
Ugly Kid Joe - America's Least Wanted
Wydawca: Mercury / Fontana Island / PolyGram
Rok wydania: 1990
- Neighbor
- Goddamn Devil
- Come Tomorrow
- Panhandlin' Prince
- Busy Bee
- Don't Go
- So Damn Cool
- Same Side
- Cats in the Cradle
- I'll Keep Tryin'
- Everything About You
- Madman"
- Mr. Recordman
Skład: Whitfield Crane - śpiew; Klaus Eichstadt - gitary, śpiew, chórki; Dave Fortman - gitary, śpiew, chórki; Cordell Crockett - gitara basowa, śpiew, chórki; Mikael Bohnke - instrumenty klawiszowe, organy Hammonda, chórki; Mark Davis - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Jennifer Barry - chórki; Rob Halford - chórki w [2]; Carrie Hamilton - pianino w [11]; Stephen Perkins - instrumenty perkusyjne; Dean Pleasants - gitara rytmiczna w [8]; Julia Sweeney - dodatkowy śpiew w [2, 11]
Produkcja: Ugly KId Joe, Mark Dodson, Michael Dodson i Ryan Dorn
Ugly Kid Joe to zespół pochodzący z kalifornijskiego Isla Vista, który w swoim graniu próbował połączyć dość popularne stylistyki z początku lat '90. Tym sposobem na debiutanckiej płycie America's Least Wanted (debiut poprzedzony był wydaniem EP-ki) usłyszeć można wpływy hard rocka, funka i thrash metalu, przy czym powiązania grupy z hair metalem wydają się być raczej luźne. Sama nazwa kapeli to zresztą gra słów mająca nawiązywać do innego znanego bandu - Pretty Boy Floyd.
Kida nie można brać zbyt poważnie, co jest właściwie wiadome już wtedy, gdy zerknie się, jak wyglądały okładki płyt zespołu, a już tym bardziej, gdy słyszy się teksty utworów. Co do okładki debiutanckiego krążka warto wspomnieć, że miała ona problemy z cenzurą. Pierwotny projekt graficzny ukazywał dzieciaka związanego i z kulą u nogi oraz mającego zakneblowane usta. W połączeniu z tytułem albumu, gdzie występowało magiczne słowo "America", pewnego rodzaju symbol demokracji (przynajmniej propagandowy symbol), mogło się wydawać to zbyt ostrą prowokacją (wyrażenie "Najmniej pożądany w USA"). Tak czy inaczej, projekt zmieniono na inny, bardziej żartobliwy i mniej podpadający cenzurze - dzieciak udaje Statuę Wolności i wymownie pokazuje palec wykonując tzw. włoski salut. Ale zostawmy okładkę i cenzurę, a zajmijmy się zawartością muzyczną płyty. Promowane teledyskiem Neighbour rozpoczyna wydawnictwo dość ciężkimi rytmami. Jest to coś spomiędzy thrashu i hard rocka, dwóch ginących gatunków, które już dwa lata później zostaną niemal całkowicie wyparte przez grunge. Głos wokalisty jest jakąś wypadkową między Mustainem z Megadeth a Drew Hannah z Wildside, w mniejszym stopniu także sięgającą w stronę innych gardłowych, wszystko zależy od tego, jak w danym momencie zaśpiewał Crane. Całkiem niezły numer, choć w podobnym okresie powstawało wiele ciekawszych. Goddamn Devil mógłby znaleźć się na debiucie wspomnianego wcześniej Wildside i bardziej trafia w mój gust. Gościnnie chórki ubarwia tu ikona heavy metalu, Rob Halford we własnej osobie, który odpowiada za najwyższe rejestry. Ten kawałek powinien spodobać się ortodoksyjnym fanom hard rocka i heavy metalu, jest on zresztą jedną z najlepszych pozycji na krążku. W innym kierunku zespół podąża w Come Tomorrow. Tutaj jakby bardziej bluesowo z domieszką funku, kojarzyć się to może z muzyka klubową z Chicago, choć momentami linie wokalne wypadają dość mocno. Ot, taki kontrast. Bluesowy hard rock w cięższym wykonaniu plus flażolety rodem z Sacred Reich, to patent na następny numer - Panhandlin' Prince. Początek utworu jest dość obiecujący, niestety dalej raczej rozczarowanie z powodu niespełnienia tej obietnicy. Sytuację ratuje interesujący riff tuż przed solówką, jak i samo solo. Chłopaki mieli kilka dobrych pomysłów, chociaż nie za bardzo wiedzieli, jak je wykorzystać. Busy Bee to jeszcze inna bajka, pierwsza prawdziwa ballada w zestawie. Wypada znacznie lepiej od poprzednika, jest bardziej przyjazna radiu i aż dziwne, że do rozgłośni radiowych