
Lita Ford - Dangerous Curves
Wydawca: BMG / RCA / Spitfire
Rok wydania: 1991
- Larger Than Life
- What Do Ya Know About Love
- Shot Of Poison
- Bad Love
- Playin' With Fire
- Hellbound Train
- Black WIdow
- Little To Early
- Holy Man
- Tambourine Dream
- Little Black Spider (instrumental)
Skład: Lita Ford - śpiew, gitara; Matt Bissonette - gitara basowa; David Ezrin - instrumenty klawiszowe; Myron Grombacher - perkusja; Joe Taylor - gitara
Produkcja: Tom Werman
Jakoś szczególnie Lity Ford przedstawiać nie trzeba, przynajmniej nie fanom hair metalu. Urodzona w Londynie jako Carmelita Rosanna Ford, pół-Brytyjka po ojcu i pół-Włoszka po matce, przeniosła się z rodziną do USA w wieku 4 lat, by w wieku młodzieńczym wstąpić jako gitarzystka prowadząca w szeregi żeńskiej formacji The Runaways (udzielała się tam też inna znana dama rocka, Joan Jett). W życiu prywatnym też daleko od muzyki nie uciekała i wiązała się z Chrisem Holmesem, Nikkim Sixxem, Tonym Iommi, by wymienić tylko najważniejszych, wreszcie z Jimem Gillette, którego żoną jest po dziś dzień - to takie info dla tych, co myślą, że jeszcze ten kobiecy symbol seksu mógłby wpaść w ich ręce ;). Po rozpadzie The Runaways Lita rozpoczęła działalność solową, a Dangerous Curves jest jej szóstym studyjnym krążkiem, wliczając w to jeden album, który nigdy się oficjalnie nie ukazał.
W 2008 r. Ford ogłosiła powrót na scenę po piętnastu latach nieobecności i niemałą sensacją był jej najważniejszy tegoroczny występ na festiwalu Rocklahoma. Z tego względu warto sięgnąć po Dangerous Curves i przypomnieć sobie, co też właścicielka mezosopranu prezentowała w latach swej największej chwały. Zawartość krążka nie różni się zbytnio od swoich dwóch poprzedników, nadal jest to mieszanka melodyjnego hard rocka z pewnymi wpływami popu, dlatego też nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd wziął się jej przydomek "Królowej Metalu" dzielony zresztą z Doro Pesch. Skoro już wspominam ścieżki, na których spotykały się różne rockowe niewiasty, to wspomnę jeszcze, że Lita konkurowała nie raz na różnych listach z Janet Gardner, wokalistką Vixen, w niejednym wokalnym rankingu i zawsze obie plasowały się w ścisłej czołówce. Fakt o tyle istotny, że barwy głosu obu pań są do siebie podobne, obie potrafią zaśpiewać i ostro i melodyjnie. Larger Than Life to właśnie taki kawałek, który przypomina trochę propozycje z repertuaru Vixen. Klawisze, nawet jeśli tu występują, to nie są słyszalne, to typowo gitarowy numer utrzymany w dość szybkim tempie, jest tu nawet solówka, choć nie wiem, czy gra ją akurat Lita. Jeszcze nic specjalnego, ale jakoś płytę trzeba było rozpocząć. Druga na liście What Do Ya Know About Love? nie jest autorską kompozycją zespołu Lity, a utworem zmajstrowanym przez trójkę zewnętrznych kompozytorów. Brzmi to trochę jak jakaś zaginiona i nagle odnaleziona pozycja sprzed co najmniej sześciu lat, bo tak grało się pod koniec pierwszej połowy lat '80, piosenka notabene ma w sobie coś z wczesnych nagrań pani Ford. Prawdziwy hit przychodzi wraz z Shot Of Poison, nie da się ukryć, że spory wpływ na ten przebój wywrzeć musiała muzyka pop, ale też nie można przemilczeć faktu, że w takim repertuarze głos Lity Ford wypada po prostu wspaniale. Chwytliwe melodie na długo zapadają w pamięć, wszystko dopracowano w szczegółach, tak więc i zwrotki i refreny przykują naszą uwagę. Gwarantuję, że można go puścić fanom innych gatunków muzycznych i na pewno im się spodoba. Bad Love jest taką pop-rockową balladą, niby nie tak przebojową jak poprzedniczka, ale to tylko pozory, bo jak się dłużej w nią wsłuchać, to kunsztem wcale jej nie ustępuje. Dla mnie dużym plusem jest to, że do tak przeładowanego klawiszami utworu zdołano jeszcze wcisnąć piękną bluesową