
Lynch Mob - Wicked Sensation
Wydawca: Elektra / WEA / The Orchard
Rok wydania: 1990
- Wicked Sensation
- River of Love
- Sweet Sister Mercy
- All I Want
- Hell Child
- She's Evil But She's Mine
- Dance of the Dogs
- Rain
- No Bed of Roses
- Through These Eyes
- For a Million Years
- Street Fightin' Man
Skład: Oni Logan - śpiew, harmonijka; George Lynch - gitary; Anthony Esposito - gitara basowa; Mick Brown - perkusja, chórki
Produkcja: Max Norman, Neil Kernon i Lynch Mob
Pod koniec lat osiemdziesiątych spięcia na linii Dokken-Lynch sięgnęły zenitu i rozpad grupy Dokken był nieunikniony. Muzycy poszli własnymi drogami i patrząc na to wszystko z perspektywy czasu wszystkim wyszło to na dobre. Don nagrał doskonały album solowy Up From The Ashes, George z kolei powołał do życia formację Lynch Mob, która wydawała się być naturalną kontynuacją tego, co Lynch tworzył wcześniej w swej macierzystej kapeli, a nie chcąc być chyba gorszym od kolegi, zarejestrował też płytę solową (Sacred Groove), gdzie pokazał się publiczności jako instrumentalista uniwersalny gatunkowo. Wróćmy jednak do czasów powstania Lynch Mob i przyjrzyjmy się temu, co chłopaki wtedy zaprezentowali.
Najpierw kilka słów na temat składu grupy. Odchodząc z Dokken Lynch zabrał także ze sobą perkusistę Micka Browna, więc fani mogli liczyć na muzykę podobną stylistycznie do owego zespołu. Partiami gitary basowej zajął się Anthony Esposito, pracujący wcześniej z Tall Stories, Beggars And Thieves i French Lick. Wokalistę George podkradł Marcowi Ferrari (gitarzyście formacji Keel), kiedy ten formował w owym czasie swój band o nazwie Ferrari. Z tą ostatnią grupą wiąże się zresztą dość ciekawa historia, kiedy to muzyk nie mógł nazwać własnej formacji swym nazwiskiem, gdyż interweniował słynny producent samochodów. Przychodzi od razu inny przykład sytuacji, kiedy to pieniądz wygrywa z demokracją, mianowicie przypadek faceta o nazwisku Dell, któremu pewien duży producent komputerów sądownie odebrał prawa do nazwy domeny www.dell.com. Ale wróćmy do składu grupy, jaki zebrał Lynch. Tak więc w szeregach zespołu zagościł podebrany Ferrariemu Oni Logan (ex- Cold Sweat), ten zresztą też nie zagrzał miejsca na długo u Lyncha i na kolejnym krążku pojawił się już inny gardłowy, do dziś nie wiadomo, jakie były jego powody odejścia z ekipy George'a. Nazwę dla swej kapeli Lynch też wybrał nielichą, bowiem z jednej strony nawiązywała ona do jego nazwiska, z drugiej od razu kojarzyła się z bandą linczowników rodem z jakiegoś westernu. Dzięki udanemu singlowi do tytułowego Wicked Sensation płyta sprzedała się całkiem dobrze i rozeszła się w nakładzie niecałego miliona egzemplarzy, sam singiel dotarł do Top 50 amerykańskiej listy przebojów. Kawałek ten przypomina stylistykę gry The Cult i Slaughter, różni się więc nieco od tego, co Lynch porabiał w Dokken (ale, co ciekawe, po późniejszym powrocie do tej kapeli więcej zapożyczeń pojawi się tam właśnie z Lynch Mob). Te różnice są szczególnie słyszalne w liniach wokalnych i gitarowych harmoniach. Solówka po części typowo lynchowa, po części nawiązująca do schematów vanhalenowskich. Utwór bardzo udany i z pewnością jeden z najlepszych w zestawie. Wstęp do River Of Love i niektóre zagrywki tamże znów kojarzą się z ekipą Eddiego, ponownie nieco slaughterowato, ale też i sporo nawiązań do wielu kapel grających w drugiej połowie lat '80, to po prostu ten sam patent na granie hard rocka w wydaniu amerykańskim. Warto dodać, że zatrudnienie wokalisty o mniej kryształowym głosie, w przeciwieństwie do głosu Dona, zaowocowało też automatycznie tym, że same kompozycje wydają się być znacznie ostrzejsze. Jeszcze bardziej kowbojsko wypada kolejne Sweet Sister Mercy, a to z racji zastosowania harmonijki ustnej. Numer jak najbardziej dobry, zawodzą jednak linie wokalne, a najbardziej dokucza brak chwytliwego refrenu, który powodowałby, że chciałoby się go śpiewać razem z zespołem. Nie da się ukryć, że rola wokalisty w hard rocku jest ogromna i że w zależności od sytuacji może on bardzo pomóc, ale i bardzo zaszkodzić. Tutaj nawet jeśli nie zaszkodził, to na pewno nie pomógł. All I Want to taki kołyszący kawałek rockowy, ale zbudowany na bazie country-bluesa. Tak, z pewnością jest to kompozycja celująca w rynek amerykańskiego słuchacza. Jest tu kilka dźwięków artykulacyjnie