
Dynazty - Sultans Of Sin
Wydawca: Stormvox Records / SoFo Records / AOR Heaven / Victor Entertainment Japan
Rok wydania: 2012
- Come Alive
- Raise Your Hands
- Land Of Broken Dreams
- Falling
- More Than A Man
- Love Junkie
- The One To Blame
- Back Again
- Bastards Of Rock & Roll
- Sultans Of Sin
Skład: Nils Molin - śpiew; Rob "Love" Magnusson - gitary; Joel Fox Apelgren - gitara basowa; Mike Lavér - gitary; George Egg - perkusja
Produkcja: Peter Tagren
Dynazty robi wszystko co może, by umocnić swoją pozycję na rynku nie tylko szwedzkiego, ale i światowego melodyjnego hard rocka. Około miesiąca temu ukazał się już trzeci w dyskografii tego zespołu album, który otrzymał intrygujący tytuł Sultans Of Sin (mnie od razu kojarzy się to ze słynnym kawałkiem Dire Straits). Stylistycznie niewiele odbiega on od poprzedniego krążka, więc progres w twórczości grupy wydaje się być dość naturalnym.
Do zespołu dołączył drugi gitarzysta, Mike Lavér, oczywistą koleją rzeczy jest oczekiwanie raz to na gitarowe pojedynki, raz to na ciekawe harmonie tworzone przez dwa wiosła, od razu powiem jednak, że płyta pod tym względem trochę te oczekiwania zawodzi. Nie znaczy to rzecz jasna, że takowych nie ma wcale, po prostu jest ich zbyt mało. Inna zmiana, to rotacja na stanowisku producenta, chyba zresztą dzięki temu gitarowo płyta brzmi ostrzej. Dociekliwi dopatrzą się też wymiany wytwórni na rynku azjatyckim, lecz to już szczegół bez znaczenia, grunt że chłopaki dalej nagrywają dla Stormvoxa, czyli tego samego wydawcy, dla którego nagrywa chociażby H.e.a.t. Krążek rozpoczyna się od utworu Come Alive - ten niby bazuje na hard rocku, aczkolwiek galopująca perkusja zbliża go też do mniej ambitnego power metalu. Odnajduję pewne podobieństwa do nieco bardziej doświadczonej konkurencji ze stajni M.ill.ion, jeśli chodzi o warstwę instrumentalną. Co do linii wokalnych, to właśnie one wypadają tu najlepiej. Nils dobrze podrabia tu gardłowe maniery takich tuzów jak Mark Boals (więcej) czy Ronnie James Dio (mniej, ale też słyszalnie), przy czym samych aranżacji melodycznych nie powstydziłby się i Martensson ze szwedzkiej załogi Eclipse. Godna uwagi jest też ciekawa solóweczka gitarowa. Przy kompozycji Raise Your Hands miewam mieszane odczucia. Trochę tu "panterowych" i "laneyowskich" riffów, charakterystycznych raczej dla ostrzejszego hard rocka, trochę zaśpiewów i rytmów perkusyjnych ze stadionowego rocka i tutaj już formacja wypada nieco bardziej pretensjonalnie. Najgorsze ze wszystkiego są zaśpiewy w chórkach typu "Hey, hey". Ostatecznie wprawdzie, idzie się przyzwyczaić. Miłą niespodzianką dla ucha jest numer o tytule Land Of Broken Dreams. Tutaj niezła gratka dla miłośników krzyżówek i ich innych wariantów takich zespołów jak Def Leppard, Brother Firetribe i Bai Bang. Fani melodyjnego hard rocka i AOR-u powinni czuć się usatysfakcjonowani. Znów miodna solówka, choć trochę zbyt krótka. Dalej napotykamy ckliwą balladę Falling. Powiem szczerze, niezbyt mnie ona przekonuje, Dynazty wolę w zdecydowanie w ostrzejszym repertuarze. Ta pościelówka nie spełnia swego zadania, nie chwyta za serce, jak powinna. Ot, poprawnie zagrana rzecz i niewiele więcej. Za to już w kolejnym More Than A Man mamy hard rockowe, mocne i rytmiczne riffy, jakie tygrysy lubią najbardziej. By nie było idealnie, dla odmiany linie wokalne nie wypadają już tak przebojowo. Kiedy zapuścić kawałek głośniej, zyskuje na jakości. Raz jeszcze zwrócę uwagę na solówki, pod tym względem zespół zdecydowanie się rozwinął. Kompozycja Love Junkie najwięcej przypomina te z poprzednich albumów, te z największa ilością nawiązań do Chrisa Laneya. Niby nic nadzwyczajnego, same powtórki z historii, a jednak cieszy to ucho. Z jakiegoś powodu mocno przypadło mi do gustu The One To Blame, być może dlatego, iż jest odmienne od reszty. To jeden powód. Drugi to pewne podobieństwa, jakie odnalazłem do jednego z numerów z wtórego solowego wydawnictwa Rolanda Grapowa, który akurat bardzo lubię. Fajna pozycja. Po niej jeszcze jedna ballada w secie, Back Again. Po raz kolejny nie jest to jakieś dzieło sztuki, chociaż podoba mi się bardziej od poprzedniczki. Nie będę się nad nią rozwodził, po prostu ballada, jakich były już tysiące. Bastards Of Rock & Roll szpecą "na dzień dobry" te na siłę wprowadzone naiwne chórki i robią to na tyle skutecznie, że dalszej części utworu słucha się z pewnym takim uprzedzeniem. W sumie poza jednym z riffów nie znajduję tu zbyt wiele dla siebie, ale posłuchajcie sami, wszak każdy ma inny gust. Album zamyka tytułowe Sultans Of Sin. Wolny, ciężkawy rocker z dość interesującym refrenem. Zastanawiam się, dlaczego akurat jego wybrano na nazwę całego krążka - kilka numerów z jego początku pod względem muzycznym wydaje mi się być lepszym wyborem, a tytuły zawsze przecież można było pozmieniać. Co do samego nagrania, jest całkiem niezłe.
Dziesięć utworów to nieco mało jak na dzisiejsze standardy, ale powinno wystarczyć. Sultans Of Sin to głównie pozycja dla sympatyków grania spod znaku Crazy Lixx, Crashdïet, Steel Panther, King Lizard, Chrisa Laneya, Eclipse, słowem wiadomo o co chodzi. Melodyjny i zarazem ostry hard rock. Trochę już czasu minęło wprawdzie od momentu, jak słuchałem poprzedniego krążka Dynazty, ale jak na chwilę obecną Sultans Of Sin wydaje mi się być ciut lepsze. Płytę polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.dynazty.com