TNT - The New Territory

TNT - The New Territory

Wydawca: MTM Music
Rok wydania: 2007

  1. A Constitution
  2. Substitute
  3. Are You Blind?
  4. Golden Opportunity
  5. Something Special
  6. Now We're Talkin'
  7. Wild Life
  8. Fountain Of Love
  9. June
  10. Can't Go On Without
  11. 2 Seconds Away
  12. Milestone River
  13. Let's Party Mills
  14. Don't Come Too Near [japoński bonus track]
  15. Harley Davidson (Live) [japoński bonus track]

Skład: Tony Mills - śpiew, chórki; Ronnie Le Tekro - wszystkie gitary, chórki; Victor Borge - gitara basowa, chórki; Morten 'Diesel' Dahl - perkusja
Gościnnie: Mari Persen - skrzypce; Marianne Sveen - chórki; Dag Stokke - fortepian [9]; Tony Caputo - instrumenty klawiszowe [12]; Jon Johannessen - dodatkowa gitara [12]; Sveinung Sundli - gęśliki [1]; Stefan Brisland - gęśliki [1]

Produkcja: H.P. Gunderson

Kilka płyt temu straciłem zainteresowanie zespołem TNT, a było to wynikiem tego, że grupa podążyła ścieżką, która muzycznie niezbyt mi odpowiadała. Jakiś czas temu spodobały mi się jednak rzeczy wcześniej odległe moim gustom, idąc więc za ciosem tej magicznej odmiany postanowiłem dać i ponownie szansę Norwegom. Nadarzyła się akurat doskonała ku temu okazja, bowiem panowie wydali zupełnie niedawno krążek o tytule The New Territory i zaprezentowali na nim nowego wokalistę, Tony'ego Millsa, znanego szerszej publiczności jako gardłowy w formacji Shy. Nie oczekiwałem oczywiście cudów w postaci nowego Tell No Tales czy Intuition, ale efekt pracy Ronniego LeTekro i jego ekipy bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.

