
Cornerstone - Once Upon Our Yesterdays
Wydawca: Massacre Records / New Media Studio / Yamaha
Rok wydania: 2003
- Welcome To Forever
- When The Hammer Falls
- Passion To Warfare
- Hour Of Doom
- Man Without Reason
- 21st Century Man
- Once Upon Our Yesterdays
- End Of The World
- Some Have Dreams
- Scream
- Wounded Land (Live) [tylko w edycji z New Media Studio]
- 21st Century Man (Live) [tylko w edycji z New Media Studio]
- Walk With Me [japoński bonus track, edycja z Yamaha]
Skład: Dougie White - śpiew; Kasper Damgaard - gitary; Steen Mogensen- gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Allan Sørensen - perkusja
Gościnnie: Rune Brink - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych; Andre Andersen - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych; Peter Brander - solo w "Man Without A Reason"; Anne Murillo & Gry Trampedach - chórki; Steffan Søgaard Sørensen - skrzypce i bratsch w "End Of The World"
Produkcja: Steen Mogensen
O ile na poprzednich krążkach w sporej mierze styl grupy wyraźnie opierał się na dokonaniach macierzystych formacji członków zespołu Cornerstone, o tyle na trzecim wydawnictwie formacja ta zyskuje własną tożsamość. Oczywiście nie będę grupie przypisywał jakiegoś niepowtarzalnego stylu, o nie, to jest już chyba niemożliwe po tylu latach istnienia muzyki rockowej, by wśrod tylu oryginalnych gatunków i ich mieszanek można było stworzyć coś zupełnie nowego. Niemniej jednak w moim mniemaniu płyta Once Upon Our Yesterdays jest zdecydowanie jedną z najlepszych pozycji, jakimi uraczył nas rok 2003.
We wstępie do Welcome To Forever muzycy raczą nas wyrafinowanym intro, mamy tu jakieś dziwne odgłosy jakby z placu zabaw w wielkim mieście, na tle których wkrótce pojawia się złowieszczo brzmiąca gitara. Później partie gitar stają się coraz wyraźniejsze i przyjmują stylistykę czegoś na kształt Hill Of The Skull z repertuaru Joe Satrianiego (jest to również wykonane na bardzo przyzwoitym poziomie technicznym i nawet przypomina styl gry tegoż wirtuoza, stąd i ta wzmianka), by ponownie zwolnić i przejść we właściwą część utworu. Cóż mogę rzec, wyraźnie linie wokalne Doogie White'a nawiązują do zasłużonej dla świata rocka i metalu maniery samego Ronniego Jamesa Dio. Gitary z kolei pełną garścią czerpią z dokonań muzyki rockowej charakterystycznej dla połowy lat '90, toteż nie trudno zorientować się, że coś podobnego słyszeliśmy w nagraniach Pink Cream 69, Emerald Rain, Yngwie Malmsteena, Rolanda Grapowa, czy nawet u Axela Rudiego Pella. Ścieżki perkusji wybijają rytmy niemalże power metalowe, ale pasują do reszty utworu, więc w tym wypadku nie może to być żadną miarą zarzut, nie jest to typowa galopada. Czyż piosenka czerpiąca z takich wzorców może być słaba? Nie może i pewnie dlatego jest wyśmienita. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków na tym krążku. Klimat zmieni się nieco w kolejnym numerze - When The Hammer Falls, chociaż tajemniczy nastrój nie zniknie. Tutaj wprawne ucho wychwyci podobieństwa do twórczości Kinga Diamonda (ale tylko w partiach gitar) oraz do bajecznego nastroju Rainbow z czasów, gdy śpiewał tam sam Doogie (słyszalne szczególnie w refrenach), a ponadto tu i ówdzie przewijają się bliskowschodnie motywy melodyczne. Kolejna dobra i składna kompozycja, choć już nieco ustępująca swej poprzedniczce. Dalej mamy niemalże