Van Halen - A Different Kind Of Truth

Van Halen - A Different Kind Of Truth

Wydawca: Interscope Records
Rok wydania: 2012

  1. Tattoo
  2. She's The Woman
  3. You And Your Blues
  4. China Town
  5. Blood And Fire
  6. Bullethead
  7. As Is
  8. Honeybabysweetiedoll
  9. The Trouble With Never
  10. Outta Space
  11. Stay Frosty
  12. Big River
  13. Beats Workin'

Skład: David Lee Roth - śpiew; Alex Van Halen - perkusja; Eddie Van Halen - gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Wolfgang Van Halen - gitara basowa, chórki

Produkcja: Van Halen i John Shanks

Niezwykle trudno byłoby ukryć fakt, iż nowa studyjna płyta Van Halen to jedno z najbardziej wyczekiwanych wydawnictw w świecie rocka, toteż nikt tego nie ukrywa. Jest to też pierwszy po wieeeelu latach krążek z oryginalnym wokalistą, Davidem Lee Rothem i w zasadzie można by jego powrót w szeregi zespołu uznać za jego reaktywację w oryginalnym składzie, gdyby nie to, że brakuje tu dawnego basisty Michaela Anthony'ego. Brak ten próbuje dość skutecznie zrekompensować Wolfie, syn Eddiego.

