
Victory - Temples Of Gold
Wydawca: Metronome / Polydor / Universal
Rok wydania: 1990
- Rock n' Roll Kids Forever
- Backseat Rider
- Standing Like A Rock
- All Aboard
- Hell And Back
- Temples Of Gold
- Take The Pace
- Rock The Neighbours
- Mr. President
- Break Away
- Fighting Back The Tears
- The 9th Of November
- More And More (Live In L.A.) [japoński bonus track]
- Don't Tell No Lies (Live In L.A.) [japoński bonus track]
- Never Satisfied (Live In L.A.) [japoński bonus track]
- Power Strikes The Earth
- Seven Days
Skład: Fernando Garcia - śpiew; Tommy Newton - gitary; Fargo Peter Knorn - gitara basowa; Fritz Randow - perkusja; Herman Frank - gitary
Produkcja: Albert Boekholt
Zatrudnienie na pozycji gardłowego Fernando Garcii okazało się bardzo dobrym posunięciem dla hanowerskiej kapeli Victory, co zresztą udowodniła poprzednia płyta. Temples Of Gold wcale jej nie ustępuje i również zawitała na niemieckich listach przebojów, choć już nie na tak wysokich pozycjach. Styl obrany przez muzyków to typowy ostry hard rock, podany wprawdzie w wersji melodyjnej, jednak próżno tu szukać wysuniętych na przód klawiszy, jak to było u większości kapel z tamtego okresu. Tutaj tradycyjnie brzmienie oparto na ostrych partiach gitar i ekspresyjnym głosie wokalisty.
Początek Rock N' Roll Kids Forever jest bardzo niewinny, zaczyna się od czystych gitar, granych jak przy ognisku, może nieco w stylu Tyketto, ale pozory szybko mijają. Dalej te słodkie melodyjki przeradzają się w ostry numer utrzymany stylowo gdzieś pomiędzy Extreme, Guns 'N Roses a Trixterem. Solówka na wysokim poziomie, może nieszczególnie wymyślna, ale techniczna i przede wszystkim pasuje do kawałka, czegóż więcej chcieć. Nieco spokojniejsza jest pozycja druga, bardziej zresztą do mnie trafiająca. Backseat Rider ma w sobie coś z Van Halena w zwrotkach, reszta bardziej typowa dla tej epoki (później będą tak grać jeszcze Pink Cream 69, Emerald Rain, Wicked Sensation, Cornerstone i wielu innych), co nie co z KISS z kolei w refrenie. Rewelacyjnie zaaranżowane chórki dopełniają zniszczenia, a trzeba wspomnieć, że takich cudów będzie więcej na tym krążku. Z kopyta rusza Standing Like A Rock. Znów powracają żwawsze zagrywki, rasowy hard rock momentami przywodzący na myśl Pretty Maids i Bonfire w partiach gitar i perkusji, choć już wokalnie jest to inna bajka. Po raz kolejny rewelacyjna solówka, coś co tygrysy lubią najbardziej. Był tojeden z ostatnich roczników, kiedy to dobre płyty wychodziły jeszcze masowo, a o takich gatunkach jak grunge, industrial, czy nu-metal mało kto wtedy słyszał... i mało kto chciał wtedy o nich słyszeć. Pozycja czwarta, czyli All Aboard nie za dobrze się zaczyna, dalej jest znacznie lepiej, a refren mógłby zrobić z niego hicior. Z pewnością trafi on w gusta fanów solowego Davida Lee Rotha i Tyketto, które grało podobnie w tym samym czasie (głos Garcii w zwrotkach wypada niemal identycznie jak Vaughna). W Hell And Back ciekawie połączono partie dwóch gitar, które grają każda co innego i razem tworzą całkiem interesującą harmonię. W zwrotkach gitary z kolei łamią nieco rytm , co również wypada wyśmienicie, podobnie jak wojskowo brzmiące werble tuż przed solówką i w jej trakcie. Słychać, że chłopaki dbają o różnorodność wśród swoich kompozycji i mają u mnie za to duży plus. Tytułowe Temples Of Gold to jeden z moich najbardziej ulubionych numerów z tego krążka. Rewelacyjny riff napędowy, zagrany z drivem, przeplatany z nieco cięższymi motywami, po prostu