
Uriah Heep - Demons And Wizards
Wydawca: Mercury / Bronze / Island / Sanctuary / Castle Music / Earmark / BMG Japan
Rok wydania: 1972
- The Wizard
- Traveller In Time
- Easy Livin'
- Poet's Justice
- Circle Of Hands
- Rainbow Demon
- All My Life
- Paradise
- The Spell
- Why (extended version) [bonus w reedycji]
- Rainbow Demon (single edit) [bonus w reedycji]
- Proud Words On A Dusty Shelf (outtake) [bonus w reedycji]
- Home Again To You (demo) [bonus w reedycji]
- Green Eye (demo) [bonus w reedycji]
Skład: David Byron - śpiew; Ken Hensley - gitara akustyczna, gitara elektryczna, gitara slide, chórki, instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Mick Box - gitara prowadząca, chórki; Gary Thain - gitara basowa (poza [1]); Lee Kerslake - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki; Mark Clarke - gitara basowa i śpiew w środkowej sekcji [1]
Produkcja: Gerry Bron
Po wydaniu trzech udanych krążków, w tym dwóch tego samego roku, Uriah Heep kontynuuje dobrą passę i nagrywa swój czwarty album - Demons And Wizards. Jak to zwykle bywa w przypadku wydawnictw tego zespołu, również tym razem warto pofilozofować nad okładką dzieła. Jej autorem jest Roger Dean, który namalował obraz w taki sposób, by krył w sobie zamaskowane symbole erotyczne. Sam materiał tradycyjnie zawiera różnorodne kompozycje, więc możemy być pewni, że ekipa Byrona nas nie zanudzi.
Początek lat '70 to dla Uriah Heep okres komercyjnego sukcesu, płyty zaczynają rozchodzić się jak ciepłe bułeczki (Demons And Wizards dla przykładu pokryło się złotem pod koniec 1972 r.), a to za sprawą singli je promujących. Na singlu wypuszczono choćby pierwszy w zestawie utwór The Wizard. Zasadniczo jest to kompozycja bardzo łagodna, oparta w dużej mierze na gitarach akustycznych i tylko podbarwiana mocniejszym brzmieniem organowym. Ostrzej zaczyna się robić natomiast w refrenach i jest to dobre posunięcie, sprawia, że cały numer nabiera życia. Co do warstwy tekstowej, to grupa wprowadza elementy magiczne, aczkolwiek wsłuchując się w słowa można się zastanawiać, czy to przypadkiem nie ma jakiegoś ukrytego znaczenia (patent z okładką mógłby wskazywać właściwy trop). Traveller In Time to już zupełnie inna bajka. Jest dość ostro, a nawet hałaśliwie, chociażby sam wstęp jest już bardziej dynamiczny, gdzie tworzy się ściana dźwięku, coś jak na In Rock Purpli. Dalej powplatano nieco więcej elementów radosnych, co zresztą jest pewnego rodzaju standardem dla tej kapeli. Są też niestety partie odśpiewane wysokim falsetem, co mnie trochę drażni, bo kojarzy się z pewną piosenką z gatunku disco, często puszczaną w lokalnym radiu, której po prostu nie znoszę. Na drugiego singla promującego krążek wybrano Easy Livin' i był to strzał w dziesiątkę. Numer dotarł do 39 miejsca na amerykańskiej liście Top 40 i stał się pierwszym hitem zespołu na tym kontynencie, a popularny był także w Niemczech i Nowej Zelandii. Kawałek rewelacyjny, mocno nawiązujący do pierwszych płyt grupy. Dynamiczne nagranie ze skocznym rytmem, ale przede wszystkim oparte na potężnym, monumentalnym brzmieniu Hammondów (czyli takie Uriah, jakie lubię najbardziej) i do tego jeszcze gdzieniegdzie dźwięki przypominające uderzenia w dzwony. Nic dziwnego, że wtedy stał się przebojem, czasy sprzyjały takiej muzyce, gdyby rzecz się miała dzisiaj, mogłoby nie być już tak różowo. Poet's Justice odchodzi w nieco innym kierunku, lecz udziela się tu po raz kolejny teatralno-operowa maniera w śpiewie Byrona, która była jakże