
Kee Marcello - Redux: Europe
Wydawca: GPM Management / 7us Media Group / Sound Pollution
Rok wydania: 2011
- Redux: Europe
- Superstitious
- Seventh Sign
- Let The Good Times Rock
- Girl From Lebanon
- The Final Countdown
- We Go Rocking (Slight Return)
- Carrie
- Hammers Heart
- Bumble Kee
- Here Comes The Night
- Halfway To Heaven
- More Than Meets The Eye
- Mind In The Gutter (featuring Hanna Marcello)
- Open Your Heart
- Rock The Night
Skład: Kee Marcello - gitary, śpiew, chórki, instrumenty klawiszowe; Ken Sandin - gitara basowa, instrumenty perkusyjne, chórki; Jonny Scaramanga - gitary rytmiczne; Tim Moore - instrumenty klawiszowe; Zoltan Csörsz - perkusja; Hanna Marcello - śpiew w [14]
Produkcja: Kee Marcello
Muzyk ukrywający się pod pseudonimem Kee Marcello powinien być dobrze znany fanom melodyjnego hard rocka. Jak by nie było, to on wstąpił w buty Johna Noruma, gdy gitarzysta ten zdecydował się opuścić szeregi zespołu Europe. Z ekipą Tempesta Kee zarejestrował dwa albumy studyjne i przy okazji zagrał wiele koncertów w różnych zakątkach świata, ale nie był to przecież koniec jego aktywności.
Zanim Marcello trafił do Europe, grał wcześniej w kilku zespołach, z których najbardziej znanym było glamowe Easy Action. Drogę do Europe utorował mu właściwie sam Joey Tempest, bowiem obaj panowie współpracowali już wcześniej przy produkcji singla Give A Helpin' Hand na potrzeby charytatywnego projektu Swedish Metal Aid. Z Tempestem i resztą chłopaków Kee grał i koncertował aż do 1992 r., kiedy to formacja postanowiła zrobić sobie dłuższą przerwę (bardzo długą, jak się potem okazało). Po ponad dekadzie grupa zreformowała się ponownie, jednak już bez Marcello w składzie. Był to jego świadomy wybór, gdyż planował podążać muzycznie i twórczo w zupełnie innym kierunku. Po odejściu z Europe muzyk był wciąż aktywny, nagrywał choćby z Red Fun, a także powracającym na scenę Easy Action, nie wspominając już o projekcie Kee Marcello K2, który zresztą niektórzy fani i krytycy i tak uważają za solowe dzieło gitarzysty. Poza tym spod palców twórcy wyszły jeszcze dwie solowe płyty sygnowane jego nazwiskiem, z czego najnowsza pochodzi z listopada 2011 r. (w listopadzie wydana została w rodzinnej Szwecji, natomiast oficjalna światowa premiera to styczeń roku 2012). Nie wiem jak to się stało, że przed wydaniem krążka w ogóle nie wiedziałem, iż Kee nad nim pracuje, choć staram się śledzić informacje ze sceny hard rockowej na bieżąco. Na ślad Redux: Europe natrafiłem przypadkowo, gdy zobaczyłem teledysk do jednego z utworów w serwisie YouTube i postanowiłem się zapoznać z resztą materiału bez zbędnych obaw i bez nadmiernych oczekiwań. No, dobra, przyznaję, obawy jednak były, bo nagrania projektu Kee Marcello K2 jakoś nie trafiły mi wcześniej do gustu, a i singlowy teledysk poza przyzwoitą solówką też mnie nie oczarował. Do tego jeszcze te informacje, z których wynikało, że do zarejestrowania płyty z przeróbkami ścieżek Europe i Easy Action nakłonił muzyka jego manager... Po raptem kilku przesłuchaniach album błyskawicznie polubiłem. Kilka numerów jest co najmniej równie dobrych co oryginały, choć z pewnością są inne. Od zgrabnego, aczkolwiek krótkiego intro rozpoczyna się tytułowe Redux: Europe. Podobno piosenkę skomponowano już dawno z okazji uczczenia powstania Unii Europejskiej, ale po przeróbkach puszczono