Vinnie Moore - Mind's Eye

Vinnie Moore - Mind's Eye

Wydawca: Shrapnel Records / Roadrunner
Rok wydania: 1986

  1. In Control
  2. Daydream
  3. Saved By A Miracle
  4. Hero Without Honor
  5. Lifeforce
  6. N.N.Y.
  7. Mind's Eye
  8. Shadows Of Yesterday
  9. The Journey

Skład: Vinnie Moore - gitary; Tony MacAlpine - instrumenty klawiszowe; Andy West - gitara basowa; Tommy Aldridge - perkusja

Produkcja: Mike Varney i Stephen M. Fontano

Jak to jest obecnie, każdy wie, dlatego też nie będę opowiadał o tym co teraz, tylko opowiem o tym, jak to było w drugiej połowie lat '80 i na początku lat '90 ubiegłego stulecia. Na fali melodyjnego hard rocka wypromowany został też inny podgatunek muzyki rockowej. Tym gatunkiem był Guitar Oriented Rock, nastawiony na wyeksponowanie partii gitar w wykonaniu wirtuozyjnym, zazwyczaj też większość wydawnictw z tego gatunku była czysto instrumentalna. Chociaż pierwsze wydawnictwa tego typu ukazywały się już wcześniej, to największy ich wysyp nastąpił właśnie po 1986 r. i niemałą w tym rolę odegrała wytwórnia Shrapnel Records z producentem Mike'iem Varneyem na czele. Shrapnel wypromował całą rzeszę wspaniałych gitarzystów, z których tylko część osiągnęła sławę porównywalną z Satrianim, Malmsteenem czy Vaiem. Jednym z nich jest niewątpliwie Vinnie Moore, którego debiutancka płyta Mind's Eye z 1986 r. to już klasyka GORu.