charakterystyczna dla pierwszej płyty. Zresztą nie bez pewnego poczucia humoru, bo jak inaczej traktować te specjalnie wydłużane frazy wokalne kończące się nagle bardzo krótkimi sylabami, jakby w płucach gwałtownie zaczynało brakować powietrza. Takie zgrywy często robią amatorzy próbujący naśladować doświadczonych wokalistów i nie mogąc "wyciągnąć" motywu na jednym wdechu natychmiast go urywają. A co z podkładami? Podkłady opierają się na transowo grającej sekcji rytmicznej, powtarzającej wciąż te same motywy, natomiast różne smaczki robią pozostałe instrumenty, w tym i wokalista. U podstaw Circle Of Hands leżą partie Hammondów, znów majestatyczne, nawet przywodzące na myśl organy kościelne. Odnoszę trochę wrażenie, że zespołowi zaczęło brakować pomysłów, stąd i sięgnął po sprawdzone wcześniej wzorce. Z drugiej strony, czyż właśnie nie tego oczekiwali od muzyków fani? Przy okazji, zwróćcie uwagę na sposób, w jaki Byron wyśpiewuje słowo "tomorrow" i spróbujcie policzyć, ilu innych gardłowych naśladowało tę manierę w późniejszym czasie... Byli już zapowiadani w tytule płyty czarnoksiężnicy, nadszedł czas na demony. Rainbow Demon w pewien sposób kojarzy mi się z dwoma nagraniami Deep Purple, mianowicie z Demon's Eye i Pictures Of Home. Nie znaczy to, że jest to coś bliźniaczo podobnego do tych utworów, ale gdybym miał klimatycznie te ścieżki jakoś zakwalifikować, wrzuciłbym je do wspólnego worka. Niewątpliwie kawałek ma swój specyficzny nastrój, sprawia, że po jakimś czasie zaczynamy śpiewać refreny razem z wokalistą, bierzemy cały numer do siebie, może nawet zaczynamy się nad nim zastanawiać, być pobudzonymi do refleksji. Opowieścią z innej beczki jest z kolei All My Life, które kojarzy mi się z działającym w tym samym okresie zespołem Argent. Podobne brzmienie gitar, podobne rytmy perkusji, niemal identyczna stylistyka grania. Trochę to nie w moim guście i uważam to nagranie za słabsze od reszty, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że w uszy jakoś nie kłuje. Czymś w rodzaju "ambitnej ballady", jak nazywam ballady odbiegające od standardowych pościelówek, jest Paradise. Bardzo interesujący początek, potem już dość przewidywalnie. Ścieżka nadawałaby się do jakiegoś filmu, najlepiej do musicalu, bo ma ku temu wszelkie predyspozycje (wyobraźcie sobie np. głównego bohatera, który z nudów zaczyna dumać nad czymś wpatrując się w okno późnym wieczorem i jako muzyczne tło właśnie takie melodie). Bez żadnej przerwy utwór przechodzi w ostatnią na płycie kompozycję zatytułowaną The Spell. Jeszcze gdy nie cichnie do końca poprzedni kawałek, już słyszymy wesołe klawisze i nieco bardziej skoczne rytmy kolejnego. Jednak piosenka zwalnia później, pojawia się pianistyczna wstawka, dalej robi się nawet bardzo ilustracyjnie, potem znów powrót do struktur pianistycznych i wreszcie nawrót do stylistyki z początku utworu. Można więc śmiało rzec, że nagranie ma strukturę klamrową - rozwija się do pewnego momentu, by potem niemal symetrycznie powrócić do swego początku.
Jeszcze jeden z klasyków Uriah Heep, których nie wypada nie znać. Album broni się po latach, nie stracił nic ze swojej świeżości, zresztą właśnie za to tak bardzo cenię sobie ten zespół. Kilka pierwszych płyt grupy można zakupić w ciemno, na każdej z nich znajduje się kilka "killerów", a słabsze pozycje występują bardzo rzadko. Z czystym sumieniem polecam ten album, jak i inne z tego okresu działalności formacji.
Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com