Victory - Temples Of Gold

Victory - Temples Of Gold

Wydawca: Metronome / Polydor / Universal
Rok wydania: 1990

  1. Rock n' Roll Kids Forever
  2. Backseat Rider
  3. Standing Like A Rock
  4. All Aboard
  5. Hell And Back
  6. Temples Of Gold
  7. Take The Pace
  8. Rock The Neighbours
  9. Mr. President
  10. Break Away
  11. Fighting Back The Tears
  12. The 9th Of November
  13. More And More (Live In L.A.) [japoński bonus track]
  14. Don't Tell No Lies (Live In L.A.) [japoński bonus track]
  15. Never Satisfied (Live In L.A.) [japoński bonus track]
  16. Power Strikes The Earth
  17. Seven Days

Skład: Fernando Garcia - śpiew; Tommy Newton - gitary; Fargo Peter Knorn - gitara basowa; Fritz Randow - perkusja; Herman Frank - gitary

Produkcja: Albert Boekholt

Zatrudnienie na pozycji gardłowego Fernando Garcii okazało się bardzo dobrym posunięciem dla hanowerskiej kapeli Victory, co zresztą udowodniła poprzednia płyta. Temples Of Gold wcale jej nie ustępuje i również zawitała na niemieckich listach przebojów, choć już nie na tak wysokich pozycjach. Styl obrany przez muzyków to typowy ostry hard rock, podany wprawdzie w wersji melodyjnej, jednak próżno tu szukać wysuniętych na przód klawiszy, jak to było u większości kapel z tamtego okresu. Tutaj tradycyjnie brzmienie oparto na ostrych partiach gitar i ekspresyjnym głosie wokalisty.