Nie mam wątpliwości, bieżący rok jest rokiem bardzo udanym dla melodyjnego rocka, a nawet nie upłynęła jeszcze jego połowa. Już teraz mógłbym wskazać kilku kandydatów do listy najlepszych płyt AD 2007, a przecież z pewnością jeszcze kilku kandydatów do tego zestawienia się pojawi. Wśród moich aktualnych faworytów muszę wymienić właśnie nowe dzieło TNT. Początek bardzo obiecujący w postaci A Constitution, mamy tu nieco nutek brzmiących w stylu muzyki ludowej jakiegoś kraju, którego nie jestem w stanie konkretnie wskazać, wszystko oczywiście osadzone w gęstym hard rockowym sosie, ale bardziej w tym z czasów sprzed złotej ery lat '80, zatem ukłon w stronę klasyki. Takie granie przypomina mi bardzo stylistykę prezentowaną przez Tyketto na płycie Shine, może to ze względu na brzmienie gitar. Za śpiewem pana Millsa jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem, ale muszę przyznać, że bardzo dobrze wywiązał się tu ze swej roli. Za sprawą jego głosu w tym kawałku nasuwają się też pewne porównania z dokonaniami... T-Rex! W moim mniemaniu jedna z najciekawszych pozycji na płycie. Kilka pierwszych riffów w Substitute zdradza bardzo dobry pomysł na utwór, niestety dalej zwrotki sprawiają wrażenie dorobionych na siłę, mamy zatem niewykorzystany potencjał. Na szczęście jedna z zagrywek powtórzy się jeszcze kilkakrotnie wewnątrz kawałka, więc całościowo piosenka się wybroni. Przy okazji wspomnę, że pewnym mankamentem całego wydawnictwa jest brak "odjechanych w kosmos" gitarowych solówek, ale zdaję sobie sprawę, że to już nie te czasy, chociaż z drugiej strony niejedna kapela jednak posiada solówki w swoim repertuarze. Idźmy dalej, Are You Blind? rozpoczyna się rozwlekłym acz uroczym motywem, by wkrótce przejść w charakterystyczne brzmienie gitar podobne do... hmmm... był taki jeden kawałek Megadeth na płycie Rust In Peace zatytułowany Lucretia. Podobieństwo jednak tylko brzmieniowe, bo riffy zgoła przypominają bardziej Are You Gonna Go My Way Lenny'ego Kravitza. Do tego jeszcze dochodzą ciekawe przyśpiewki, na których tle pojawia się coś w rodzaju solówki. Ogólnie numer bardzo udany. Golden Opportunity po raz kolejny nasuwa skojarzenia z wspominanym już albumem Shine, a także z T-Rex i raz jeszcze spora w tym zasługa głosu Millsa. W każdym innym wypadku przyczepiłbym się pewnie do niezbyt skomplikowanych partii gitar, ale nie tutaj, tym razem ta prostota po prostu pasuje do stylistyki utworu. Słychać, że muzycy bawili się świetnie i nie traktowali materiału dźwiękowego śmiertelnie poważnie. Niemal jestem pewien, że pewne fragmenty były na wpół improwizowane, zwłaszcza te wokale w połowie kawałka. Dalej coś specjalnego w postaci Something Special, mojej ulubionej kompozycji z tego krążka. Aż roi się tutaj od gitarowych i wokalnych aranżacji w stylu Extreme, nadal pobrzmiewa wszechobecna nuta zabawy, nic w tym jednak dziwnego, wszak i ekipa Bettencourta flirtowała z funkiem. Ilekroć słucham tego nagrania, próbuję sobie wyobrazić, jak by on wypadł, gdyby w rolin wokalisty obstawić w nim pana Cherone. Myślę, że ogólny efekt byłby podobny do tego, co osiągnął tutaj Mills. Zabawy i eksperymentów nigdy dosyć, co słychać w następującym Now We're Talking. Znów jako receptę na dobry kawałek zastosowano mieszankę kilku stylów. Jest tu trochę archaicznego hard rocka, może nawet i z czasów The Who, dodano sporo partii mówionych, które nie wiedzieć czemu kojarzą mi się z Henry Rollins Band skrzyżowanego jakby z gadkami Beavisa & Buttheada. Tak czy inaczej otrzymaliśmy kolejną dobrą pozycję w zestawie. Wild Life dla odmiany mogłoby spokojnie znaleźć się w repertuarze Davids Lee Rotha. Są momenty, że słyszy się jakieś echa Grahama Bonnetta z czasów, gdy wokalował on w Rainbow czy Alcatrazz, środek piosenki jest z kolei jakby wyjęty z jakiegoś utworu z nurtu radiowego rocka, gdzieniegdzie przebijają wpływy brit popu. No i przychodzi czas na dwa niezbyt lubiane przeze mnie numery, Fountain Of Love i June. To oczywiście eksperymentów wszelkich ciąg dalszy, w pierwszym z nich dodano damskie wokale (chyba damskie ;)), całościowo kawałek niezbyt mnie rusza, ale w środku znajduję kilka udanych zagrywek przyciągających ucho. Drugi z nich ma w sobie coś wodewilowego, słychać silne wpływy musicalu. Takie piosenki zazwyczaj wyśpiewywano o jesieni i deszczu, tym razem jakimś cudem poświęcono tekst czerwcowi. Znacznie lepiej będzie w Can't Go On Without, które jakoś kojarzy mi się z dokonaniami Firehouse poczynając od Category 5 i posuwając się dalej aż do Prime Time. Podobne aranżacje, podobne pomysły, zakładam że i podobny słuchacz docelowy. Podoba mi się tutaj brzmienie gitar, przybrudzone z lekka, ale wciąż łagodne. 2 Seconds Away to utwór zagrany poprawnie, niestety czegoś mu brakuje, jakby zabrakło pomysłu. W środku znajduje się dość ciekawy riff użyty jako podkład pod solówkę, co ratuje jakoś ten "zapychacz". Przedostatnie na krążku Milestone River ciekawie się zapowiada, dalej przechodzi jednak w coś w rodzaju kontynuacji Fountain Of Love. Dla urozmaicenia kompozycji dodano nieco wstawek w stylu pieśni średniowiecznych bardów, niektóre linie wokalne kojarzą mi się nieco z tym, co swego czasu tworzyło Rainbow. Na końcu jeszcze jeden żart, w sumie bardzo udany. Let's Party Mills to taka miniaturka utrzymana w stylu pianina jak z epoki kina niemego, na tle której Tony Mills głosem prezentera wymienia wszystkie osoby występujące na płycie włącznie z gośćmi, inżynierami i producentem, a także zaprasza na oficjalną internetową stronę zespołu.

Prawdę mówiąc, to spodziewałem się strasznej kaszany po tym albumie, a miło on mnie zaskoczył. Jest to z pewnością jedna z godnych uwagi pozycji, jakie wyszły w ciągu ostatnich kilku lat. Przede wszystkim polecam ją tym słuchaczom, którzy nie traktują hard rocka jako gatunkowego monolitu i lubią odważne eksperymenty. Zarazem poczuwam się do obowiązku uprzedzić fanów klasycznie melodyjnych hair metalowych przebojów, że płyta może się im nie spodobać. Po prostu jest to dzieło kierowane do bardzo konkretnego odbiorcy, więc wszystkich na pewno nie zadowoli.

Oficjalna strona zespołu: www.tnttheband.com