White Lion - Mane Attraction

White Lion - Mane Attraction

Wydawca: Atlantic / WEA
Rok wydania: 1991

  1. Lights And Thunder
  2. Broken Heart
  3. Leave Me Alone
  4. Love Don't Come Easy
  5. You're All I Need
  6. It's Over
  7. Warsong
  8. She's Got Everything
  9. Till Death Do Us Part
  10. Out With The Boys
  11. Blue Monday
  12. Farewell To You

Skład: Mike Tramp - śpiew; Vito Bratta - gitary; James Lomenzo - gitara basowa; Greg D'Angelo - perkusja
Gościnnie: Tommy Funderburk - chórki; Kim Bullard - syntezatory, organy Hammonda, instrumenty klawiszowe; Ron Young - chórki; Jai Winding - pianino

Produkcja: Richie Zito

Nie da się ukryć, że na Big Game ekipa Białego Lwa się nie popisała, materiał był kompozycyjnie słaby i forma zespołu nienajlepsza. Płyta została słusznie objechana i przez fanów i przez recenzentów, mając za sobą taką nauczkę White Lion powrócił do słusznej stylistyki na swym czwartym i zarazem ostatnim "prawdziwym krążku" (nie liczymy wydawnictw Trampa, które z Lwem nie mają wiele wspólnego, bez Bratty to już nie to samo). Przy okazji razem z setkami innych hair metalowych kapel grupa na własnej skórze odczuła inwazję grunge, skutkiem czego płyta nie otrzymała należytej promocji w mass mediach, co z kolei przełożyło się na niską sprzedaż wydawnictwa.

