Winger - Karma

Winger - Karma

Wydawca: Frontiers Records
Rok wydania: 2009

  1. Deal With The Devil
  2. Stone Cold Killer
  3. Big World Away
  4. Come A Little Closer
  5. Pull Me Under
  6. Supernova
  7. Always Within Me
  8. Feeding Frenzy
  9. After All This Time
  10. Witness
  11. First Ending [bonus track]
  12. The Making Of Karma (video)

Skład: Kip Winger - śpiew, gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Reb Beach - gitary, chórki; Rod Morgenstein - perkusja; John Roth - gitary, chórki

Produkcja: Kip Winger

W kilku wywiadach Kip zapowiadał, że nowe dzieło Wingera będzie czymś w rodzaju hybrydy pomiędzy debiutanckim albumem grupy a albumem Pull, co słusznie spowodowało wrzenie wśród fanów zespołu. Apetyt na kolejny krążek podsycał "teaser" zamieszczony na YouTube i dość wcześnie udostępnione sample, z których wynikało, że tej płyty nie można przegapić. Faktycznie, Winger nie zawiódł i oto otrzymujemy jeszcze jedno wydawnictwo do testowania wytrzymałości naszych głośników.

Skład kapeli jest ten sam, co przy wydanej kilka lat temu "czwóreczce", z tym że pomniejszony o klawiszowca Cenka Eroglu, który "zdezerterował" z szeregów zespołu kilka miesięcy temu, by zająć się procesem twórczym w związku z drugą płytą jego formacji Xcarnation. Winger słynął zawsze zarówno z udanych rockerów jak i wzruszających ballad, nie mogło ich również zabraknąć na Karmie. Różnica tylko taka, że zazwyczaj materiał na krążkach był przeplatany, tym razem album zdecydowano się nieformalnie podzielić na dwie części - pierwsza z nich jest ostrzejsza, bardziej rockowa, drugą z kolei stanowią utwory wolniejsze i łagodniejsze. Na początek grupa zapodaje pełen ognia numer Deal With The Devil, będący jak cios prosto między oczy. Ostre gitary, agresywny i pełen energii głos Kipa to jest to, co od razu rzuca się w uszy. Przypomina mi to pewne fragmenty z pamiętnego utworu Battle Stations, jaki ekipa popełniła na potrzeby filmu "Bill & Ted's Bogus Journey". To mniej więcej ten sam styl grania, z tym że brzmieniowo bliżej jest tu do czasów Pull. Przede wszystkim muzycy wypadają tu nadzwyczaj szczerze, jak gdyby ubyło im lat i zrobili się o połowę młodsi, natomiast najbardziej podobają mi się wstawki Reba, te króciutkie solóweczki wplatane tu i ówdzie. Mając dwóch wioślarzy w składzie można sobie na takie efekty z łatwością pozwolić i to bez kombinowania ze studyjnymi nakładkami. Może już nie z taką agresywnością, ale nadal z rockowym zacięciem jest w Stone Cold Killer. Ten kawałek moim zdaniem powinien znaleźć się na soundtracku do jakichś japońskich bajek, gdzie superbohater niszczy wszystko, co stanie mu na drodze do osiągnięcia celu. Reb wygrywa tu solówki nawiązujące do czasów jego bytności w szeregach Dokken, co powinno się spodobać właśnie fanom tej formacji. Bardziej podoba mi się jednak następujące dalej nagranie ochrzczone Big World Away. Trochę pokręconych, rytmicznych riffów i wiele zapożyczeń z epoki "pullowej" i co nie co z "czwórki", w tym zagrywki gitarowe w refrenach, no i same refreny odśpiewywane przez Kipa. Mając za sobą kilka odsłuchań płyty, właśnie ta ścieżka najbardziej przypadła mi do gustu. W Come A Little Closer wbrew pozorom sporo się dzieje. Z jednej strony mamy tu kilka ponurych zagrywek na nutę Black Sabbath czy nawet Black Label Society, ale nie zabrakło też momentów orkiestracyjno-symfonicznych i zaskakujących rozwiązań wokalnych, wliczając w to chórki. Jak dla mnie