
Def Leppard - Songs From The Sparkle Lounge
Wydawca: Mercury / Universal / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 2008
- Go
- Nine Lives
- C'mon C'mon
- Love
- Tomorrow
- Cruise Control
- Hallucinate
- Only The Good Die Young
- Bad Actress
- Come Undone
- Gotta Let It Go
- Love (Piano Version) [UK & Japanese Bonus Track]
- Nine Lives (Def Leppard Version) [Japanese Bonus Track]
Skład: Joe Elliott - śpiew; Phil Collen - gitary, chórki; Rick Allen - perkusja i instrumenty perkusyjne; Rick Savage - gitara basowa, chórki; Vivian Campbell - gitary, chórki
Gościnnie: Tim McGraw - śpiew w [2]
Produkcja: Def Leppard i Ronan McHugh
Nie ukrywam, ostatnie kilka płyt Def Leppard uważałem za raczej słabe pozycje w dyskografii tej legendarnej już brytyjskiej grupy. Kiedy pojawiło się jej najnowsze dziecko o tytule Songs From The Sparkle Lounge postanowiłem zapoznać się z nim niejako z urzędu, by sprawdzić, czy jeszcze chłopaki wyjdą z muzycznego impasu. Muszę przyznać, że jestem dość miło zaskoczony tym, co usłyszałem, bo pomimo nowoczesnych eksperymentów muzycy przemycili tu nieco klasycznego Lepparda, a chyba wszyscy fani kapeli na to właśnie czekali.
Na wstępie wita nas utwór o skromnym tytule Go. Mocny początek kojarzący się z jakimiś bliskowschodnimi melodiami, dalej powiew nowoczesności w sposobie śpiewania Elliotta i w podkładach, aczkolwiek da się wyczuć wpływy z czasów, gdy kapela była u szczytu swej kariery. Taka miła niespodzianka. Uwagę przykuwa całkiem niezłe solo, może niezbyt leppardowskie, ale przynajmniej melodyjne i składne. Powtórzę jeszcze raz - naprawdę miła niespodzianka! Kolejny kawałek poznałem jako pierwszy, gdyż nakręcony do niego teledysk promował cały krążek. Nine Lives zaskoczy trochę brzmieniem, bo nawiązuje do lat '70, czyli czasów hard rocka w jego klasycznej postaci. W jednym z wywiadów członkowie zespołu wyjawili, że ich zamysłem było uzyskanie brzmienia wczesnego AC/DC i tego, co słychać było w utworze Rock'n'Roll Led Zeppelin i faktycznie jest do tego blisko. Oczywiście Leppardzi dodali do tego riffy charakterystyczne dla swej grupy, z czego wyszła dość interesująca mieszanka. Jakże miło po tych wszystkich latach królowania smutku i dysharmonii usłyszeć coś tak melodyjnego. Po takiej porcji solidnego grania nadchodzi rozczarowujące C'mon C'mon. Muzycy postanowili zaserwować modną papkę składającą się z typowego amerykańskiego modern rocka (coś jak ostatnie Bon Jovi) z popem, może nawet trochę glam rocka z lat '70. Wyszedł z tego taki muzyczny dziwoląg, którego wprawdzie słuchać się da, ale pod względem artystycznym nie jest to muzyka górnolotna. Wiem, że tych panów stać naprawdę na wiele więcej i szkoda, że się nie postarali. No dobra, posłuchajmy co tam przyszykowali dalej. Love to akustyczna ballada, całkiem przyzwoita, momentami trochę queenowata (te chórki), choć jak wspomnę sobie czasy Love Bites, to jednak dochodzę do wniosku, że oba kawałki dzieli przepaść. Ciekawie zaaranżowano solówkę, ponownie kojarzy się ona z dokonaniami Queen i jest to jeden z najlepszych momentów zarówno numeru, jak i samej płyty. Słucham zwrotek Tomorrow i myślę sobie, co to do cholery jest. Znowu chłopaki dali się wciągnąć w zagrywki w stylu ostatniego Bon Jovi, co psuje nieco dobre wrażenie, jakie odniosłem na początku krążka. Całość ratuje całkiem niezły refren, partie basu i melodyjne gitarowe solo, chociaż te wycia w środku numeru też chłopaki mogli sobie podarować. Nie przekonało mnie też zbytnio przy pierwszym przesłuchaniu Cruise Control, które przywołuje na myśl te wszystkie utwory z amerykańskich filmów ostatniego dziesięciolecia, coś jakby muzyka alternatywna, tyle że tutaj zagrana w nieco bardziej radosny sposób. Piosenka krótka, nieco ponad trzy minuty, więc dość szybko minęła, musiałem więc zapuścić ją po raz kolejny, a potem, o dziwo, raz jeszcze. Spodobała mi się wreszcie, ma swój klimat, tylko trzeba do niej podejść bez uprzedzeń. Teraz coś dla starych fanów - Hallucinate. Zespół próbuje w tym miejscu retrospektywnie zapuścić się w czasy Pyromanii, tak przynajmniej brzmią gitary i chwilami perkusja, chociaż refren niestety muzycy skopali i znów zapędzili się w te modern rockowe manowce. Zapewne chcieli dobrze, ale w ostatecznym rozrachunku uważam ten numer raczej za zapychacz. Only The Good Die Young jest, nie bójmy się użyć tego słowa, cienkie. Toż to jakiś brit pop. Odnoszę wrażenie, że nagrywając ten album Def Leppard z pobudek komercyjnych chciało zadowolić zbyt wielką rzeszę słuchaczy i nie wiem, czy aby przypadkiem nie przyniesie to zupełnie odwrotnego skutku do zamierzonego. Dalej dawka solidnego rock'n'rolla, bo rusza z kopyta Bad Actress. Jak się ktoś uprze, to doszuka się w tym Dylana i Presleya, ale oczywiście tutaj jest to zagrane z większym pazurem i w sumie dobrze. Jeśli mamy ochotę się pobujać, to jest ku temu dobra okazja. Pomimo swej prostoty chyba jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Przy finiszu zamieszczono Come Undone wzbudzające mieszane odczucia. Z jednej strony całkiem niezłe zwrotki, z drugiej raczej fatalny refren, gitary brzmią mętnie, perkusja z kolei niemrawo, solówka niby poprawna, choć słychać, że zarazem wymuszona. Brak w tym dynamiki, po prostu brak jaj. Ostatnie w zestawie Gotta Let It Go świetnie się zapowiadało, dopóki nie wszedł wokal. Jest to bardzo dobry przykład na to, jak ciekawy pomysł może zostać zabity, gdy zamiast poczekać na natchnienie próbuje się dokomponować resztę utworu na siłę. Całościowo numer niestety słaby, choć są pewne przebłyski z nadzieją na coś lepszego.
Album broni się i można go uznać za dobry, a już na pewno za lepszy od swoich co najmniej dwóch poprzedników. Połowa kompozycji bardzo dobra, część słabych, a część niewłaściwie zaaranżowanych. W bieżącym roku słyszałem już kilka lepszych płyt, więc z pewnością ta nie jest jakimś szczególnym rarytasem, ale jeśli się już człowiek zaopatrzy w pozycje niezbędne i zostanie mu trochę pieniędzy, może sięgnąć po ten krążek. Dla fanów kapeli pozycja właściwie obowiązkowa. Niech zakupią dzieło i pokażą tym samym Leppardom, że pomysł powrotu do korzeni to dobry pomysł.
Oficjalna strona zespołu: www.defleppard.com