Ośmiominutowy Lights And Thunder to pozycja dość ciężka brzmieniowo, nie należy się temu jednak dziwić, bo to już początek lat '90 i wiele zespołów hard rockowych zaczęło się wtedy odcinać od pop rocka i skłaniać ku ostrzej brzmiącym dźwiękom. Gitarowe podkłady wypadają tu lepiej niż na krążkach poprzednich, chyba lepiej też słychać perkusję. Mój stosunek do wokalisty tej grupy jest chyba powszechnie znany, a jest to stosunek mało przychylny, by nie rzec - przerywany ;). Po prostu uważam Mike'a za najsłabsze ogniwo tej maszyny i jestem zdania, że kapelę z tak dobrym materiałem stać było na znalezienie kogoś bardziej odpowiedniego na to stanowisko. To, co przed chwilą napisałem, zupełnie nie stosuje się do kompozycji Broken Heart, w moim mniemaniu jednego z najlepszych kawałków formacji. Jest to w zasadzie ballada, w której głos Trampa wypada doskonałe, gdyby tutaj coś spartaczył, to chyba bym mu tego nie wybaczył. Przede wszystkim utwór jest bardzo dopracowany i to pod każdym względem. Potężnie chodzi sekcja rytmiczna, partie gitar są odpowiednio dobrane i do tego jeszcze wspaniała solóweczka. Palce lizać. Leave Me Alone brzmi zupełnie jak numer z repertuaru kompletnie innego zespołu. Tramp śpiewa tu jak Mustaine z Megadeth, same melodie i gitary wypadają bardzo nowocześnie jak na rok wydania krążka, zwłaszcza na początku. Tak, ten kawałek spokojnie mógłby się znaleźć na którejś z płyt ekipy Dave'a. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek Lwa jest Love Don't Come Easy. Co ciekawe, Mike za mikrofonem wypada tu całkiem nieźle, widać zrobił postęp, sam numer wliczając w to refren także odbiega znacznie od tego, co White Lion prezentowało na poprzednich albumach. Przypomina to trochę skrzyżowanie jakiejś AORowej kapeli z Trixterem (gdzieś spomiędzy jedynki i dwójki) i Bon Jovi (czasy New Jersey), ogólnie bardzo udana kompozycja. Zgrabną balladą jest You're All I Need, jak słychać, zespół bardzo dobrze wypada w takim repertuarze, nawet Tramp. Może i jest to o klasę niżej od "płaczących dzieci" i "złamanego serca", ale to nadal bardzo dobry utwór i powinien w pierwszej kolejności trafić w gusta tej piękniejszej części społeczeństwa. Klawiszowy wstęp do It's Over podobny jest do dwóch innych z tej samej płyty, dalej wchodzi gitara, której kilka pierwszych dźwięków brzmi jak klon znanego przeboju Roxette, by wreszcie pojawiła się struktura podobna do "Can't Stop..." z jedynki Steelheart. Jeszcze przed połową numeru z kolei grupa zaczyna grać coś swojego, więc ogólnie wychodzi z tego bardzo ciekawa mieszanka. Między naszymi głośnikami przelatuje wojskowy helikopter i oto nadciąga Warsong, chyba najsłabsza pozycja w secie. Niby pomysł dobry, ale jego wykonanie niestety pozostawia dużo do życzenia i uwaga ta tyczy się wszystkich instrumentalistów. Najgorzej wypadł perkusista, który przez cały numer bębni jednostajnie, także solówka, choć bardzo techniczna, brzmi jakby nie grał jej Vito, tylko jakiś inny gitarzysta z owego okresu. Ciekawiej robi się po tej solówce, kiedy to następuje dobry ostry riff i przechodzi w balladę, a dalej mamy już porządne solo. Można było zrobić z tego dwa utwory, z czego jednego wcale na krążku nie zamieszczać i byłoby OK. Powrót do dobrej formy mamy w She's Got Everything. Sabbathowo-wylde'owski riff sprawia, że jest do numer dość ciężki brzmieniowo, ale dzięki temu jest to naprawdę hard rock, a nie jakaś próba zbliżenia się do muzyki pop. Bratta znów gra solówkę w nietypowy dla siebie sposób i zastanawiam się, gdzie się podział ten jego legendarny styl wypracowany na drugiej płycie... Tytuł Till Death Do Us Part to chyba parafraza słynnego "dopóki śmierć nas nie rozłączy", tym razem zgon ma być łącznikiem. Gdyby to był death metal, pewnie byłby to bardzo szybki, rzeźnicki numer, tutaj mamy akurat balladę. Piosenka kierowana zapewne do kobiet i sam utwór jest bardzo dobry, z tym że śpiew Trampa wypada tu mało przekonująco, zwłaszcza kiedy wyśpiewuje tytuł, zdecydowanie jest to przesłodzone. Out With The Boys jest kawałkiem poprawnym, lecz niestety niezbyt porywającym. W sumie gitary grają całkiem nieźle (w tym samym czasie Tyketto grało podobnie), ale sekcja jest jak na ten numer za bardzo niemrawa, zwłaszcza perkusja, no i wokale Mike'a zawodzą. Trzeba było zaśpiewać bardziej dynamicznie, utwór miałby wtedy ogień, a tak brzmi to jak zalewanie ogniska wodą. Piosenki z "blue" w tytule z reguły są bluesowe i nie inaczej jest z Blue Monday. To jedyny kawałek instrumentalny w karierze Białego Lwa i chwała niebiosom za to, że Tramp tu nie zaśpiewał. Zupełnie nie wyobrażam sobie, jak niby miałby brzmieć tu jego głos, a tak dostajemy jedną z najlepszych kompozycji w historii zespołu. Płytę zamyka pół-balladowy utwór pożegnalny, Farewell To You. Co ciekawe, wkrótce potem zespół się rozpadł, a konkretnie basista z perkusistą odeszli z powodów finansowych uważając, że ich gaże nie są wystarczająco wysokie (dodajmy, że nie byli oni współkompozytorami materiału), chociaż podawano też wersję o różnicach artystycznych co do dalszego rozwoju formacji. Trochę wstyd, nieprawdaż?

Kompozycyjnie i całościowo jest to chyba najbardziej składna płyta White Lion, chociaż większa ilość utworów podoba mi się jednak na Pride. Te dwa krążki to esencja stylu grupy i należy je znać. Debiut i album trzeci miały sporo wad, pierwszy z nich był jeszcze nie za bardzo wygładzony, drugi z kolei to jak dla mnie tylko jedna dobra piosenka. Wprawdzie Mike Tramp reaktywował później działalność grupy, ale czy może to być ten sam zespół bez Vito Bratty?

Oficjalna strona Mike'a Trampa: www.miketramp.com