bomba, lubię takie eksperymenty. Jeszcze przed przesłuchaniem krążka, podczas studiowania listy tytułów zastanawiałem się, czy może drużyna Kipa pokusiła się o zcoverowanie znanego nagrania Dream Theater, jednak nic z tego. A szkoda, bo chętnie posłuchałbym owego numeru w wykonaniu Wingera. Również tutaj zespołowi udało się umknąć rutynie i piosenka nie jest jednolita i monotonna. Rozpoczynający ścieżkę riff przypomina mi zagrywki z Vicious Rumors, z ich kawałka Don't Wait For Me, ale dalej muzycy podążyli w innym kierunku, wokalnie bliżej temu do solowych wydawnictw Kipa. Tak więc mamy nieco szybsze, ostrzejsze momenty, a także fragmenty bardziej liryczne. Supernova rozpoczyna drugą część płyty, tę ze spokojniejszym materiałem. Utwór ma w sobie coś popowego, podobnego do popu z lat '80, o tym, że jest to jednak numer rockowy przypominają od czasu do czasu nieco bardziej drapieżne uderzenia w gitary. Wokalista śpiewa w zwrotkach niemal jak zza jakiejś mgiełki, jakby pod wpływem zamroczenia tajemniczym oparem... Z subtelną balladą mamy do czynienia przy okazji Always Within Me, chociaż poszukiwacze podobieństw do starych pościelówek Wingera mogą się zdziwić. Nie jest to nic na miarę Miles Away, Headed For A Heartbreak, czy Who's The One, znów bliżej temu do solowych nagrań wokalisty. Cóż, nie za bardzo mnie to rusza, ale zapewne wśród fanek zespołu znajdzie się ktoś tą piosenką zauroczony. Feeding Frenzy wyłamuje się ze schematu pozycji łagodniejszych, gdyż zostało uzbrojone w mocniejsze riffy. To dobrze, bo przy poprzedniku zaczynałem ziewać, a mocniejsze uderzenie potrafi skutecznie rozbudzić. W solówce popisał się Reb i zagrał kilka patentów, które zawsze robią na mnie silne wrażenie (coś w rodzaju tappingu przy płynnym przesuwaniu rąk po gryfie podczas zmiany pozycji). Bluesujące After All This Time powraca do szeregu kompozycji spokojnych. Nawet Kip śpiewa tu inaczej niż zwykle, oscylując swoim głosem gdzieś pomiędzy bluesem a soulem, a Reb gra solówkę jak rasowy bluesman. Potwierdza się moja opinia o zespole i jego muzykach, że Winger to wbrew pozorom grupa bardzo uniwersalna i nie ma chyba takiego gatunku muzycznego, w którym nie potrafiłaby się odnaleźć. Łagodnym utworem jest Witness i to też jest dowód na to, jakim kapela potrafi być kameleonem - bardzo silny kontrast z tym agresywnym obliczem pokazanym na początku albumu. Piosenka posiada właściwości kojące, więc chyba można ją stosować w ramach terapii wobec osób nerwowych ;). Chociaż dzika solówka może zniweczyć te plany... Europejskie wydanie krążka wieńczy numer bonusowy w postaci instrumentalnej miniaturki o tytule First Ending. Doszukiwanie się jakichkolwiek podobieństw do zestawu poprzednich nagrań może zwieść na manowce. Nie ma tu kompletnie niczego, co przypominałoby poprzedników, jest za to zgrabna aranżacja klawiszowa przywodząca na myśl melodie z pozytywek i zakończona bluesową nutą gitary akustycznej.

Płyta jest bardzo różnorodna i, jak to zwykle w przypadku Wingera bywa, doprawiona licznymi smaczkami aranżacyjnymi, więc jej walory wykraczają daleko poza zwykłą rozrywkę. Udany kompromis pomiędzy tymi, którzy oczekiwali czegoś w stylu pierwszych płyt zespołu, a tymi, którym spodobało się poprzednie studyjne dzieło załogi. Jak słychać, reguła nagrywania krążków raz na kilka lat doskonale się sprawdza, fani grupy z pewnością nie będą zawiedzeni. Płytę można kupić w ciemno.

Oficjalna strona zespołu: www.wingertheband.com