Vixen - Live & Learn

Vixen - Live & Learn

Wydawca: Demolition Records / Warcon
Rok wydania: 2006

  1. Anyway
  2. Live & Learn
  3. I Try
  4. Little Voice
  5. Pacifist
  6. Don't Want It Anymore
  7. Love Song
  8. Angry
  9. I'm Sorry
  10. You Wish
  11. Suffragette City
  12. Give Me Away

Skład: Jenna Sanz-Agero - śpiew; Jan Kuehnemund - gitary; Lynn Louise Lowrey - gitara basowa; Kat Kraft - perkusja
Gościnnie: Chris Fayz - instrumenty klawiszowe w [4, 12]; Randy Wooten - instrumenty klawiszowe w [11]; Paulie Cerra - saksofon w [11]; Robert Lear - dudy w [12]

Produkcja: Dennis MacKay

Obecny skład Vixen tworzą cztery piękne panie, ale to trochę mało, by płyta Live & Learn z 2006 r. wzbudzała jakiś szczególny zachwyt. Spora rzesza fanów była zawiedziona już przy okazji wydanego 8 lat wcześniej albumu Tangerine, ale faktem jest, że do tamtego krążka szło się z czasem przekonać. Tym razem zawiedzeni mogą się czuć zarazem miłośnicy dawnego, hair metalowego wcielenia Vixen i ci, którzy wcześniej przełknęli jakoś Tangerine. Jeśli jednak podejść do tematu bez uprzedzeń, to płyta może się spodobać.