bajka. Sporo kapel tak grało, ale później. Można chyba powiedzieć, że Victory było jednym z prekursorów takiego grania. Mimo głupawo brzmiącego wstępu również porywa mnie bardzo Take The Pace. Co muzycy zrobili z chórkami w refrenie, to po prostu mistrzostwo świata, kawałek którego mogę słuchać na okrągło i nie odczuwam w ogóle znudzenia (w jakim jeszcze innym gatunku takie rzeczy są możliwe?). Same podkłady może nie są szczególnie oryginalne, słyszałem podobne już u innych kapel hard rockowych i heavy metalowych, ba, nawet thrashowych, w późniejszych latach klonowali takie rozwiązania jeszcze inni, chociażby Shakra. Trzeba jednak przyznać, że te pomysły godne są kopiowania i tworzenia z nich innych wariacji. Jak by jeszcze dobrych numerów było tu mało, kolejne Rock The Neighbours to następny kawałek porządnego grania. W riffach gitarowych sporo nawiązań do klasyki jak Rainbow z końca lat '70, ale też co nieco zapożyczeń z Ratt, no i ten charakterystyczny pulsujący bas, rozpowszechniony chyba najbardziej dzięki Def Leppard. Gitarowe solo to jakby ukłon w stronę rodaków z Bonfire, którzy grali podobne rzeczy na swoim Point Blank. Blues połączony z rock'n'rollem to znowu próba grania jak za oceanem, typowo amerykański kawałek. W swojej karierze nie powstydzili się takich kawałków David Lee Roth, Warrant i kilka setek innych. Mowa oczywiście o numerze Mr. President. Całkiem niezłym kawałkiem jest też Break Away, choć i on nie jest zbyt oryginalny. Wydaje mi się, że chłopaki nagrywając tę płytę chcieli zrobić coś w rodzaju przekroju przez panujące w hard rocku trendy i się to im udało. Słychać niemal w każdym utworze kwintesencję tego, co było na fali po obu stronach oceanu, bardzo udane połączenie grania niemieckiego z amerykańskim. Przy końcu płyty zamieszczony został utwór-killer w postaci ballady Fighting Back The Tears. Piosenka dopieszczona pod każdym względem i przede wszystkim celująca w stacje radiowe. Przy okazji dość nietypowa, bo trudno znaleźć drugą taką na całym krążku. Żeby tylko stacje radiowe chciały teraz puszczać taką muzykę... Wspomnę jeszcze słowo na temat solówki - nie bawiono się tu w wymyślanie jakichś ckliwych melodii, tylko ruszono ostro do przodu i zagrano ją tak, jakby to wcale nie była ballada. Standardowy zestaw utworów zamyka The 9th Of November z bardzo ciekawym refrenem i kilkoma innymi smaczkami aranżacyjnymi. Japońskie wydanie płyty zawiera jeszcze 3 kawałki w wersjach koncertowych, zaczerpnięte z poprzedniego albumu, a zagrane podczas jednego z występów grupy w Los Angeles. Jest to potwierdzenie dobrej formy zespołu, bo kawałki brzmią bardzo technicznie. Niemieckie wydanie Temples Of Gold posiada dodatkowe 3 utwory, niestety nie mam do nich dostępu.
Co tu dużo mówić, jest to chyba jedna z obowiązkowych pozycji w płytotece każdego fana muzyki hard rockowej. Biorąc pod uwagę rok wydania płyty, można uznać ją już za klasykę, przy okazji wspominając, że początek lat '90 nie był jeszcze taki zły i pojawiało się wtedy sporo wydawnictw w jakiś tam sposób podsumowujących całą epokę. Victory to jedna z kapel eklektycznych, słuchając jej można wyrobić sobie jakiś pogląd na to o co w ogóle chodzi w tego typu muzyce. A wiadomo, że chodzi o to, by było czadowo, ostro, melodyjnie, w dobrym guście i by zapewnić dobrą rozrywkę. Hard rock nadaje się dużo lepiej do zabawy niż rytmy disco. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy robić następną imprezę.
Oficjalna strona zespołu: www.victory-music.com