Historia odejścia Diamentowego Dave'a jest ogólnie znana. W jego miejsce przyjęty został Sammy Hagar (Montrose), a później Gary Cherone (Extreme). O ile tego pierwszego publiczność dość łatwo i szybko zaakceptowała, o tyle drugi z nich raczej zbyt dużej sympatii fanów i krytyki sobie nie zdobył. Nie gdybajmy, dlaczego, to nie miejsce i czas na to. Michaela także nie ma w szeregach Van Halena od dłuższego czasu; kto śledzi informacje na bieżąco, ten wie, że razem z Hagarem i resztą doborowego towarzystwa świetnie sobie radzi w supergrupie Chickenfoot. "Kurza Stopa" przypadła mi do gustu i miałem nadzieję, że i Van Halen z Lee Rothem poradzi sobie z powrotnym materiałem, no i finalnie sobie poradził, chociaż pierwszy singiel mnie rozczarował, ale o tym szerzej za chwilę. Nowe utwory wbrew pozorom nie są wcale takie nowe, sporą część z nich można było usłyszeć na różnych bootlegach. Sam David przyznaje, że najstarsze wykorzystane tutaj pomysły pochodzą jeszcze z 1975 r. Album otwiera singlowe Tattoo i jest to zdecydowanie najsłabsza pozycja na krążku. Na szczęście zresztą, bo będąc szczerym, miałem nadzieję, iż reszta kawałków będzie od niej lepsza. Jak na kapelę z taką klasą, doświadczeniem i potencjałem, to numer brzmi strasznie sztampowo i słychać, że muzycy się tutaj nie wysilili. Brak jakichś porywających melodii, refren leży i kwiczy (denerwują zwłaszcza banalne chórki), broni się za to solówka (mimo iż techniczna, to jednak zbyt mechaniczna) i całkiem przyzwoite zwrotki. Od razu wypadałoby napisać coś o Wolfgangu - jego gra nie przeszkadza, rzekłbym nawet, że jest wystarczająca i jestem pewien, że w dłuższej perspektywie czasu znikną tęsknoty za Anthonym. Drugie w zestawie She's The Woman to już prawdziwy killer. Właśnie takiego Van Halena wyczekiwałem. Kapitalny riff napędowy i bijąca ze ścieżki energia jak za czasów klasyków typu Panama czy I'm The One. Poza przemyślaną solówką i ogólnie sporą przebojowością całości od razu godne pochwały jest też i brzmienie. Z jednej strony kojarzyć musi się z klasycznymi płytami tej ekipy, a z drugiej nie odstaje zbytnio od ich remasterowanych kilka lat temu wersji. Mówiąc w skrócie, jest dużo, dużo lepiej niż dobrze; jest wyrąbiście. Po kilku przesłuchaniach płyty nadal jest to mój faworyt. W inne klimaty uderza kolejne You And Your Blues i również nie rozczarowuje. Fani klasycznych dzieł Edka i spółki raz jeszcze poczują się usatysfakcjonowani. To właśnie takie nagrania i brzmienia kopiowały w latach '80 różne zespoły hard rockowe i cieszy mnie, że i Van Halen teraz też się od nich nie odcina. Znów nie sposób nie wspomnieć o gitarowym solo i powiem krótko: Eddie jest w naprawdę świetnej formie (wygląda na to, że uporał się z nałogiem, bo roztrzęsionymi paluchami przecież by takich rzeczy nie zagrał). Cieszy ucho następna kompozycja z setu, czyli China Town. Tutaj chłopaki, a właściwie to panowie plus jeden chłopak, zafundowali nam większą ilość galopad. Momentami mogą wydawać się nieco chaotyczne, ale to nic nowego przecież, już w początkach kariery grupy był to jeden z jej znaków rozpoznawczych. Okolice solóweczki powinny przypaść do gustu wszystkim tym, którzy z łezką w oku wspominają czasy Hot For Teacher. Dalej mamy Blood And Fire, utwór niezbyt ciekawie się rozpoczynający, ale za to w dalszej części mocno nawiązujący do solowych płyt Lee Rotha z drugiej połowy lat '80 i początku lat '90 (zwłaszcza tych nagrywanych z Vaiem w składzie). Ogólnie bardzo dobra robota, szczególnie Eddiego, choć i reszta muzyków wypada znakomicie. Bullethead to chyba taki najbardziej "koncertowy" numer z wydawnictwa. Z racji tempa i pokładów energetycznych właśnie świetnie nadawałby się do wykonania na żywo. Może trochę dziwić bardziej surowe w stosunku do reszty ścieżek brzmienie, ale cóż, widocznie ekipa uznała, że nie ono jest tutaj najważniejsze. As Is od początku wydaje się być jakimś tworem eksperymentalnym. Świadczy o tym aranżacja bębnów ze wstępu, wolne i ciężkie gitary w dalszej fazie (raz jeszcze czegoś takiego prędzej spodziewałbym się po Steve'ie Vaiu niż po Edwardzie). Potem wszystko wraca do normy i mamy standardowy numer jak z epoki wczesnych płyt Van Halena. Dodatkowy plus za ciekawą wstawkę w środku nagania. Podoba mi się także kolejne Honeybabysweetiedoll, tyle że za wyjątkiem lini wokalnych Lee Rotha. W partiach gitarowych wyczuwam pewne inspiracje stylami gry Richiego Blackmore'a (z tych kompozycji okraszonych orientalnymi motywami) i Uliego Jona Rotha. Wymienić tylko partie Davida i mucha nie siada. The Trouble With Never to 100% Van Halen. Diamentowy Dave śpiewa jak za dawnych czasów, Edward popisuje się jak zwykle, słowem - bez większych niespodzianek. Jest dobrze, to po co cokolwiek zmieniać? Ostro i drapieżnie mamy w Outta Space. Tutejsze riffy to kwintesencja hard rocka i rock'n'rolla w jednym. Kawałek buja i kręci dokładnie tak, jak powinien. Znów nasuwa się wiele skojarzeń z wczesnymi wydawnictwami drużyny Eddiego, bo utwór brzmi jak wyjęty z klasycznej ery opisywanej grupy. Stay Frosty w jakiś naturalny sposób kojarzy mi się z Ice Cream Man i nic na to nie poradzę. Niby ponowne wykorzystywanie starych pomysłów, ale co z tego, skoro wypada to nadzwyczaj dobrze. Sympatykom starych "vanhalenów" spodobać powinien się też numer Big River. Również tutaj nie zabrakło pewnej specyficznej przebojowości, którą dodatkowo podbija wygrywająca ósemki partia basu, a całość umiejętnie sprzęga perkusja Alexa. Bardzo dobrym zamknięciem płyty jest nagranie Beats Workin'. Wprawdzie nie natrafimy tu na jakieś szczególne niespodzianki, ale za to dostaniemy w pigułce najlepsze elementy zarówno stylów klasycznego Van Halena, jak i solowych wydawnictw Davida Lee Rotha.

Album fanom Van Halena spodoba się od razu i za każdym kolejnym przesłuchaniem będzie podobał się jeszcze bardziej. W zasadzie otrzymujemy ciąg samych hitów, bo w zestawie znalazła się tylko jedna słabsza kompozycje (raczej mało ambitne, singlowe Tattoo). Ekipa rodziny Van Halenów wsparta gardłem Diamentowego Dave'a zarejestrowała dzieło, które bez żadnego wstydu można postawić dumnie na półce obok kilku pierwszych albumów formacji. Jakże cieszy tak dobry krążek wydany na początku roku. Polecam!

Oficjalna strona zespołu: www.van-halen.com