Niestety ślicznotki znów na siłę spróbowały być "nowoczesne". Jak bardzo pogoń za nowoczesnością może być nieudana, przekonały się liczne kapele z lat '80, które dekadę później próbowały zmienić swój styl grania. Efektem była utrata dotychczasowych fanów i niewielkie zainteresowanie ze strony nowych. Na Live & Learn z oryginalnego składu pozostała już tylko Jan Kuehnemund, resztę zespołu tworzą nowe (znów piękne) twarze. Jakiś czas temu miało dojść do kolejnego reunion z dawnymi członkiniami, ale skończyło się tylko na tym, że panie sobie pogadały i potem każda poszła w swoją stronę. A szkoda. Roxy próbuje swoich sił wspólnie z siostrą Maxine, Share wraz z mężem angażuje się w punkowe projekty, a Janet niedawno wystąpiła w ramach przedsięwzięcia Scrap Metal i pokazała, że jej forma wokalna nadal jest wysoka. Gdyby tak te przedstawicielki płci pięknej naszły sentymenty, moglibyśmy otrzymać jakiś dobry krążek... No nic, nie pozostaje nic innego, jak wsłuchać się w Live & Learn. Pierwsze w zestawie Anyway jest całkiem melodyjne, co może zaskoczyć znających poprzedni album studyjny tej żeńskiej formacji. Jakichś szczególnych pokazów gitarowej pirotechniki tu nie ma, chociaż po Jan spodziewalibyśmy się zdecydowanie więcej. Czytelnikom należy się kilka słów o nowej wokalistce - Jennie Sanz-Agero. Jej głos jest kompletnie inny niż Janet Gardner; inna barwa, inne maniery wokalne, co nie znaczy, że Jenna śpiewa gorzej. Problem w tym, że nie za bardzo pasuje to do prezentowanej na wydawnictwie stylistyki muzycznej. Gdyby Sanz-Agero spróbowała swoich sił np. w muzyce country, zapewne przyniosłoby to jej więcej uznania. A tu mamy taki wesoło zagrany modern rock. Numer tytułowy, czyli Live & Learn sprawia wrażenie ostrzejszego od poprzednika, ale tylko swoim początkiem, reszta jest już zbliżona. Tutaj Kuehnemund spróbowała swoich sił w graniu bardziej zaawansowanej solówki i wyszło to nie najgorzej. Co do warstwy tekstowej, to wypada ona jak coś na kształt czterdziestoletnich mam, które próbują przestrzegać i dawać rady swoim nastoletnim córkom. Jak się nad tym zacząć dłużej zastanawiać, to pojawienie się uśmiechu na twarzy wydaje się nieuniknione ;). I Try celuje w nieco inną stylistykę, zwłaszcza zwrotki zdają się być dalekie od tego, co mieliśmy wcześniej. Momentami wokalnie blisko temu do śpiewaczek z zespołów grających metal gotycki, ale wymieszane to jest jeszcze ze śpiewami popowymi. Ciężko mi to porównać do czegoś konkretnego, bo nie słucham takiej muzyki na co dzień. Kompozycją zagraną na nutę country, choć i z rockowym zacięciem, jest Little Voice i pewnie dlatego głos Jenny lepiej do tego materiału pasuje niż uprzednio (z tego też powodu lepiej się go słucha). To jeszcze jeden dowód na to, że wokalistka powinna rozejrzeć się za jakąś grupą grającą inny gatunek, by mogła w pełni rozwinąć skrzydła, albo też Vixen powinno powędrować w takim kierunku. W związku z zaistniałą sytuacją zaskakuje wręcz swoją przebojowością Pacifist. Może nie jest to nic na miarę dwóch pierwszych płyt, ale dużo im nie ustępuje. Gdyby bardziej dopieszczono brzmienie lub dodano jakieś klawisze, kawałek byłby poprostu killerski. Solidna porcja porządnego hard rocka, w dodatku z całkiem przyzwoitą solówką. Don't Want It Anymore to dla odmiany modern rockowa ballada, taka trochę plasująca się gdzieś między popem (pewne podobieństwa do specyficznych chórków u tzw. girlsbandów) a country. Oczywiście z muzyką rockową łączy ją przesterowane brzmienie gitar, choć trzeba dodać, że ten przester jest dość łagodny. Do gitarowej solówki dodano efekt pokroju phasera i wypadło to nie najgorzej, a nawet dodało nieco smaku tej kompozycji. Poprawnym nagraniem jest Love Song, choć w ekscytację trudno jest przy tej okazji popaść. Znów modern rockowe rozwiązania i zakładam, że materiał miał celować w amerykańskiego słuchacza, który do tej stylistyki grania jest niemal w naturalny sposób przyzwyczajony, bo od końca lat '90 tego typu ścieżki przewijały się w wielu filmach. Może się to sprzeda w USA, w Europie raczej jest to mało prawdopodobne. Europejska publiczność może natomiast polubić Angry. Jest to kawałek plasujący się dość blisko tzw. europejskiego AOR-u, balansującego gdzieś miedzy łagodnym melodic rockiem a hard rockiem. Tak grywały Faithfull i Covered Call chociażby. łatwo wpada w ucho, ale też szybko z głowy uchodzi. I'm Sorry jak na mój gust jest pozycją trochę niemrawą i brak w niej czegoś, co by przyciągało. Nie wytrzymuje konkurencji z poprzednimi numerami, które też przecież jakichś górnych lotów nie były. Nie zanosi się na to, bym jej często słuchał. Ciekawie zaczyna się You Wish, wstępny riff wzbogacony fajną pracą gitary basowej jest niczego sobie, niestety cały urok utworu ulatuje wraz z wejściem wokalistki. Zmarnowany potencjał, co boli tym bardziej, że zagrywki tutaj się pojawiające są całkiem oryginalne nawet w skali globalnej. Przed finiszem płyty sięgnięto po cover z repertuaru Davida Bowiego - Suffragette City. Oryginał tej takiej sobie pioseneczki nie jest czymś, co by mnie jakoś szczególnie zachwycało i wersja coverowa wiele w moim podejściu nie zmienia. Owszem, dzięki dziewczynom całość brzmi bardziej rockowo i chyba nawet w ogólnym rozrachunku wypada lepiej od pierwotnego nagrania. Da się słuchać, ale jak już mam wybierać, to wolę numery w podobnej stylistyce grane przez Nazareth (taki Bad Bad Boy przychodzi mi przy okazji na myśl). Album zamyka ballada Give Me Away, do której nakręcono zresztą promocyjny teledysk. Znów nie jest to coś, co by wzbudzało we mnie zachwyt, ale obiektywnie muszę przyznać, że jest to kompozycja bardzo przyzwoita i czasem lubię jej posłuchać. Płeć piękna pewnie oszaleje na jej punkcie.

Nie jest to album, który byłby całkowicie podobny do swoich poprzedników, ale też da się zauważyć, że Lisiczki w wielu miejscach nawiązują do swej wcześniejszej twórczości. Sporo jest ukłonów w kierunku grania bardziej radosnego, niż to miało miejsce na Tangerine, z drugiej strony strukturalnie i ze względu na samo podejście do grania również i do tego wydawnictwa trochę podobieństw się znajdzie. Przy pierwszym kontakcie z płytą byłem trochę rozczarowany, z każdym kolejnym podejściem robiłem się coraz bardziej krążkowi życzliwy. Można posłuchać.

Oficjalna strona zespołu: www.vixenrock.com