hit. Passion To Warfare, bo o nim mowa, wyróżnia się znacznie spośród reszty zestawu swą oryginalnością. Żartobliwy wstęp, a po nim ostre dynamiczne gitary i nieskazitelna praca sekcji rytmicznej, dalej też przemyślana solówka. Kompozycję można by stawiać jako wzór do naśladowania, jak poprawnie powinno aranżować się utwory. Szkoda tylko, że tym razem Doogie nie za bardzo wpasował się ze swą linią wokalną i dlatego napisałem wcześniej, że to "niemalże" hit. Najwyraźniej zespół próbuje nas straszyć, bowiem tytuł następnego kawałka brzmi Hour Of Doom. Tylko teoretycznie, gdyż utwór nie będzie utrzymany w wolnym tempie, raczej będzie szybszy i typowo hard rockowy. Ponownie mamy do czynienia z wzorcową kompozycją - jest ostro, ale i melodyjnie, składnie, właśnie takich numerów mi brakowało od ładnych paru lat. Ktoś kiedyś powiedział, że na rasowym rockowym albumie nie może zabraknąć ballady, tutaj też jej nie zabrakło. Rola ta przypadła Man Without Reason, które pewnie niejednemu słuchaczowi wyciśnie łzę, chociaż ja to bardziej traktuje jako chwilę wytchnienia i coś w rodzaju przerwy pomiędzy innymi kompozycjami. U podstaw 21st Century Man leży czysty rock'n'roll, oczywiście zagrany z typowo hard rockowym zacięciem. Piosence nie można w zasadzie niczego zarzucić, jest dobra, choć wydaje mi się, że głos Doogiego powinno się w studiu nagrań nieco podgłośnić, co nadałoby jej jeszcze większej wyrazistości. I nadszedł czas na mój ulubiony kawałek z tej płyty, utwór tytułowy - Once Upon Our Yesterdays. Odnoszę wrażenie, że zespół w takiej stylistyce gry odnajduje się najlepiej i zapewne dlatego tytuł utworu stał się zarazem tytułem całego wydawnictwa. Tempo raczej wolniejsze, nienaganna technika wykonania, chociaż struktury numeru nie są może zbyt skomplikowane. Po raz kolejny zgranie w grupie udowodniło, że by piosenka była dobra, nie potrzeba koniecznie umieszczać w niej wirtuozyjnych popisów któregoś z instrumentalistów. Jak widać, jest wiele sposobów i wiele dróg, by uzyskać podobny efekt. Zaskoczy nas także End Of The World, gdzie napotkamy elementy folk rocka. Początek przynosi nam skrzypcowe zagrywki, a i dalej mamy rozwiązania melodyczne podobne do tego, co swego czasu prezentowała nam grupa Skyclad. Kolejna pozycja godna uwagi. Przed końcem płyty muzycy oferują nam jeszcze jedną balladę, tym razem opartą o brzmienia gitar akustycznych. Some Have Dreams nie jest może dziełem wybijającym się jakoś poza przeciętne tego typu nagrania, niemniej jednak całkiem miło się tego słucha. Całość przypomina trochę typowe produkcje country z Nashville, przy czym wokalnie bliżej jej chyba po raz kolejny do muzyki folk. Zamykające krążek Scream to przede wszystkim siła i emocje płynące z głosu Dougiego, piosenka o zabarwieniu psychologicznym. Partie gitar są zdecydowanie spokojniejsze, momentami brzmią nieco niepokojąco.
Na koniec pragnę zwrócić szczególną uwagę na produkcję albumu, gdyż jest ona znakomita. Steen Mogensen wykonał kawał dobrej roboty, dzięki czemu otrzymujemy krążek o krystalicznym brzmieniu, który wraz zawartością muzyczną będzie niewątpliwie ciekawa pozycją w kolekcji każdego fana hard rocka i metalu progresywnego. Mam nadzieję, ze zespół będzie kontynuował kierunek obrany na tej płycie i zaskoczy nas jeszcze nie raz równie dobrym wydawnictwem.
Oficjalna strona zespołu: www.cornerstonemusic.dk