Vindictiv - Vindictiv

Vindictiv - Vindictiv

Wydawca: Escape Music
Rok wydania: 2008

  1. Fool´s Paradise
  2. Caesar's Commentaries
  3. The Royal Loo
  4. Dreams of a Demon's Head
  5. David's House
  6. A Quiet Life
  7. Living Colour's
  8. Hymn To Desdemona
  9. A Second Life
  10. Fata Morgana

Skład: Göran Edman - śpiew; Stefan Lindholm - gitary; Nalle Pahlsson - gitara basowa; Mikael Wikman - perkusja; Pontus Larsson - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Stefan Lindholm

Pomysł na powołanie do życia zespołu Vindictiv zrodził się w 2004 r. w głowie gitarzysty-wymiatacza Stefana Lindholma, który zaprosił do współpracy utalentowanego klawiszowca Pontusa Larssona. W pierwszym składzie pojawiło się jeszcze dwóch innych muzyków, ale odeszli oni tuż po nagraniu demówki w roku kolejnym. Przełom nastąpił wraz z dojściem do grupy Görana Edmana, wokalisty najbardziej znanego z występów u Yngwiego Malmsteena, dzięki Edmanowi w składzie pojawił się także perkusista Mikael Wikman. Komplet uzupełnił grający na basie Nalle Pahlson (Zan-Clan, Treat). Panowie weszli do sztokholmskiego studia w drugiej połowie zeszłego roku i zarejestrowali materiał na debiutancki album, efektem czego otrzymujemy jedno z najlepszych wydawnictw A.D. 2008.

