi, mało ambitnymi kawałkami w zestawie numer może uchodzić za dobry.
Trzeba przyznać, że parę dobrych pomysłów muzycy tu mieli, lecz są one tak nieliczne, że płytę z czystym sumieniem można sobie podarować. Zatwardziali fani Warranta, którzy kupią wszystko, co tylko zespół wyda, pewnie i tak już się w krążek zaopatrzyli. Miłośnikom hair metalu raczej odradzam zakup tej płyty w ciemno, bo mogą się srodze rozczarować. Mimo wszystko polecam album słuchaczom, którzy nie boją się mieszanek stylistycznych, lubują się w utworach o zabarwieniu smutnym, albo po prostu chcą posłuchać czegoś dla odmiany. Tytuł Belly To Belly Vol. 1 sugeruje, że kiedyś grupa nagra jego kontynuację, nie wiem tylko, czy ktoś na nią jeszcze czeka...
Oficjalna strona zespołu: www.warrantweb.net