
Victory - Voiceprint
Wydawca: E.V.E.N.T. Records / Saraya Recordings / Consp / Soundholic / SPV
Rok wydania: 1996
- Run And Hide
- Salamander Fire
- Cyberia
- Fighting The Reality
- Deep Inside The World
- Won't Bring Me Down
- Answer
- Black And White
- Right Up
- Vicitmised
- Way Too Far
- Not The One
- The Green Manarishi (With The Two-Pronged Crown) [bonus w reedycji]
- Hunter [bonus w reedycji]
- On The Loose [bonus w reedycji]
Skład: Fernando Garcia - śpiew; Jake Paland - gitary; Tommy Newton - gitary; Fargo Peter Knorn - gitara basowa; Matthias Liebetruth - perkusja
Gościnnie: DC Cooper - śpiew w [13]; Roy Khan - śpiew w [14, 15]
Produkcja: Tommy Newton i Jake Paland
Niemiecka grupa Victory ma już kultowy status wśród fanów hard rocka za Odrą. W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku losy zespołu były dość burzliwe, dochodziło do zmian składu, kapela rozpadła się najpierw w 1994, potem jednak powróciła dwa lata później z albumem Voiceprint, by zaraz po jego wydaniu rozpaść się ponownie, tym razem na dłużej. Opisywany tu album niestety prezentuje grupę w słabszej formie niż dotychczas, kompozycje nie są tak przebojowe jak wcześniej, przez co płyta bardzo traci na wartości i nie zachęca do częstego odsłuchiwania.
Na krążku pojawiają się nowi ludzie w składzie, zmiana następuje na stanowisku jednego gitarzysty i perkusisty, ale czy rzutuje to jakoś szczególnie na materiał, trudno powiedzieć. Plotka głosi, że podobno ta płyta miała być bardziej komercyjna w stosunku do czasów, w jakich została nagrana, ale i tak nie słychać tego aż tak bardzo. Starych fanów zespół raczej nie stracił, ale i wielu nowych, jak to zwykle bywa, nie zdobył. Mimo wszystko muzycy dalej poruszają się w klimatach hard rockowych, ucierpiała natomiast melodyka. Run And Hide to dość ostra kompozycja rozpoczynająca się od gitar zniekształconych talkboxem i oparta na niezbyt wyrafinowanych riffach. Zwrotka bardzo słabiutka, lepiej z refrenem, lecz wciąż nie jest to kandydat na przebój, zwłaszcza jak na rok wydania albumu, a już szczególnie jak porównać to do wcześniejszych pozycji w dyskografii Victory. Numer ratuje właściwie tylko zgrabna solówka. Znacznie lepiej jest w Salamander Fire, ten kawałek mógłby się spokojnie znaleźć np. na takim Temples Of Gold. Nadal jest ostro, całość jednak wydaje się być bardziej przemyślana. Zespół sięgnął po sprawdzone patenty takie jak pompowany ósemkami bas, pełnie wybrzmiewające ostre gitary i typowo hair metalowe linie wokalne. Więcej melodyki, więcej przebojowości, solo o dziwo tym razem bardziej bluesujące. Bardzo dobry numer by zasiąść za dwoma lub czterema kółkami. Szkoda, że energii starczyło grupie na tak krótko i dalej prezentuje nam totalnie pozbawiony wyrazu utwór Cyberia. Początek nieco tajemniczy, klimatyczny, później muzycy nie mogą się zdecydować, czy ma to być ballada, kawałek rockowy, czy kompozycja industrialna (wpleciono dziwne perkusyjne dźwięki charakterystyczne dla owego gatunku). Całość wprawdzie strawna, ale zabrakło tu czegoś, co zachęcałoby do powtórnego przesłuchania. Powrót do hard rocka w Fighting The Reality, jest lepiej, problem w tym, że kapela zapodaje strasznie osłuchane rzeczy. Najjaśniejszym momentem numeru jest gitarowy riff w podkładzie refrenu i jeśli słucha się piosenki dość głośno, to jest jak najbardziej akceptowalna dla ucha. Odnoszę wrażenie, że na całe płycie trochę za słabo wyeksponowano wokalistę, a tutaj jest to właśnie najbardziej słyszalne. Dalej mamy "kowbojską" balladę o tytule Deep Inside The World i jest to