w świat dopiero teraz (pierwotne plany przewidywały aranżację z orkiestrą symfoniczną i jednym ze znanych tenorów). Na marginesie, to ten wspomniany singiel, który wywołał u mnie względnie mieszane uczucia. Brzmienie całości nieco nowoczesne, ale z drugiej strony podobne miewał i kultowy Gotthard na nowszych wydawnictwach, więc jest raczej bez niespodzianek. Solówka bardzo fajna, czuć w niej ducha starego, dobrego Kee z dawnych czasów. Dalej bardzo brawurowe, a jednak udane, wykonanie słynnego przeboju Superstitious. Wszyscy wiemy, jak ta ścieżka brzmiała w oryginale i tutaj możemy się zdziwić. Pierwotna wersja była bardzo wygładzona, delikatna, niemal krystaliczna, a tutaj jest przede wszystkim ostrzej i zdecydowanie bardziej brudno. Kawałek nabrał pazura i z zadowoleniem stwierdzam, że podobają mi się obie jego wersje (genialnie zaaranżowano końcówkę, coś niemal jak reggae!). Dodam jeszcze, że Marcello dobrze spisuje się tu i za mikrofonem. Kolejne punkty gitarzysta zdobywa dzięki kapitalnej wersji Seventh Sign, mimo iż wyczuwam pewne niedomagania w refrenie. Za to solówki wypadają tu mocarnie, a zwrotki bardzo drapieżnie i bardzo dobrze, tak właśnie ma być! Mógłbym tego słuchać bez końca... Zaskakuje nowa wersja Let The Good Times Rock. Tu i ówdzie mamy wiele podobieństw do oryginału, ale i wiele różnic. Podstawowa to chyba taka, że tutaj da się wyczuć więcej bluesa. Już za sam fakt, że Kee zdecydował się na zagranie Girl From Lebanon, ma on u mnie wielkiego plusa, bo uwielbiam to nagranie, a nawet Europe jakoś unika grania go na koncertach. A tu proszę, mamy kolejną wersję od pana Marcello i to w dodatku równie fenomenalną jak pierwotna, choć oczywiście nie identyczną. Za sitkiem także Kee radzi sobie bardzo dobrze i w zasadzie nie można mieć tu żadnych zastrzeżeń. Zwrócę jeszcze uwagę na solówkę, gdyż słychać, że gitarzysta bez problemu potrafi zagrać wszystko tak samo technicznie, jak za swych najlepszych czasów. Wiedziałem, że wcześniej czy później gdzieś nastąpi potknięcie i wyobraźcie sobie, że niestety nastąpiło w The Final Countdown. Linie wokalne zostały położone po całości, melodie przerobiono również na niekorzyść nowej aranżacji i zniesmaczony tym faktem, aż pełen obaw czekałem na solówkę. To solo jest dla mnie jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek zagrano, więc traktuję oryginał niemal jak świętość. Wioślarz pozmieniał jednak znacznie spore jego fragmenty i momentami wyszło to tak nieco, hmmm, malmsteenowo. Niepotrzebnie. By oddać muzykowi sprawiedliwość, ta wersja solówki też jest niczego sobie, po prostu wiem, że Marcello potrafi wszystko zagrać nuta w nutę (grał bowiem tak wiele razy) i że jak coś pozmieniał, zrobił to celowo. Dla odmiany nadszedł czas na przeróbkę czegoś z repertuaru Easy Action i oto mamy We Go Rocking (Slight Return). Oryginał był bardzo rozrywkowy, glamowy, wesoły, tutaj brzmi to wszystko bardziej hard rockowo, jakby poważniej, ale również nadzwyczaj przyzwoicie. Podobają mi się oba wykonania, z pewną przewagą wersji pierwotnej. Carrie, cóż, jakoś nigdy nie przepadałem za tą balladą. