Vinnie Moore - Meltdown

Vinnie Moore - Meltdown

Wydawca: Relativity Records / Epic
Rok wydania: 1991

  1. Meltdown
  2. Let's Go
  3. Ridin' High
  4. Earthshaker
  5. Deep Sea
  6. Cinema
  7. Midnight Rain
  8. Where Angels Sing
  9. Check It Out!
  10. Last Chance
  11. Coming Home

Skład: Vinnie Moore - gitary; Greg Smith - gitara basowa; Joe Franco - perkusja

Produkcja: Vinnie Moore

Trzecie dzieło solowe w dyskografii Vinniego Moore'a to przede wszystkim odejście od dotychczasowego neoklasycznego stylu gry i chyba największy zarazem sukces komercyjny tego artysty. Teledysk do utworu tytułowego dość często gościł na antenie MTV, a sam Vinnie dostał się do koncertowego zespołu Alice Coopera, z którym wyruszył w kilkumiesięczne tournée. Moje podejście do tej płyty jest dość szczególne, bo właśnie na niej znajdują się dwie kompozycje, jakie spośród wszystkich zagranych przez Vinniego dane mi było usłyszeć w pierwszej kolejności.

Ciężkie hard rockowe riffy rozpoczynają tytułowe Meltdown i już tutaj dotychczasowi fani dwóch pierwszych albumów wirtuoza bardzo mogą się zdziwić. Moore gra tu w zupełnie innym stylu niż uprzednio, właściwie znając starszy materiał trudno byłoby się domyślić, że to gra ten sam facet, gdyby nie podpis na wkładce. Solówki nie są już tak nasycone wpływami muzyki poważnej, za to gitarzysta wymiata jak typowy shredder z końca lat '80. Aż dziwne, że w owym okresie Vinnie nie grał w żadnym zespole z wokalem, pomijając oczywiście epizod z Cooperem. Let's Go to w zasadzie fusion, z tym że jego treść wypełniają głównie funkujące bluesy. Fajnie jest usłyszeć coś takiego w wykonaniu tego wioślarza, bo dzięki temu od razu słychać, jaki z niego jest wszechstronny muzyk. Wielu gitarzystów zbyt łatwo popada w pewne schematy, co bardzo ogranicza ich pod względem kompozytorskim. Vinnie chciał się poczuć wolny i nagrał taki właśnie krążek - płynący, jak sam mówi, nie z mózgu, a prosto z serca. Ciężko byłoby powiedzieć, w której roli Vinnie jest lepszy, bowiem w obu wypada świetnie i jako neoklasyk i jako fusioner. W Ridin' High sposób prowadzenia solówek silnie przypomina mi styl Satrianiego, może dlatego, że obaj panowie zaimplementowali w swojej grze dużą dawkę blues-rocka. Używanie skal pentatonicznych ma niestety tę wadę, że większość zagrywek brzmi podobnie, ale w rękach takich snajperów jak wyżej wspomniani może to być (i jest) silnym środkiem ekspresji. Takie kawałki naprawdę zawierają w sobie sporą dawkę energii. Z kolei Earthshaker to jeszcze więcej skojarzeń z twórczością Joego, nie wiem skąd u Vinniego taki pęd do naśladownictwa akurat tego gitarzysty. Może po prostu chciał pokazać światu, że potrafi grać i komponować równie dobrze jak on? De facto pokazał, udowodnił, w każdym bądź razie mnie to przekonuje. Bardzo duże bogactwo artykulacyjne Moore pokazuje w Deep Sea, utworze nieco podobnym do stylistyki Grega Howe'a, ale zdecydowanie bardziej melodyjnym. Sporo tu podciągnięć strun i bardzo szybkiego kostkowania, choć są też i wolniejsze motywy. Nie licząc może początkowych patentów, jest to jeden z moich ulubionych numerów z płyty. Muszę dodać, że Vinnie jest jednym z tych gitarzystów, którzy sporą wagę przykładają do artykulacji w melodiach, a różne techniki wydobycia dźwięków znacząco wpływają na kształtowanie melodyki w kompozycjach. No i nadchodzi Cinema, piosenka, którą usłyszałem jako pierwszą z repertuaru Moore'a wieki temu, jeszcze na długo zanim zapoznałem się z całym tym krążkiem. Po prostu była na jakiejś składance zmajstrowanej przez mojego kolegę, jaka wpadła w moje ręce w formie kasety magnetofonowej (ktoś jeszcze pamięta taki wynalazek?). Wtedy niespecjalnie mi się podobała, teraz uważam ją nawet za strawną, jeden element jednak nadal mi się w niej nie podoba i chyba już nic tego nie zmieni. Mowa o wstępnym riffie, który jeszcze w roli podkładu pojawi się kilka razy w ciągu kawałka. Nie wiem, dlaczego, ale po prostu mi się nie podoba i nie potrafię tego wyjaśnić ;). Lepszy jest kolejny Midnight Rain. Nie kojarzy mi się ani z północą, ani z deszczem, ale nie to jest tutaj najważniejsze. Ważne jest to, że znowu sporo tu bluesa, zagranego jednak z rockowym zacięciem. Duży wkład w budowanie napięcia utworu mają tutaj podciągnięcia strun i flażolety, ciekawie też chodzi sekcja rytmiczna, rewelacyjnie wypada coda zagrana solo przez gitarę z wykorzystaniem ramienia tremolo. Where Angels Sing zaczyna się od gitar z pogłosami, które mają symulować gitarę hawajską, do tego dograne zostały bluesy. Całość zresztą jest tylko miniaturką i trwa bardzo krótko. Za nią wypada rasowy rocker Check It Out, choć zaczyna się niepozornie od łagodnych gitarek. Dalej słyszymy głos nawołujący, by to sprawdzić i oto leci cały szereg zagrywek, jakie kojarzą mi się z tzw. soundcheckami, czyli próbkami brzmień instrumentów dołączanymi do magazynów muzycznych. Jeśli to, co Vinnie gra, jest improwizacją, to nisko chylę czoła. Teraz, dzięki łatwo dostępnym materiałom do nauki gry na gitarze, zagranie czegoś takiego sztuką szczególną nie jest, ale w tamtych czasach, kiedy takich ułatwiaczy nie było zbyt wiele, musiało to wiele znaczyć i robić wrażenie. Na wcześniej wspomnianej składance znajdowała się też kompozycja Last Chance, bardzo melodyjny numer, który po dziś dzień pozostaje moim ulubionym z tego wydawnictwa i jak tylko o tym krążku sobie pomyślę, to właśnie on od razu przychodzi mi na myśl. Fakt, jest bardzo schematyczny i niczego nowego nie odkrywa, ale miło się go słucha. W solówce pojawia się też neoklasyczny patencik kojarzący się z dwoma pierwszymi płytami artysty. Płytę zamyka bluesująca balladka Coming Home. Nie wiem, skąd się wziął ten tytuł, może po prostu Vinniemu powrót do domu kojarzy się z bluesem, bo z tego co wiem, jego początki raczej bluesowe nie były. Operował raczej między muzyką klasyczną a jazzem.

Jedno jest pewne. Jeśli jesteś fanem muzyki gitarowej, zwłaszcza tej nastawionej na popisy techniczne, to powinieneś już kompletować całą dyskografię Vinniego Moore'a. Vinnie miał w swojej karierze słabsze utwory, jak chyba każdy muzyk, ale gdybym musiał wskazać jakiś słaby album tego artysty, to nie znalazłbym żadnego. Chyba to o czymś świadczy.

Oficjalna strona artysty: www.vinniemoore.com