Faithfull - Horizons

Faithfull - Horizons

Wydawca: Perris Records
Rok wydania: 2008

  1. Time Flies
  2. Somehow
  3. Save The Clowns
  4. In My Defense
  5. Whos The Face
  6. Do You Give A Damn
  7. Blindfold
  8. The Best Of Me
  9. Never Came Today
  10. You Walked Away

Skład: Rui Martins - gitary; Sérgio Sabino - śpiew; Mário Barbosa - gitara basowa; Sérgio Ramos - perkusja

Produkcja: Faithfull

Na swój drugi krążek portugalskie Faithfull kazało nam czekać grubo ponad cztery lata i szczerze mówiąc spodziewałem się, że nowe wydawnictwo przebije jedynkę. Horizons przebojowością nie ustępuje debiutowi, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, ale też dużo ponad niego się nie wybija. Słychać, że pod względem produkcji poczyniono znaczny postęp, zapewne zespół miał więcej czasu/pieniędzy na doszlifowanie brzmienia, przez te wszystkie lata dopieścił również kilka piosenek pretendujących tu do miana hitów.

Przebojowo, niemal w stylu Paula Laine'a zaczyna się Time Flies i nie powinien zawieść fanów zespołu, którym podobało się pierwsze dzieło grupy. Nie mogę oprzeć się wrażeniu deja vu, bo riffy i ogólny pomysł na ten numer to istna kalka wielu pomysłów z poprzedniego albumu. Nie wiem, czy to dobrze czy źle dla kariery muzyków, że pozwalają sobie na aż tak daleko idące autoplagiaty, w końcu nie każdy jest Iron Maiden czy AC/DC. Najprawdopodobniej płyta przejdzie bez większego echa wśród tegorocznych wydawnictw, gdyż godnych uwagi pozycji jest wręcz zatrzęsienie i wiele kapel prezentuje materiał na bardzo wysokim poziomie, ale obym się mylił. Fakt faktem, że właśnie dzięki swemu brzmieniu numer ten, jak i zresztą pozostałe, sprawia, że nie wstyd z tym wyjść do ludzi. Muzyka radosna, nadająca się na imprezy, to bez wątpienia. Zespół zwalnia i robi "klimat" w kolejnym Somehow, piosence bardziej AORowej. Mimo iż tym razem również grupa nie slili się na oryginalność i serwuje typową dla tego gatunku kompozycję, to jakoś bardziej trafia do mnie ten kawałek od poprzednika. Może jest po prostu zagrany z większym czuciem, może to właśnie do komponowania takich utworów panowie mają większy talent? Pod koniec pierwszego krążka dostaliśmy w prezencie numer rock'n'rollowy, tym razem również grupa próbuje przemycić podobny patent. Save The Clowns ma więcej drapieżnie brzmiących gitar i co chyba najważniejsze, posiada wreszcie pierwszy na płycie zapamiętywalny refren. Zespół wprawdzie pochodzi z Portugalii, ale ścieżka posiada typowo niemiecki klimat, zwłaszcza jak przypomnimy sobie te wszystkie germańskie kapelki z początku lat '90. Gdybym nie znał kraju pochodzenia Faithfull i usłyszał ten numer, to obstawiłbym Niemcy i pewnie na tym zakładzie straciłbym kupę kasy ;). Podobne wrażenie odnoszę słuchając następnego w kolejce In My Defense, toć ten kawałek mógłby znaleźć się na którejś z późniejszych płyt Bonfire, może nawet na samym Point Blank. Wprawdzie tej nazwy muzycy unikają wymieniając swoje inspiracje, ale jestem niemal pewien, że i płyty owej ekipy gościły w odtwarzaczach Portugalczyków. Nadszedł czas na balladę w postaci Whos The Face, którą można by zawstydzić takie Bon Jovi, de facto będące zapewne pierwowzorem dla jej powstania. Mocne podrasowanie klawiszami, gitary brzmiące momentami jak stare kuranty, kunsztownie użyte akustyki i udana, choć nieskomplikowana