Uriah Heep - Wonderworld

Uriah Heep - Wonderworld

Wydawca: Bronze Records / Sanctuary / Castle Music / BMG Japan / Roadrunner / Warner Bros
Rok wydania: 1974

  1. Wonderworld
  2. Suicidal Man
  3. The Shadows And The Wind
  4. So Tired
  5. The Easy Road
  6. Something Or Nothing
  7. I Won't Mind
  8. We Got We
  9. Dreams
  10. What Can I Do (single b-side) [tylko na remasterze]
  11. Love, Hate And Fear (out-take) [tylko na remasterze]
  12. Stone's Throw (out-take) [tylko na remasterze]
  13. Dreams (extended version) [tylko na remasterze]
  14. I Won't Mind (live version) [tylko na remasterze]
  15. So Tired (live version) [tylko na remasterze]
  16. Easy Road (previously unreleased, live version) [tylko w edycji z Castle Music]

Skład: David Byron - śpiew; Ken Hensley - organy, gitary, chórki; Mick Box - gitara prowadząca; Gary Thain - gitara basowa; Lee Kerslake - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Gerry Bron

Po czterech dobrych płytach dwa kolejne wydawnictwa Uriah Heep pokazywały grupę w słabszej formie. Również podczas komponowania materiału na Wonderworld brakowało temu legendarnemu zespołowi inspiracji, zwłaszcza duetowi Byron-Box, ale wsparł ich dwoma kompozycjami Hensley. Całościowo album wydaje mi się lepszy od Sweet Freedom, choć to, jak to zwykle bywa, odczucie subiektywne.

