
Ozzy Osbourne - The Ultimate Sin
Wydawca: Epic Records / CBS / Sony / CD Maximum
Rok wydania: 1986
- The Ultimate Sin
- Secret Loser
- Never Know Why
- Thank God For The Bomb
- Never
- Lightning Strikes
- Killer Of Giants
- Fool Like You
- Shot In The Dark
Skład: Ozzy Osbourne - śpiew; Jake E. Lee - gitary; Randy Castillo - perkusja; Phil Soussan - gitara basowa
Gościnnie: Mike Moran - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Ron Nevison
Czwarty studyjny album niesfornego Ozzy'ego to kolejna gratka dla fanów hard rocka. Mimo, że wydaje się on bardzo wygładzony brzmieniowo w stosunku do poprzednich wydawnictw, to jednak wciąż mamy do czynienia z solidną dawką hard rocka i nadal jest to typowy przedstawiciel tego gatunku, zarazem jeszcze jedna bardzo dobra pozycja w dyskografii Ozza. Poza samym Osbournem w składzie grupy ostał się tylko gitarzysta Jake E. Lee, z którym zresztą również Ozzy pożegna się w ciągu następnych dwóch lat.
Na tytułowy kawałek nie trzeba długo czekać, bo otwiera on wydawnictwo. The Ultimate Sin zaczyna się ostrymi gitarami i wytrwale się ich trzyma aż do końca. Pod tym względem łatwo wysłyszeć pewne podobieństwa do stylu, w jakim na No Rest For The Wicked grał później Zakk, więc i łatwo się domyślić, od kogo Wylde swój styl grania zapożyczył. Nawet po latach, a może szczególnie po latach, bardzo dobrze się tego słucha, dziś już mało kto tak gra, a wyśmienite kawałki leją się tu jeden za drugim. By nie być gołosłownym, ot takie Secret Loser trzyma fason najlepszych kompozycji Ratt z tego samego okresu. Podobna praca gitar i sekcji rytmicznej, nawet jak się uprzeć, to i w liniach wokalnych odnajdziemy wiele podobieństw między obydwoma formacjami. Uparcie będę się trzymał tezy, że odejście z Black Sabbath i rozpoczęcie solowej kariery było dla Ozzy'ego najlepszą rzeczą, jaka mogła mu (i fanom) się trafić. Muza prezentowana przez wokalistę na solowych krążkach jest o niebo lepsza i bardziej dojrzała od tego, co słyszeliśmy na płytach jego macierzystej grupy. Seria sprzężeń generowanych przez gitarę Jake'a zapowiada kolejny ostry numer, Never Know Why. Pasowałby on na poprzedni album, utrzymany jest bowiem w podobnej stylistyce, jaką mogliśmy tam znaleźć. W zasadzie to nie wiem, czemu ta płyta jest raczej niedoceniana przez recenzentów i krytyków, przecież jej zawartość jest naturalnym sekwelem "Warczenia do księżyca". Kawał dobrego hard rocka, żadnych zakrętów w kierunku AOR (no z jednym małym wyjątkiem, ale o tym później) ani ukłonów w stronę muzyki pop, brak komercjalizacji obecnej niemal na każdym wydawnictwie rockowym z tego okresu. Komu mało jeszcze ostrej jazdy, temu serwuje się kolejne Thank God For The Bomb. Tytuł nieco prowokacyjny, dalej zgodnie z zapowiedzią ostro, Lee przemyca tu kilka ciekawych gitarowych patentów, Ozzy śpiewa we właściwy sobie sposób, chociaż miewał lepsze momenty, ale i tak ogólnie jest dobrze. Never to porcja solidnego rock'n'rolla, bardzo nawiązującego do poprzedniego krążka, a nawet pewna zapowiedź kolejnego. Muszę przyznać, że Jake miał talent do wymyślania riffów wprawdzie niezbyt skomplikowanych, ale znakomicie brzmiących i, co chyba najważniejsze, pasujących przede wszystkim do głosu Osbourne'a. W tym kawałku na uwagę zasługuje jeszcze solówka, którą Lee zagrał nieco w stylu Lyncha z Dokken. Jest to doskonały przykład na to, jak kapele w tamtych czasach wzajemnie potrafiły się inspirować. Lightning Strikes to z kolei dobry przykład na to, że do niektórych płyt warto wrócić po latach. Kiedyś ten kawałek mnie się nie za bardzo podobał, wydawał prymitywny, a teraz trafia w mój gust i nogi aż się rwą do przytupywania w rytm utworu. Podoba mi się też sposób, w jaki prowadzona jest linia basu i jak współgra ona z perkusja. To trochę jak taki typowy Dokken, tyle że zagrany prawie dwa razy szybciej. Ballada, ale niezbyt typowa jak na ten gatunek muzyki to Killer Of Giants. Niestandardowa, bo sekwencje dźwięków kojarzą się bardziej z cięższymi gatunkami metalu jak thrash czy nawet death, choć oczywiście nadal pozostaje to balladą. W refrenie Ozzy śpiewa nieco jak w Mr. Crowley, nie jest to dokładnie to samo, ale mam na myśli samą stylistykę, czy też sposób artykulacji. W Fool Like You kolejny plus dla Jake'a, ten gitarzysta kombinuje, słychać, że szuka nowych rozwiązań, stara się zagrać inaczej niż dotąd. Bardzo podoba mi się wstęp do utworu, później może z mniejszym entuzjazmem, ale nadal poprawnie i składnie. Ostatnie w zestawie jest Shot In The Dark, bardzo udana kompozycja z pogranicza AORu i hard rocka. Jak słychać, Ozzy i jego ekipa dobrze spisują się i w takim repertuarze. W zasadzie jest to jeden z najlepszych numerów na tym krążku i nie wiem czemu zamieszczono go na samym końcu. Perełeczka.
Gdyby tak pokusić się o wykreślenie krzywej kariery Ozzmana, to ta płyta znajdowałaby się blisko apogeum świetności tego muzyka, blisko Bark At The Moon i No Rest For The Wicked, a za nimi linia opadałaby coraz bardziej w dół. Można polemizować, ile były warte późniejsze płyty Osbourne'a, ale moim zdaniem kilka pierwszych to absolutna klasyka gatunku i każdy nazywający się dumnie fanem hard rocka powinien te wydawnictwa znać. Jak najbardziej polecam ten album i sąsiednie.
Oficjalna strona wykonawcy: www.ozzy.com