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze ją pokocham, ale muszę przyznać, że nowa wersja Marcello odpowiada mi bardziej. Może to przez mniejszą ilość klawiszy i przez lepsze aranżacje gitar, kto wie... Tak czy inaczej, zdecydowanie Kee poradził sobie z tematem lepiej. Kompozycję Hammers Heart muzyk napisał dla uczenia pamięci Gary'ego Moore'a. Jak nie trudno się domyślić, będą tu pobrzmiewać echa takich bluesów jak Parisienne Walkways czy Lonera. Gitarzysta pokazuje się od swojej bardziej emocjonalnej strony i wychodzi mu to świetnie. Można się wzruszyć. Bumble Kee, a jakże, to przeróbka sławnego "Lotu Trzmiela" Rimskiego-Korsakowa. Ot, taki żart, choć nie nowy, bo przecież Marcello grał to już na koncertach Europe. Potraktujmy rzecz jako zgrabny popis niekwestionowanych umiejętności technicznych mistrza gitary. Here Comes The Night było pierwotnie odrzutem z sesji nagraniowej do płyty Prisoners In Paradise. Nikt chyba nie wie, dlaczego go odrzucono, zaryzykuję twierdzenie, że to pewnie przez te banalnie brzmiące chórki ;). Wersja zaprezentowana przez bohatera niniejszej recenzji podoba mi się bardziej od pierwotnej, może dlatego, że tutaj uniknięto wpadki z chórkami. Wokalnie jakoś głos Kee kojarzy mi się trochę ze śpiewakiem z Aerosmith... Halfway To Heaven zawsze wypada świetnie, tak jest i tym razem. Wiele razy odsłuchiwałem ten numer, by przyczepić się do czegoś na siłę, ale nie zdołałem, wybaczcie. Fajny kawałek i basta. Już tak wyrozumiały nie mogę być dla kolejnego w secie More Than Meets The Eye. Wprawdzie gitarowo i aranżacyjnie rzecz się ma nader przyzwoicie (solówka jak zwykle boska), ale wokalnie niestety Marcello został za Tempestem tym razem w tyle. No, trudno, cóż na to poradzić. W Mind In The Gutter pojawił się za mikrofonem ktoś z rodziny muzyka i... wybaczcie, strasznie ta prezencja kłuje moje uszy. Fakt ten boli tym bardziej, że sama ścieżka w tle jest odegrana nadzwyczaj poprawnie i ma swoje przyciągające ucho momenty. Tylko ten amatorski głos... Jeszcze raz wybaczcie... Przed finiszem wydawnictwa Kee i jego ekipa dobrze poradził sobie z klasykiem Open Your Heart. To już któraś tam z kolei wersja tego numeru, którą słyszę i za każdym razem mi się to podoba. To musi być jakiś ponadczasowy kawałek, mimo iż nie hołubią go jakoś w stacjach radiowych. Zanim zapadnie kurtyna, trzeba będzie się zmierzyć z Rock The Night, numerem bardzo trudnym do zagrania ze względu na różne karkołomne gitarowe harce. Pamiętam, że nawet John Norum, jak by nie było sprawca tego zamieszania, nie grał wszystkiego dokładnie na koncertach i sporo pomijał. Marcello postąpił podobnie i wymienił tu w zasadzie całkowicie wszystkie solówki. To straszne, ale nie usłyszymy owych fenomenalnych flażoletów wyciąganych w górę wajchą, niestety. A to była największa frajda właśnie - słuchanie tych popisów. Śpiew też jakoś podejrzanie słabo wyszedł w tym kawałku, co jest o tyle dziwne, że przecież Kee poradził sobie na tej płycie z dużo trudniejszymi wokalnie kompozycjami.
Mimo różnych zastrzeżeń tu i ówdzie, muszę jednak słuchaczom polecić ten album, gdyż zasługuje on na ocenę bliską ośmiu punktom, a z pewnością na solidne siedem i pół. Wpadek niewiele, za to dużo pozytywnie zaskakujących niespodzianek. Brzmienie z jednej strony nieco nowoczesne, z drugiej dość podobne do czasów Prisoners In Paradise. Kee Marcello najwyraźniej w wysokiej formie, może by tak więc nagrał coś premierowego na podobnym poziomie, a nikt nie poczuje krzywdy. Na marginesie, fanom Europe płytę polecam bezwzględnie.
Oficjalna strona artysty: www.keemarcello.com