nie trafiła. Niewątpliwie jedna z piosenek, która może służyć jako zachęta do zapoznania się z tym wydawnictwem. Ukłon w stronę tych, którym hard rocka było mało, czyli Don't Go. Brzmi to trochę jak niektóre numery z dwójki Firehouse, nawet wokalnie blisko tu do głosu Snare'a. Wydaje mi się, że obaj panowie w podobnym czasie musieli znajdować się pod przemożnym wpływem T-Rex. Czyżby zespoły jednocześnie inspirowały się Tyranozaurem w momencie, kiedy nie był on masowo emitowany w mass mediach? So Damn Cool to z kolei wypisz wymaluj nawiązania do tego, co kilka lat wcześniej wygrywał Zakk Wylde na solowych płytach Ozzy'ego. Ten sam typ komponowania riffów, podobna ciężkość, zbliżone tempa. Muzycy najwyraźniej szukali inspiracji, gdzie tylko się dało. Potwierdza to kolejne Same Side, najeżone mocno funkiem. Niemalże czyste brzmienie gitar zostało podbite użyciem pedału Wah-Wah, linie wokalne upodobniono natomiast do tego, co nie raz leciało w podkładach różnych programów rozrywkowych. Jeśli o mieszanie rocka z funkiem chodzi, to zdecydowanie wolę dokonania Extreme, ten wybryk chłopaków toleruję tylko warunkowo. Na szczęście zaraz po nim następuje powszechnie znana balladka Cats In The Cradle, rewelacyjnie wykonany cover kompozycji Harry'ego Chapina. Fajnie jest coś takiego usłyszeć, numer wyróżnia się z tłumu, przyciąga uwagę i po prostu cieszy ucho. Wystarczy posłuchać go kilka razy, by już przy kolejnym złapać się na wyśpiewywaniu tekstu razem z wokalistą. Coś pięknego. Dalej mamy I'll Keep Tryin', kawałek mieszany stylistycznie. Z jednej strony nie trudno dosłyszeć się w tym hard rockowych riffów jeszcze z czasów Black Sabbath, do tego dochodzą momenty rock'n'rollowe i delikatne na szczęście zapożyczenia z brooklyńskiego hard core (gatunek ten zdobędzie popularność kilka lat później). Da się słuchać, choć na krążku znaleźć można wiele lepszych kompozycji. Teraz chyba najbardziej znany kawałek z repertuaru Kida - Everything About You. Teledysk do niego bardzo często gościł na łamach MTV i to w dodatku w godzinach dziennych, czyli z punktu widzenia przeciętnego człowieka całkiem przyzwoitych. Dzięki temu z utworem zapoznali się nie tylko fani gatunku, ale także przypadkowi słuchacze. Przy odrobinie szczęścia nadal można usłyszeć go w radiu, choć już nie tak często jak ponad dekadę temu. Melodie brzmią tu wesoło, teledysk jest słoneczny, jeśli ktoś szuka prostej rozrywki, to właśnie ja znalazł. Przyznam się nieśmiało, że ilekroć słucham tego albumu, zawsze czekam, aż nadejdzie ten kawałek. Siła reklamy ;). Przed finiszem jeszcze jedna dawka mieszaniny rocka z funkiem, tym razem bardziej udana. Madman jest remiksem piosenki, która znalazła się rok wcześniej na EP-ce przygotowanej przez zespół. Niestety nie pamiętam, jak to brzmiało tamże, bo mając świadomość, że ten sam kawałek mam tutaj, jakoś niezbyt chętnie sięgałem po wspomnianą EP-kę. Ostatni w zestawie jest Mr. Recordman, bardzo nietypowe dzieło jak na repertuar grupy. Ballada "ogniskowa", całkowicie akustyczna, z liniami wokalnymi bardzo dalece odbiegającymi od reszty piosenek. Gdybym nie wiedział, że pochodzi ona z tego samego albumu, pomyślałbym, że gra ktoś inny. Tak czy inaczej, słucha się tego całkiem dobrze.
Płyta może nie wybitna, ale przynajmniej mocno zróżnicowana, więc nie nuży. Warto się w nią zaopatrzyć choćby ze względu na kilka numerów oraz na fakt, że jest to jedno z ostatnich wydawnictw związanych jakoś ze stylistyką gry popularną w latach '80 (zespół powstał pod koniec tychże), które zdobyło jeszcze jako taką popularność (Everything About You dotarła do 3 miejsca na liście sprzedaży singli). Warto posłuchać choćby po to, by zapoznać się z pewnymi trendami muzycznymi panującymi na początku lat '90 i porównać to sobie z tym, co było wcześniej i z tym, co było później. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/uglykidjoetheband