Cechą charakterystyczną w stylu gry Vindictiv jest przykładanie dużej wagi do melodyki, nie mniejszej do brzmienia i co chyba najważniejsze, do spójności poszczególnych kompozycji w ramach płyty. Moim zdaniem chłopaki dają nam takiego kopa, jakiego w ubiegłym roku zaserwował słuchaczom Circus Maximus, obie grupy grają dość podobnie, choć ekipa Lindholma jest jeszcze bardziej melodyjna, co zresztą powoduje, że stawiam ją wyżej od Cyrku. Fakt, że członkowie zespołu pochodzą ze Szwecji, nadaje materiałowi specyficznego zabarwienia i nie dziwi, że sporo tu nawiązań do Malmsteena. W tym wypadku nie jest to w sumie zasługą Edmana (bo ten raczej zdaje się wzorować po części na LaBrie z Teatru Marzeń, po części na Cooperze z Royal Hunt), ale raczej partii gitar Lindholma. Wprawdzie podobne połączenia były już domeną Symphony X, ale tam z kolei więcej zagrywek zahaczało o power metal, Vindictiv zdecydowanie unika galopad, co od razu wzbudza moją sympatię. Co wyżej napisałem, idealnie odwzorowuje już pierwszy w zestawie Fool's Paradise. Wyobraźmy sobie taki scenariusz, że na warsztat bierzemy Dream Theater z czasów Images And Words, wycinamy z niego solówki Petrucciego i zamiast nich wstawiamy coś z repertuaru Yngwiego. Tak to właśnie brzmi i pewnie dlatego z miejsca jestem oczarowany. Dobra, składna kompozycja, przemyślana i dopieszczona w szczegółach. Jeśli chodzi o podkłady, to jeszcze nie ma rewelacji, bo wiele kapel progresywnych miewa podobne (to wręcz gatunkowy standard), za to najjaśniej świeci tu głos Görana, który w swoje partie włożył całą duszę i spory kawałek serca. Do tego dochodzi malmsteenowskie solo Lindholma, wiadomo, nie on takie granie wymyślił, ale pasuje to do potrzeb utworu. Po tak mocnym wejściu ciężko spodziewać się czegoś równie dobrego, a jednak nie gorszy numer mamy na pozycji drugiej. Caesar's Commentaries strukturalnie wypada nawet lepiej od poprzednika, dawka progresu jest jeszcze większa i nawet gdzieniegdzie chłopaki zbliżają się do twórczości Liquid Tension Experiment. Edman wręcz wychodzi z siebie i jak kameleon zmienia swój sposób śpiewania, raz to w barwie, raz we frazowaniu, momentami nawet podchodzi pod wokalistę z Axxis. Solówka jak z Malmsteena, ale już się przyzwyczailiśmy do tego po pierwszym utworze. Nawiązania do tego wirtuoza wręcz rozpoczynają kolejny kawałek, The Royal Loo, dalej bliźniacze riffy jak w kompozycji Michaela Romeo Of Sins And Shadows na jednej z płyt Symphony X, natomiast wokalnie Göran tym razem próbuje naśladować gardłowych z Helloween. W partiach perkusji też nastaje pewna zmiana, pojawiają się częstsze uderzenia w centralki, ale brzmią na tyle cicho, że jeszcze nie powinny irytować. W Dreams Of A Demon's Head znów ukłony w stronę Yngwiego, ale w środku klimaty zmieniają się na bardziej metalowe, przez co numer wypada dość ciężko. Nawet w liniach wokalnych mamy więcej pisków, chociaż cieniowane jest to łagodnymi chórkami. Efekt taki, jakbyśmy skrzyżowali kilka ostatnich płyt Dream Theater ze standardami Royal Hunt. Jeśli z jakiegoś powodu z tej ostatniej grupy odejdzie kiedyś Boals, Duńczycy powinni poważnie rozważyć kandydaturę Edmana do obsługi mikrofonu. Domyślam się, że David's House miało być czymś w rodzaju pół-ballady, wyszło w sumie dobrze, aczkolwiek nie za bardzo pasuje mi tu początek. Jest mdławy, słodkawy, trochę zrobiony na siłę. Na szczęście środek znacznie lepszy, Edman śpiewa ponownie inaczej, tym razem stylistycznie celuje w Kiske z Place Vendome (w sumie ten numer jest w ogóle w takim klimacie utrzymany), lub w Vescerę z czasów, gdy wokalował u Malmsteena. Quiet Life to progresywny rock symfoniczny i znów kojarzy się z Yngwiem - czy to źle, czy dobrze, trudno mi zadecydować. Zależy czego oczekujemy po tym kawałku, czy po prostu chcemy, by się nam podobał, czy wolelibyśmy, by był bardziej oryginalny w strukturach. Zazwyczaj jestem bardziej wymagający, ale ponieważ numer mi się podoba, będę dla niego łaskawy. Jeszcze jeden przedni numer w postaci Living Colour's. Bardziej dreamowo, jak za starych dobrych czasów. Odnoszę wrażenie, że tutaj Edmanowi zaczynają się kończyć pomysły, bo choć śpiewa poprawnie i bez zarzutu, w jego śpiewie nie ma już tej energii co na początku krążka. Przypomina to jego udział na pierwszej solowej płycie Johna Noruma, choć niestety z tych słabszych numerów. Hymn To Desdemona jest jeszcze jedna balladą, tym razem już w pełni tego słowa znaczeniu. Nastrojowy klimat budują głównie klawisze pogrywające ilustracyjnie i obowiązkowo wolno, resztę uzupełniają linie wokalne. Na myśl przychodzą mi stare ballady Stratovariusa, ale trzeba to powiedzieć otwarcie, Vindictiv zagrał to lepiej. Podobne skojarzenia mam przy następnym A Second Life, to już z balladą dużo wspólnego nie ma, chociaż sam kawałek jest też raczej z tych wolniejszych. Jeszcze jeden dobry numer na płycie, wprawdzie o prostszej budowie, ale wciąż na wysokim poziomie. Znikają w nim wpływy malmsteenowskie, numer zbliża się do bardziej typowych rockowych klimatów połączonych z syntezatorami. Naleciałości neoklasyczne powracają jednak w ostatnim na krążku Fata Morgana, nie brak też progresu. W utwór wpleciono jakieś odgłosy mowy ze świata rzeczywistego, co z kolei kojarzy się z Queensrÿche, może nawet momentami pod względem wokalnym, bardziej jednak ogólną stylistyką piosenki.

Płyta bez wypełniacza, co jest dla niej najlepszą rekomendacją. Rock progresywny to dość skostniały gatunek, pomimo jego założeń rozwojowych i naprawdę ciężko jest trafić na album wnoszący do niego coś nowego. Ten krążek też nic nie wnosi, o ile można tak powiedzieć o sporej dawce wspaniałych melodii, przemyślanych strukturach, dopracowanym brzmieniu i koncepcie całości. Nie mam nic przeciwko, by tak dobrych wydawnictw ukazywało się więcej. Albumem powinni zainteresować się fani Dream Theater, Place Vendome, Circus Maximus, Queensrÿche, Symphony X, Yngwie Malmsteena i wszyscy interesujący się tym, co jest po prostu dobre. Gorąco polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.vindictiv.com