technicznie solówka to silne punkty utworu. Dodam jeszcze, że głos wokalisty brzmi tu krystalicznie czysto, dość łatwo jest wychwycić niemal każde słowo. I znowu, gdyby ktoś próbował mi wmówić, że to jakiś niepublikowany dotąd kawałek Bon Jovi, pewnie dałbym się nabrać. Rzecz obowiązkowa do posłuchania dla fanów tej amerykańskiej megagwiazdy, która na takie granie straciła już monopol. Przemożny wpływ ekipy Jona słychać też w Do You Give A Damn, jednym z moich faworytów z wydawnictwa. Pojawiający się tu riff przypomina mi zbliżoną zagrywkę z pewnego kawałka zamieszczonego na "Fahrenheicie..." i jakiś numer Honeymoon Suite, które też w swych wczesnych latach próbowało naśladować grupę z Sayreville. Melodie te poskładano chyba z takich samych dźwięków, zmieniono tylko ich sekwencję i tempo nagrania. Ilekroć puszczam ten utwór, to na jednym odsłuchu się nie kończy. Sposób, w jaki zaczyna się Blindfold staje się wręcz pretensjonalny, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że tak zaczyna się połowa wszystkich kawałków na obu płytach formacji. Dalej na szczęście gra podąża w nieco innym kierunku, przybiera formę takiego szybszego AORowego numeru. Ciekawie kontrastują ze sobą czyste gitary z pulsującą partią basu, a w solówce wreszcie gitarzysta pozwala swoim palcom pośmigać po gryfie i za to otrzymuje ode mnie jednego plusa więcej. Wiadomo, nie Faithfull wymyśliło takie zagrywki jako pierwsze, ale kopiowanie dobrych wzorców nie jest przecież naganne. Pochwaliłem tamten kawałek, to teraz niestety muszę przyczepić się do kolejnego The Best Of Me. Tytuł rozbudził mój apetyt, że niby grupa da z siebie wszystko, zagra na najwyższych obrotach, pokaże, co potrafi itp., ale nic z tego. Chłopaki obrali sobie za wzór Bon Jovi, lecz niestety nie z tego okresu, co trzeba, bo bliżej temu wszystkiemu do nowszych, modern rockowych płyt tego zespołu. Mało to ambitne i zupełnie niepotrzebnie znalazło się na tym krążku. Zupełnie przeciętnym numerem jest też Never Came Today, uratowanym wprawdzie przez w miarę zgrabny refren. Wokalista próbuje dziwnie przeciągać niektóre dźwięki, podczas gdy równocześnie naśladuje słynnego Jona, nie za bardzo to do siebie pasuje. Zgrabnie wypada solówka, dobrano do niej też interesujący podkład, więc może warto dać kompozycji jeszcze szansę na kilkakrotne przesłuchanie. Zamykające zestaw You Walked Away odstrasza mnie swymi przesłodzonymi chórkami i chyba ogólnie liniami wokalnymi, bo sam utwór nie jest jeszcze najgorszy. Powinien spodobać się fanom Tyketto, które też często uciekało się do łączenia gitar elektrycznych z akustycznymi.

Z pewnością jest to pozycja godna uwagi, bo pokazuje, że i w dzisiejszych czasach można dobrze wyprodukować melodyjną płytę, nawet nie wyruszając w tym celu do Kalifornii. Zadziwiające jest to, że już od kilku lat USA straciło swoją dominującą rolę na rynku AORowym i większość znaczących wydawnictw z tego gatunku powstaje w Europie. W chwili obecnej prym pod tym względem wiedzie chyba Szwecja, ale i z Półwyspu Iberyjskiego nadciąga coraz więcej wykonawców mających w tej materii coś do powiedzenia. Trzymam kciuki za Portugalczyków, niech nie spuszczają z tonu i idą do przodu. Chętnie usłyszę kolejne dzieło Faithfull i fanom również rekomenduję śledzenie losów tej grupy.

Oficjalna strona zespolu: www.faithful-band.com