Vinnie dobrał sobie doborowe towarzystwo do nagrania tego krążka. Tony MacAlpine to inny wirtuoz gitary i instrumentów klawiszowych, który tutaj wystąpił w roli klawiszowca, za perkusją zasiadł Tommy Aldridge znany ze współpracy z Whitesnake, House Of Lords i wielu innych projektów, bas powierzono rękom Andy'ego Westa, bardziej znanego z późniejszych występów u boku Toshiego Isedy, innego wirtuoza gitary (ucznia Michaela Angelo, de facto). MacAlpine'owi muszę poświęcić tu o kilka zdań więcej, bowiem na tym albumie niemalże jest on współgwiazdą, ba, nawet styl gry samego Vinniego bardzo przypomina styl Tony'ego. In Control, pierwszy utwór w zestawie, może być tego najlepszym przykładem. Mógłbym przysiąc, że gra tu na gitarze sam Tony, bowiem treściowo materiał jest łudząco podobny do tego, co grał MacAlpine w czasach Maximum Security, czyli chronologicznie w podobnym okresie. Taki sam sposób komponowania nagrań, gdzie gitara rytmiczna gra bardzo prosto, a klawisze odgrywają "stojące" akordy, identyczna struktura kawałków, gdzie mamy jakby zwrotki i refreny, chociaż niby cała płyta to jedna niekończąca się solówka. Do tego dochodzi jeszcze klawiszowe solo zagrane przez Tony'ego zupełnie jak na jego wydawnictwach. Dodam ponadto, że słychać tu co nie co podobieństw do pierwszej solowej płyty Yngwie Malmsteena, ale nic w tym dziwnego, obaj panowie eksplorowali wszystkie zakątki stylu neoklasycznego. W zasadzie to samo można powiedzieć o następnym numerze, Daydream. Pomysł na hit jest taki sam, Vinnie nie odkrył tu niczego nowego, tyle tylko, że zagrał wolniej niż uprzednio. Jako gitarzysta jestem z tego nawet zadowolony i myślę, że moi koledzy po fachu podzielą moje zdanie w tej kwestii, że jeśli już nam się spodoba jeden utwór, to będziemy zadowoleni i z całej reszty. Reszty piosnek i reszty albumów, bowiem zawartość innych krążków Vinniego też jest podobna. Pewnym przełomem na płycie jest Saved By A Miracle zaczynający się od gitar akustycznych. Moore wymiata tu nieziemsko grając zarówno kostką jak i palcami, w stylu oscylującym gdzieś między muzyką poważną a flamenco. Zaraz za tym wstępie mamy bardzo ostre gitary okiełznane w rytmicznie bardziej skomplikowaną strukturę, później niestety (lub "stety") gitarzysta powraca do stylistyki z poprzednich kawałków. Tutaj możemy wychwycić tę dyskretną różnicę między stylami gry Moore'a i MacAlpine'a. Moore zdecydowanie bardziej lubuje się w długich partiach "wymiatanych", granych bardzo szybko, w porównaniu ze swoim kolegą po fachu. Za połową utworu mamy miłą niespodziankę w postaci sola zagranego na perkusji przez Aldridge'a. To się chwali, że muzycy nie zapomnieli o swoim perkusiście i również jemu dali wykazać się tym, co potrafi. Rzecz to zaiste rzadka na wydawnictwach rockowych. Hero Without Honor to już kompozycja bardziej ilustracyjna, nasuwają się pewne skojarzenia z niektórymi nagraniami Jasona Beckera czy Marty Friedmana, którzy też przecież nagrywali dla Shrapnela. Nawet klawisze grają tu w nieco innym stylu. Tak sprawa wygląda przez 1/3 utworu, dalej niestety wszystko powraca do klimatów znanych z poprzednich numerów, by w połowie kompozycji zaskoczyć nas neoklasyczną miniaturką zagraną na stłumionych strunach. Bardzo fajna zagryweczka, widocznie Vinnie wyczaił dobry patent, bo będzie go jeszcze powielał na innych krążkach. Wreszcie przychodzi pora na mój absolutny faworyt z tego albumu i w ogóle z całej chyba twórczości Vinniego, na kawałek o tajemniczym tytule N.N.Y.. Pamiętam, jak po raz pierwszy usłyszałem ten numer. Siedziałem wtedy przy biurku i byłem zajęty czymś innym (o ile pamiętam, odrabiałem lekcje, bo bardzo młody wtedy byłem, heh) i akurat na "cedeku" kręcił się wtedy N.N.Y.. Jak siedziałem, tak wstałem i nie usiadłem już do końca utworu. Początek kawałka przypominał mi Dragon's Mistress Marty Friedmana, który to również w owym okresie po prostu uwielbiałem. Dalej leciała imponująca solówka na klawiszach grana przez Tony'ego, a potem moja ulubiona zagrywka i szaleńcze galopady Vinniego wzdłuż i w szerz gryfu. Akurat jestem szczęśliwym posiadaczem japońskiego wydania tej płyty i we wkładce mam fragmenty nut i tabulatur do tego utworu. Zagrałem sobie tę zagrywkę z tabulatur (wtedy jeszcze nie znałem nut) i byłem powalony tym, że można zagrać coś tak prostego i zarazem tak genialnego. Tytułowe Mind's Eye to z kolei mieszanka stylowa gdzieś pomiędzy MacAlpinem a Malmsteenem. Początek utworu jest dość ostry, ale dalej wszystko wraca do normy i mamy typowego Moore'a. Shadows Of Yesterday mógłby z powodzeniem znaleźć się na Maximum Security MacAlpine'a. Stosują się do niego te same uwagi, które zawarłem na początku recenzji. Inna sprawa, że w środku kompozycji mamy zagrywki rodem jak z Malmsteena, tyle że Yngwie grał tak kilka lat później. Doszliśmy do momentu, że już nie wiadomo, kto komu podkradał pomysły i kto kim się inspirował. Na sam koniec płyty Vinnie zaserwował nam kawałek najwolniejszy z całego zestawu i o dziwo, jest to numer wyśmienity. Można przy nim odpocząć po tej całej dawce wymiatania, ogólny klimat jest bardziej ilustracyjny i jego fragmenty mogłyby być z powodzeniem wykorzystane w jakimś filmie.

Nie jest to krążek dla każdego, jest on wybitnie skierowany do gitarzystów, w dodatku tych z ambicjami wirtuozerskimi, innych słuchaczy może nużyć. Ja go akurat uwielbiam. Niewątpliwie jest to klasyka swojego gatunku i już za to należy mu się szacunek, niemniej jednak jeśli ktoś nie lubi gitarowego wymiatania, może sobie ten album spokojnie odpuścić. Polecam go za to tym wszystkim, którzy od muzyki wymagają czegoś więcej niż tylko trzech akordów i przystojnego wokalisty ;). A dla gitarzystów rzecz obowiązkowa.

Oficjalna strona artysty: www.vinniemoore.com