podobnych do tego, co zagrali gitarzyści na solowej płycie Dona, więc może różnice muzyczne pomiędzy tymi dwoma osobowościami nie były aż tak znaczne, kto wie. W Hell Child klimaty nieco się zmieniają, z jednej strony są tu typowe dla hard rocka zagrywki, z drugiej sposób śpiewania i niektóre linie gitar przypominają raczej stylistykę gry INXS i tego typu kapel. Do wybitnych ten numer nie należy, ale do jakiejś klapy też na szczęście mu daleko. Zadowoleni powinni byc fani gitarowych popisów Lyncha, gdyż solówka jest jednym z najjaśniejszych punktów owej kompozycji. Odmienne w klimacie będzie She's Evil But She's Mine, swoją drogą bardzo ciekawy tytuł piosenki. Robi się trochę bardziej przestrzennie, dźwięki nie są już tak gęsto siekane jak wcześniej, muzycy pozwolili sobie na granie bardziej rozwlekłe. Ma to swój urok, bo dzięki temu album nie robi się monotonny. Można rzec, że to taka rockowa ballada. Dance Of The Dogs jest powrotem w ostrzejsze klimaty, niestety sam kawałek nie jest zbyt wiele wart. Ma wszystkie możliwe cechy zapychacza, czyli osłuchane riffy i mało porywające melodie. Zespół gra zupełnie bez pomysłu i numer potrafi wymęczyć słuchacza. Tym razem chciałem się do niego jakoś przekonać, ale i ta próba nie wypadła pomyślnie. Zazwyczaj w tym miejscu robię skipa... Lepiej zapowiada się następne na liście Rain, chociaż są tu momenty niebezpiecznie blisko plasujące się grunge'u. Jeszcze się zaraz okaże, że chłopaki byli jednymi z jego prekursorów ;). Klimatycznie piosenka ta zbliżona jest do tego, co zagrało odrodzone Dokken na swym albumie Dysfunctional. Rewelacji nie ma, ale ujdzie. Dla tych, którzy już zwątpili, grupa przyszykowała numer o tytule No Bed Of Roses. To udany powrót do stylistyki z początku krążka, znów mamy te charakterystyczne rytmy perkusji (trochę pod ZZ Top) i partie gitar jak w pierwszych utworach. Także Logan powraca do bardziej melodyjnego budowania linii wokalnych. Słychać, że zespół wziął się w garść, chociaż odnoszę wrażenie, że poza riffem napędowym Lynch dużo się tutaj nie wysilił. Through These Eyes dla odmiany jest już bardziej typową balladą, stylistycznie nieco w klimatach Tesli czy Mr. Biga. Nie powiem, by to jakoś szczególnie chwytało za serce, numer sprawia wrażenie zagranego bez czucia, zaledwie poprawnie, lecz bez odpowiedniej dawki emocji. Nadchodzi coś, na co pewnie czekają fani Dokken - For A Million Years, czyli właśnie dawka czegoś podobnego do tego, co ekipa Dona prezentowała na swoich krążkach. Nawet wokalista próbuje dostosować się swoim głosem do potrzeb kompozycji i naśladuje Dona, choć ze względu na dość duże różnice w barwie głosu obu gardłowych nie dziwi fakt, że jednak nie wypada to identycznie. Z tego schematu wyłamuje się solówka, zaczerpnięta jakby z innej bajki. Na końcu kawałek, który drażni mnie jak diabli. Street Fightin' Man muzycznie jeszcze jakoś ujdzie, ale wokali Logana to ja w tym numerze kompletnie nie trawię. Zamiast śpiewu jest wydzieranie się i raczej nie pasuje to do kompozycji. Było wielu wrzaskliwych wokali, chociażby taki Sebastian Bach, którym taki styl zaznaczania swej obecności w zespole dobrze wychodził, ale Logan do takich zdecydowanie nie należy. Pochwalić natomiast trzeba solówkę Lyncha, bardzo zbliżoną do tego, co pokazywał w swoich instrumentalnych klasykach jak Mr. Scary czy Love Power From The Mama Head.
Album znakomity, choć nie pozbawiony wad. Kilka kawałków z tego krążka to albo wypełniacze, albo kompozycje niebezpiecznie blisko się do nich zbliżające. Gdyby płytę skrócić do 9 czy 10 numerów, na pewno robiłaby dużo lepsze wrażenie. W porównaniu z pierwszymi solowymi dziełami Dona i George'a wydawnictwo jest zdecydowanie słabsze, ale wydaje mi się, że Lynch Mob nie miało być jakimś szczególnie wyszukanym i ambitnym projektem, ale raczej dobrym, poprawnym zespołem hard rockowym. Krążek dość ostry, ale warto zauważyć, że w owym okresie publiczności przejadły się cukierkowate hair metalowe i bliskie AORowi piosenki, najwyraźniej muzykom też się znudziło takie granie, stąd i ogólna tendencja do wydawania ciężej brzmiących płyt. Pozycja kierowana zdecydowanie do fanów hard rocka, miłośnicy kawałków opartych o brzmienia gitar akustycznych i klawiszy nie mają tu raczej czego szukać.
Oficjalna strona George'a Lyncha: www.georgelynch.com