solówkę, utrzymaną nieco w stylistyce Gary Moore'a. Dla odmiany coś szybszego i kolejny przebój wylansowany z tego albumu, Playin' With Fire. Receptą na sukces okazała się pulsująca partia gitary basowej w refrenach, podrasowanie całości klawiszami i cudowny refren, którego potęgę wzmacniają nadzwyczaj udane chórki. Pewnie zatwardziali metalowcy takie popowe patenty będą mieli wokalistce za złe, sam zresztą kiedyś miałem podobne podejście, ale na szczęście szybko wydoroślałem i jestem w stanie docenić piękno takiego grania. Powiem więcej, ten kawałek jest teraz jednym z moich ulubionych z twórczości Lity. Bas szaleje też w Hellbound Train, znaczy się jego partia jest dobrze słyszalna przez całą kompozycję. Gitary wygrywają różne melodyjki, głos wokalistki tu i ówdzie został umyślnie zniekształcony, wprawdzie piosenka jest bardzo specyficzna, ale np. w refrenie przypomina mi wczesne Bon Jovi z dwóch pierwszych płyt. Numer ogólnie dość ambitny, szkoda tylko, że sama solówka już niezbyt. Pop-rock raz jeszcze i Black Widow, znów bardzo udany kawałek z dopracowanym refrenem i zarazem potencjalny hit, także jeden z moich faworytów z tego krążka i w ogóle dyskografii Lity. Kawałek ma swój specyficzny klimat, jest bardzo melodyjny, nawet mimo smutnawego nastroju, tu także nasuwają się pewne podobieństwa do utworów Vixen. Little To Early skomponowane przez Blackmore'a, Pitrellego i Turnera melodyką również nie zawodzi i spodoba się nawet publiczności poza rockowej (może nawet szczególnie takiej). Część patentów powielona z Playin' With Fire, część zapożyczona z AORowych produkcji, refren znowu bardzo KISSowy, z okresu gdy ekipa Stanleya próbowała się utrzymać na fali mainstreamu w drugiej połowie lat '80. Początek Holy Man ze wstępem zaśpiewanym "a capella" z jednej strony znów kojarzy się z KISS, z drugiej ogólnie z kompozycjami Desmonda Childa. Jak się dobrze wsłuchać, to odnajdziemy momenty i nieco pod Bon Jovi (You Give Love A Bad Name), Bonnie Tyler (If You Were A Woman And I Was A Man, a nawet pod Belindę Carlisle (czyż podkłady w refrenie nie są bliźniacze do jej słynnego hitu Heaven Is A Place On Earth?). Tuż przed końcówką albumu umieszczono nieco "jankeskie" Tambourine Dream, bo partie gitar akustycznych brzmią aż nadto w stylu country. Przypomina to niektóre kawałki Bon Jovi z czasów New Jersey, ale tutaj całość poszła dużo bardziej w kierunku pop, podczas gdy formacja Jona w owym czasie trzymała się raczej bliżej rocka. Ścieżka całkiem przyzwoita, brakuje jej jednak trochę do głównych killerów z tego wydawnictwa. Ostatnie miejsce w secie zajęło instrumentalne Little Black Spider, bardzo króciutka miniaturka trwająca zaledwie niecałe dwie minuty. Jest to całkowicie autorska kompozycja Lity, która prezentuje tutaj wstęp zagrany na czystych gitarach i dalej dość ciekawą solówkę odegraną oczywiście na elektryku. W podkładach przewijają się struktury barokowe, choć do stylu neoklasycznego jest jeszcze daleko.
Po Stiletto, które odniosło raczej umiarkowany sukces, Lita Ford najwyraźniej powróciła do znakomitej formy, niestety nie na długo, po wydaniu Dangerous Curves o wokalistce przycichło i nie zmieniła tego nawet wydana cztery lata później płyta Black, ostatnia jak dotąd pozycja w jej dyskografii. Wiadomo, co się działo w międzyczasie - grunge, alternatywa, nu-metal... Może pani Ford zachęcona sukcesem swoich tegorocznych aparencji na koncertach i deklaracją męża zamierzającego powrócić na scenę ze swym Nitro zaskoczy nas jeszcze kolejnym krążkiem studyjnym? Zanim się to stanie, nic nie stoi na przeszkodzie, by w oczekiwaniu na jej płytę sięgnąć po starsze wydawnictwa. A nie da się ukryć, że i Lita Dangerous Curves potrafią rozbudzić apetyt oczekujących.
Oficjalna strona artystki: www.litaxx.tv