pozycja udana, rzekłbym nawet, że miło coś takiego usłyszeć po poprzednikach. Grupa potrzebowała oddechu i zagranie ballady było strzałem w dziesiątkę. Won't Bring Me Down to propozycja z gatunku blues rockowych, później idąca coraz bardziej ku hard rockowi. Jest nadzieja, że zespół powróci jeszcze do formy, jest wreszcie coś, co może być przebojem. Przydałyby się jakieś klawisze w refrenie i pewnie mielibyśmy hit, brak klawiszy możemy sobie jednak zrekompensować podkręcając gałkę głośności w prawo. Dla kontrastu Victory kolejny numer, The Answer, postanowiło zagrać szybciej, bardziej skocznie i dynamicznie. Jest w tym punkowe zacięcie, ale i szybki hard rockowy riff, w ogóle zręcznie udało się kapeli wpleść tu kilka ciekawych wstawek z innych gatunków muzycznych, bo np. solówka wzięta niczym z country o dziwo pasuje do kompozycji, a bas w kilku miejscach również w interesujący sposób zaznacza swoją obecność. Zespół chyba celuje w gusta amerykańskich fanów, bo kolejne Black And White to także taka mieszanka hard rocka z country-bluesem. Sam utwór może być, nie popisał się jednak Garcia i jego partie wydają się być strasznie wymuszone. Brzmi to trochę tak, jakby linie wokalne były układane na poczekaniu i na siłę wciśnięte do tego, co leci w podkładzie. Mogło być lepiej i będzie w Right Up. Chyba po prostu grupa lepiej czuje się w takiej stylistyce, jak tutaj. Niby jakiejś rewelacji nie ma, ale za to dostajemy całkiem miły dla ucha riff przewodni, brzmienie robi się jakby bardziej ciepłe, choć rozmyte, ale to nie razi. Znów nie na długo starczyło werwy i leci Victimised, jeszcze jeden kawałek bez wyrazu. Oklepane riffy zapożyczone z innych zapychaczy nie rokują dobrze, po przesłuchaniu całości łatwo dojść do wniosku, że najlepiej wypada przedrefren. Nie ma się nad czym rozwodzić. W Way Too Far grupa chciała jeszcze raz przyłożyć z ostrogi i pogalopować, czego efektem jest szybsza kompozycja. Ciężko stwierdzić, czy jest dobra, czy nie, bo teraz z kolei na fatalnym poziomie stoi produkcja. Instrumenty są tak rozmyte, że zlewają się w jakąś bezkształtną masę, niezbyt trafnie też dobrano chórki, które pasują "średnio na jeża" do całkiem niezłych partii Garcii w refrenach. Kto wie, może lepiej byłoby bez nich. Pomijając te mankamenty, konkluduję jednak, że to pozycja udana. Ostatnia w oficjalnym secie jest zupełnie przyzwoita ballada Not The One, w sumie mogłaby się znaleźć gdzieś bliżej początku płyty, bo to jeden z najlepszych numerów w zestawie. Utwór został ciekawie zaaranżowany, ma kilka mocniejszych akcentów, jednak nie na tyle silnych, by zakłócić "balladowość" kompozycji. Japońskie wydanie krążka i późniejsza reedycja zawierają jeszcze trzy bonusowe kawałki, których jednak nie było dane mi usłyszeć. W jednym z nich mikrofon gościnnie przejmuje DC Cooper, wokalista znany z Royal Hunt i chętnie posłuchałbym, jak spisuje się on w coverze Judas Priest.
Album posiada kilka mocnych punktów, lecz niestety dobre kompozycje są tu w mniejszości i połowa kawałków sprawia wrażenie niedopracowanych. Biorąc to wszystko pod uwagę nawet nie dziwi mnie fakt, że zaraz po nagraniu krążka Victory powiedziało fanom "dobranoc" na dłużej. Najwyraźniej po ponad dziesięciu latach istnienia muzycy nie mieli już za dużo do powiedzenia, po prostu wypalili się. Podejrzewam, że gdyby nagrali w owym czasie jeszcze jedną płytę, to jej poziom nie byłby zbyt ciekawy. Fanom Voiceprint jest zapewne znane, inni słuchacze mogą sięgnąć po tę pozycję na własną odpowiedzialność.
Oficjalna strona zespołu: www.victory-music.com