
Uriah Heep - Sweet Freedom
Wydawca: Bronze Records / Warner Bros / Phantom Sound & Vision / Sanctuary / Castle Music / Earmark / Roadrunner / BMG Japan / Ziriguiboom Brasil
Rok wydania: 1973
- Dreamer
- Stealin'
- One Day
- Sweet Freedom
- If I Had The Time
- Seven Stars
- Circus
- Pilgrim
- Sunshine (outtake) [bonus w remasterze]
- Seven Stars (alternate version) [bonus w remasterze]
- Pilgrim (full version) [bonus w remasterze]
- If I Had The Time (demo) [bonus w remasterze]
- Sweet Freedom (live version) [bonus w remasterze]
- Stealin' (live version) [bonus w remasterze]
Skład: David Byron - śpiew; Ken Hensley - instrumenty klawiszowe, gitary, chórki; Mick Box - gitary; Gary Thain - gitara basowa; Lee Kerslake - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki
Produkcja: Gerry Bron
The Magician's Birthday z jednej strony zwiastowało spadek formy Uriah Heep, jeśli chodzi o ilość hitów, z drugiej dała się zauważyć tendencja ku dźwiękom progresywnym. Kolejny krążek Brytyjczyków zarazem kontynuuje brzmienie poprzednika, ale i zawiera sporo cytatów nawiązujących do wczesnych nagrań grupy.
Szósty album w dyskografii Uriah Heep jest zarazem pierwszym, który w USA został wydany przez Warner Bros. Wydawnictwo wprawdzie dotarło do pierwszych pięćdziesiątek na listach sprzedaży, ale osiągnęło "dopiero" 33 miejsce w Stanach na liście Billboardu i 18 w Wielkiej Brytanii, ostatecznie uzyskując status złotej płyty. Zestaw utworów otwiera kompozycja Dreamer, dość żywiołowa, ale i hałaśliwa zarazem. Można przyjąć, że to pewnego rodzaju regres w twórczości kapeli. Zarazem rzuca się w uszy charakterystyczny sposób śpiewania Byrona, z tym że nie dla niego samego. Teraz linia melodyczna w kawałku dziwnie przypomina partie wokalne z purplowskiego Hush... Na pozycji drugiej mamy Stealin', najbardziej znany numer z tego krążka. Tu już spokojniej, bez zbędnego kombinowania i równocześnie wszystko zagrane w sposób bardziej typowy dla samego zespołu. Niby jest to niezłe i cieszące ucho fana UH, jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że panowie zaczynają "odgrzewać kotleta". One Day przywodzi na myśl czasy płyty Demons And Wizards, czyli okres niezbyt odległy od wydania niniejszego nagrania, wszak "Demons..." wyszło raptem rok wcześniej. Grupa wydawała albumy często i gęsto, jeden za drugim, po dwie tego samego roku i nic dziwnego, że następują między nimi pewne podobieństwa. Ale w tym wypadku owe podobieństwa nic a nic mi nie przeszkadzają, bo lubiłem akurat "Demons..." za jego specyficzny klimat. Przy okazji tytułowego Sweet Freedom powraca majestat i powaga (może to dzięki partiom organ), przy czym linie wokalne brzmią akurat jakoś tak radośniej. No i mamy chwilami zagrywki na basie, jakie dekadę później z powodzeniem rozpropaguje Iron Maiden. W sumie, gdyby ktoś pytał o wskazanie któregoś z typowych kawałków Uriah Heep, to można by mu zapodać właśnie ten numer. Dalej też dość wolno, niemal balladowo w If I Had The Time. Daje się wyczuć skłonność Byrona do układania patetycznych melodii względem możliwości swego gardła, ale to przecież też dla fanów zespołu nie nowość. Trochę usypiające nagranie, więc proponuje nie słuchać go, gdy za oknem jest pochmurno, no chyba że po mocniejszej "małej czarnej". Końcówka ścieżki brzmi, jakby była odegrana na gitarze hawajskiej. Seven Stars rozpoczyna się od kosmicznego dźwięku rodem ze Star Treka, lecz dalej przeradza się w szybszą kompozycję. Dobrze, że akurat tak, bo rozbudzą się ci, którzy przed chwilą zaczynali przysypiać. Cóż, nie jest to jakieś wiekopomne dzieło, sama kapela miała w swym repertuarze dużo lepszych, niemniej jednak utwór jest łatwo strawny i szybko wpada w ucho. Wokalista śpiewa w refrenach tak, że powinno się to spodobać miłośnikom power metalu. Z kolei w bardzo niemetalowe rejony zapuszczają się muzycy przy okazji Circus. Delikatnie, subtelnie, bez jakichś ostrzejszych momentów i w ogóle całe aranżacje opierają się na gitarach akustycznych. Nagranie takie trochę relaksujące, ale jakoś zarazem nie mogę strawić tu głosu Byrona. Jest aranżowany tak, jakby jakiś facet cały dzień wrzeszczący na podwładnych w biurze wrócił teraz do domu i na wieczór nucił córeczce kołysanki. W Pilgrim grupa gra już niemal jak na moje zamówienie, typowe Uriah. Gardłowy się nie wygłupia i robi co do niego należy, we właściwym sobie stylu. Klimat fantastyczno-bardowski. Do tego jeszcze wyczuwam tu u wioślarza "kaczuszkę". Może tutejsze nie robi już takiego wrażenia jak przy pierwszych krążkach Brytyjczyków, ale nadal rajcownie jest coś takiego usłyszeć. Remasterowana wersja płyty uzbrojona została solidnie w utwory bonusowe. Sunshine było jednym z odrzutów podczas sesji nagraniowej (ale znalazło się na stronie B singla Stealin') i chyba można się domyślać, dlaczego nie weszło do oryginalnego wydania - po prostu jest zbyt generyczne jak na możliwości zespołu. Jestem niemal pewien, że muzycy dużo przy tym kawałku nie kombinowali i powstał on na jakimś jam session. Co zresztą nie oznacza, że jest jakiś cienki, a zwyczajnie słabszy od reszty. Alternatywna wersja Seven Stars podoba mi się natomiast bardziej niż ta z oryginalnej edycji. Inaczej chodzi tu perkusja (słyszalne jest to zwłaszcza przy uderzeniach w talerze), przez to numer dostaje dodatkowego "pałera". Ponadto wśród bonusów upchano pełne wykonanie utworu Pilgrim, które jest nieco dłuższe od tego zwykłego z albumu, plus dwa nagrania koncertowe oraz wersję demo kawałka If I Had The Time. Ten ostatni jest całkiem niezły, ma ciekawą, pianistyczną aranżację klawiszy, a wokalista śpiewa tu łagodnie, ale z wyczuciem.
Wydawnictwo tradycyjnie już trzyma klasę, chociaż w moim mniemaniu jest to krążek słabszy od pierwszych czterech. Na moją ocenę wpływa głównie fakt, że brakuje na płycie zapamiętywalnych hitów, a jego najlepsze momenty wypływają z powtórek pomysłów, jakie już słyszeliśmy na poprzednikach. Mimo to płytę polecam, a dla fanów Uriah Heep jest to jeszcze jedna pozycja musowa.
Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com