Płytę nagrywano w Monachium, podobno ze względów podatkowych. Był to ostatni album z basistą Garym Thainem w składzie - muzyk ten uzależniony był od narkotyków, nie był w stanie wykonywać na odpowiednim poziomie swoich partii i na początku 1975 r. został z grupy wydalony. Udało mu się przeżyć porażenie prądem, jednak zmarł w grudniu tego samego roku z przedawkowania heroiny. Zajmijmy się muzyką. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to jakby lepsze brzmienie krążka w porównaniu z poprzednikami, chociaż od razu muszę wyjawić, że nigdy nie słyszałem tej płyty na którymś ze starszych wydań, więc nie wiem, jak to z brzmieniem tam było. Edycja, która wpadła mi w ręce, to japoński remaster z kilkoma utworami bonusowymi i tutaj na ton dzieła naprawdę narzekać nie można. Już tytułowe nagranie Wonderworld pokazuje, że formacja stawia tym razem na większą ilość melodyki niż na dwóch wcześniejszych albumach. Jest to kompozycja dostarczona przez Hensleya, która miała się pierwotnie znaleźć na jego drugim dziele solowym. Dość typowa dla Uriah Heep, liryczna i nastrojowa ballada, gdzie sporą rolę odgrywają organy samego Kena, aczkolwiek w budowaniu nastroju niemały udział ma też i wokalista. W warstwie tekstowej nawiązania do krainy snu, z której Hensley czerpał swoje inspiracje. Całościowo jedna z najlepszych piosenek w tutejszym zestawie. Początek Suicidal Man jest bardzo tajemniczy i niemal heavy metalowy. Dalej trochę grania a'la Led Zeppelin, z tym że linie wokalne już z zupełnie innej bajki. Numer prze do przodu jak lokomotywa i może się podobać, choć to z pewnością nie jest szczyt możliwości kompozytorskich znanych Brytyjczyków. Tekstowo być może mowa o samym Byronie, który w owym okresie nie stronił od alkoholu. The Shadows And The Wind cierpi na syndrom braku chwytliwej melodii, która pociągnęłaby jakoś nagranie do przodu. Grupa gra, jakby nie miała pomysłu (pewnie nie miała, skoro nawet w refrenach mamy śpiewanie typu "la la la la"), aranżacyjnie i strukturalnie poniżej możliwości tych muzyków. No cóż, przejdę do kolejnego kawałka, by nie znęcać się już nad tą wpadką. Lepiej jest w So Tired, mamy powrót do bardziej energetycznego hard rocka. Organy Hensleya i gitary Boxa tworzą ostrą ścianę dźwięku, doszukać można się podobieństw do Led Zeppelin, zupełnie jakby Uriah Heep chciało podążać tą samą ścieżką. Nawet wokalnie utwór prezentuje się w zbliżony sposób, poza refrenami, które brzmią bardziej "rozrywkowo" i na luzie. The Easy Road to drugie nagranie dostarczone przez Hensleya, tym razem zdominowane przez pianistyczne brzmienia klawiszy. Też nastrojowo jest to ballada, a David Byron śpiewa tu nieco musicalowo. Nie jest to mój ulubiony sposób śpiewania, nie będę się jednak krzywił i marudził, numer jest strawny, no i ma fajne aranżacje smyczków. Kolejne w secie Something Or Nothing posiada już ten rozpoznawalny styl Uriah Heep, czyli charakterystyczne tempo i mariaże organowo-gitarowe. Zaskakiwać może tylko wesoło brzmiąca partia wokalna Byrona, który chyba w ogóle w czasie nagrywania krążka musiał być w cholernie dobrym humorze. Piosenka dość skoczna i jak kto ma ochotę, może nawet do niej poskakać. W I Won't Mind ekipa przypomniała sobie, że potrafi wygrywać całkiem przyzwoite bluesy. Tutaj w uszy rzuca się zwłaszcza partia gitary, gdzie zastosowano technikę slide (albo coś do niej bardzo podobnego). Głos Davida też tym razem bardziej dopasowany do potrzeb kompozycji, co mnie cieszy. Jak dla mnie, jedna z lepszych pozycji na płycie. Z kolei w We Got We najbardziej wyróżnia się gitara basowa i jest to jedna z najlepszych i zarazem ostatnich aparencji Gary'ego Thaina. Niektóre fragmenty kompozycji brzmią trochę zbyt syntetycznie jak na mój gust, całościowo jednak jest to całkiem fajny numer. Dreams chyba nie zaskoczy fanów zespołu, ale z pewnością się im spodoba, bo mamy tu kilka patentów dobrze znanych z wcześniejszych wydawnictw, zwłaszcza dwóch pierwszych. Gratka dla miłośników brzmienia Hammondów, także tutejszy sposób śpiewania Byrona to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Kapitalny kawałek na zakończenie oficjalnej części krążka. Japończycy na remasterze dorzucili jeszcze kilka bonusów. What Can I Do to dość przyjemna piosenka z wesoło przygrywającymi klawiszami i wokalistą stającym na wysokości zadania. Wzięto ją z z drugiej strony jakiegoś singla i bardzo dobrze, bo ciężko by mi było wyobrazić sobie tę płytę bez owego kawałka (dlatego warto sięgnąć po niniejszy remaster). Dalej Love, Hate And Fear w niepublikowanej wcześniej wersji, może bez szczególnej rewelacji, za to z przejawiającymi się tu i ówdzie, dobrze znanymi ciągotami Byrona do śpiewania w stylu operowym. Kolejny bonus to Stone's Throw, odrzut z sesji nagraniowej, najprawdopodobniej odrzucony z powodu odmienności klimatycznej w stosunku do reszty materiału. Niemniej jednak jest to świetna piosenka, coś na nutę muzyki country, w swoim gatunku wręcz wyśmienita (jeszcze jeden powód, by sięgać po remastera!). Raz jeszcze fenomenalne Dreams, tyle że teraz w wydaniu wydłużonym o dodatkową minutę (łącznie ponad 7 minut); nie zaszkodzi posłuchać po raz kolejny. Na zakończenie jeszcze dwa utwory w wersjach koncertowych, których również nieźle się słucha, może dlatego, że jak na wykonanie na żywo mają bardzo klarowne i wyraźne brzmienie

Mimo drobnych wpadek i niedociągnięć płytę uważam za udaną. Warto sięgnąć po nią ze względu na kilka udanych kompozycji, że nie wspomnę o z głową dobranych bonusach, które nie są (jak to zwykle bywa) tylko zapchajdziurami. Ja traktuję je jako integralną część wydawnictwa i cieszy mnie, że się tutaj znalazły. Komu odpowiada bardziej melodyjna odsłona Uriah Heep niż na dwóch wcześniejszych krążkach, niech po album sięga śmiało.

Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com