Początek Rock N' Roll Kids Forever jest bardzo niewinny, zaczyna się od czystych gitar, granych jak przy ognisku, może nieco w stylu Tyketto, ale pozory szybko mijają. Dalej te słodkie melodyjki przeradzają się w ostry numer utrzymany stylowo gdzieś pomiędzy Extreme, Guns 'N Roses a Trixterem. Solówka na wysokim poziomie, może nieszczególnie wymyślna, ale techniczna i przede wszystkim pasuje do kawałka, czegóż więcej chcieć. Nieco spokojniejsza jest pozycja druga, bardziej zresztą do mnie trafiająca. Backseat Rider ma w sobie coś z Van Halena w zwrotkach, reszta bardziej typowa dla tej epoki (później będą tak grać jeszcze Pink Cream 69, Emerald Rain, Wicked Sensation, Cornerstone i wielu innych), co nie co z KISS z kolei w refrenie. Rewelacyjnie zaaranżowane chórki dopełniają zniszczenia, a trzeba wspomnieć, że takich cudów będzie więcej na tym krążku. Z kopyta rusza Standing Like A Rock. Znów powracają żwawsze zagrywki, rasowy hard rock momentami przywodzący na myśl Pretty Maids i Bonfire w partiach gitar i perkusji, choć już wokalnie jest to inna bajka. Po raz kolejny rewelacyjna solówka, coś co tygrysy lubią najbardziej. Był tojeden z ostatnich roczników, kiedy to dobre płyty wychodziły jeszcze masowo, a o takich gatunkach jak grunge, industrial, czy nu-metal mało kto wtedy słyszał... i mało kto chciał wtedy o nich słyszeć. Pozycja czwarta, czyli All Aboard nie za dobrze się zaczyna, dalej jest znacznie lepiej, a refren mógłby zrobić z niego hicior. Z pewnością trafi on w gusta fanów solowego Davida Lee Rotha i Tyketto, które grało podobnie w tym samym czasie (głos Garcii w zwrotkach wypada niemal identycznie jak Vaughna). W Hell And Back ciekawie połączono partie dwóch gitar, które grają każda co innego i razem tworzą całkiem interesującą harmonię. W zwrotkach gitary z kolei łamią nieco rytm , co również wypada wyśmienicie, podobnie jak wojskowo brzmiące werble tuż przed solówką i w jej trakcie. Słychać, że chłopaki dbają o różnorodność wśród swoich kompozycji i mają u mnie za to duży plus. Tytułowe Temples Of Gold to jeden z moich najbardziej ulubionych numerów z tego krążka. Rewelacyjny riff napędowy, zagrany z drivem, przeplatany z nieco cięższymi motywami, po prostu bajka. Sporo kapel tak grało, ale później. Można chyba powiedzieć, że Victory było jednym z prekursorów takiego grania. Mimo głupawo brzmiącego wstępu również porywa mnie bardzo Take The Pace. Co muzycy zrobili z chórkami w refrenie, to po prostu mistrzostwo świata, kawałek którego mogę słuchać na okrągło i nie odczuwam w ogóle znudzenia (w jakim jeszcze innym gatunku takie rzeczy są możliwe?). Same podkłady może nie są szczególnie oryginalne, słyszałem podobne już u innych kapel hard rockowych i heavy metalowych, ba, nawet thrashowych, w późniejszych latach klonowali takie rozwiązania jeszcze inni, chociażby Shakra. Trzeba jednak przyznać, że te pomysły godne są kopiowania i tworzenia z nich innych wariacji. Jak by jeszcze dobrych numerów było tu mało, kolejne Rock The Neighbours to następny kawałek porządnego grania. W riffach gitarowych sporo nawiązań do klasyki jak Rainbow z końca lat '70, ale też co nieco zapożyczeń z Ratt, no i ten charakterystyczny pulsujący bas, rozpowszechniony chyba najbardziej dzięki Def Leppard. Gitarowe solo to jakby ukłon w stronę rodaków z Bonfire, którzy grali podobne rzeczy na swoim Point Blank. Blues połączony z rock'n'rollem to znowu próba grania jak za oceanem, typowo amerykański kawałek. W swojej karierze nie powstydzili się takich kawałków David Lee Roth, Warrant i kilka setek innych. Mowa oczywiście o numerze Mr. President. Całkiem niezłym kawałkiem jest też Break Away, choć i on nie jest zbyt oryginalny. Wydaje mi się, że chłopaki nagrywając tę płytę chcieli zrobić coś w rodzaju przekroju przez panujące w hard rocku trendy i się to im udało. Słychać niemal w każdym utworze kwintesencję tego, co było na fali po obu stronach oceanu, bardzo udane połączenie grania niemieckiego z amerykańskim. Przy końcu płyty zamieszczony został utwór-killer w postaci ballady Fighting Back The Tears. Piosenka dopieszczona pod każdym względem i przede wszystkim celująca w stacje radiowe. Przy okazji dość nietypowa, bo trudno znaleźć drugą taką na całym krążku. Żeby tylko stacje radiowe chciały teraz puszczać taką muzykę... Wspomnę jeszcze słowo na temat solówki - nie bawiono się tu w wymyślanie jakichś ckliwych melodii, tylko ruszono ostro do przodu i zagrano ją tak, jakby to wcale nie była ballada. Standardowy zestaw utworów zamyka The 9th Of November z bardzo ciekawym refrenem i kilkoma innymi smaczkami aranżacyjnymi. Japońskie wydanie płyty zawiera jeszcze 3 kawałki w wersjach koncertowych, zaczerpnięte z poprzedniego albumu, a zagrane podczas jednego z występów grupy w Los Angeles. Jest to potwierdzenie dobrej formy zespołu, bo kawałki brzmią bardzo technicznie. Niemieckie wydanie Temples Of Gold posiada dodatkowe 3 utwory, niestety nie mam do nich dostępu.

Co tu dużo mówić, jest to chyba jedna z obowiązkowych pozycji w płytotece każdego fana muzyki hard rockowej. Biorąc pod uwagę rok wydania płyty, można uznać ją już za klasykę, przy okazji wspominając, że początek lat '90 nie był jeszcze taki zły i pojawiało się wtedy sporo wydawnictw w jakiś tam sposób podsumowujących całą epokę. Victory to jedna z kapel eklektycznych, słuchając jej można wyrobić sobie jakiś pogląd na to o co w ogóle chodzi w tego typu muzyce. A wiadomo, że chodzi o to, by było czadowo, ostro, melodyjnie, w dobrym guście i by zapewnić dobrą rozrywkę. Hard rock nadaje się dużo lepiej do zabawy niż rytmy disco. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy robić następną imprezę.

Oficjalna strona zespołu: www.victory-music.com