Tony Mills - Vital Designs

Tony Mills - Vital Designs

Wydawca: Bonnier Amigo / Artist Interaction Music / Phantom Sound & Vision / Phoenix
Rok wydania: 2008

  1. A Vital Design
  2. Give Me A Reason
  3. A Conspiracy
  4. Say It One More Time
  5. Exclusion Zone
  6. Miles From Nowhere
  7. Neurotic
  8. Action
  9. Tears In Lisbon
  10. In For The Kill
  11. God Called My Name
  12. Sunniva
  13. Glory Days
  14. The Naked And The Dead [japoński bonus track]

Skład: Tony Mills - śpiew; Neil Hibbs - gitary; Joe Basketts- instrumenty klawiszowe; Eric Ragno - instrumenty klawiszowe; Morty Black - gitara basowa; Oddvar Krogstad - gitara basowa; Dag Stokke - instrumenty klawiszowe; Victor Borge - gitara basowa; Bob Richards - perkusja

Produkcja: Tony Mills

To już trzecie solowe wynurzenie Tony'ego Millsa, wokalisty najbardziej znanego z występów w szeregach Shy, TNT i Siam. Nie każdy wie, że Mills jest też bardzo rozchwytywanym głosem do robienia chórków, lista jego zasług na tym polu jest naprawdę bardzo długa. Znając dokonania Tony'ego w Shy jakoś nie bardzo mi się ich granie podobało, co do dwóch ostatnich płyt TNT, to mam mieszane odczucia, niby lubię, ale nie jest to tak łatwo strawne, jak bym chciał. Najbardziej trafiło do mnie Siam z muzyką podobną bliźniaczo do Queensrÿche i przyznam, że łatwość, z jaką Mills potrafił podrobić manierę wokalną Tate'a, powaliła mnie na kolana.

Vital Designs ku mej wielkiej uciesze bardzo przypomina pamiętne dzieło Siam Prayer, z tym że jest jakby bardziej melodyjne, radosne. Kolejnym plusem jest fakt, że album różni się z kolei stylistycznie od ostatnich krążków TNT, choć oczywiście pewnych podobieństw i tu nie dało się uniknąć, a to ze względu na barwę głosu Tony'ego. Dodatkowym bodźcem dla mnie do sięgnięcia po to wydawnictwo był fakt, że zarejestrowano je w studiach nagrań bliskich mojemu obecnemu miejscu pobytu - w Birmingham i Wolverhampton, bardzo mnie interesowało, ile z tych studiów można "wycisnąć". A Vital Design otwiera krążek z siłą dynamitu i pozwala odetchnąć z ulgą wszystkim tym, którzy mieli wielką nadzieję, że to nie będzie w stylistyce nowego TNT. Bardzo żywiołowy riff gitarowy, no i Mills wokalnie w bardzo wysokiej formie, jak za czasów Siam. Miłośnicy dobrego hard rocka z troską o melodykę numeru powinni czym prędzej zapoznać się z tą kompozycją noszącą silne znamiona hitu. Początek do Give Me A Reason jest bardzo demoniczny, budzący grozę, nadałby się idealnie do jakiegoś horroru czy dreszcowca. Dalej numer rozwija się w stylu Queensrÿche, jak w czasach ich największej świetności, stąd i łatwe skojarzenia ze wspominaną wcześniej kapelą Millsa. Gitarowe solo może nie jakoś szczególnie wymyślne, ale na tyle pomysłowe i pasujące do reszty, że miło się go słucha. Na pozycji trzeciej zapychacz, czyli A Conspiracy, kawałek niezbyt mnie zachwycający. Pod względem formalnym zarzucić mu niczego nie można, jakoś w uszy nie kłuje, ale brak w nim jakiegoś pomysłu. Wrażenie psuje też sam Tony, gdyż powraca ta jego charakterystyczna ciągota do zaśpiewów musicalowych. Ja wiem, że to świadczy o klasie muzyka, jak potrafi wykorzystać swe umiejętności w sposób niesztampowy, ale to, co wokalista tutaj prezentuje, akurat zupełnie nie jest w moim guście. Znacznie lepiej prezentuje się Say It One More Time, choć brak tu jakiegoś wyrazistego gitarowego riffu, który pociągnąłby ten utwór do przodu. Sam klimat mi odpowiada, znów bliżej do Siam, rewelacji wprawdzie nie ma, ale stylistyka słuszna, no i solówka pomysłowa. Za Exclusion Zone jakoś nie przepadam, odstrasza mnie zbyt "nowoczesne" brzmienie gitar, przez co rozumiem dźwięki kojarzące się z połową lat '90 (industrial, alternatywa, itp garażowy "sound"). Fakt faktem, że znajdą tu coś dla siebie gitarzyści ze shredderskimi zainteresowaniami, bo wioślarz w solówce przemycił kilka szybszych pasaży, dla mnie solo to trochę za mało, by od razu podniecać się kawałkiem. Miles From Nowhere jest coverem kompozycji Cata Stevensa i to coverem całkiem przyzwoitym. Zasadniczo można ten utwór uznać za balladę, bo sporą jego część stanowią rzeczy dość nastrojowe, nie brak jednak mocniejszych momentów, które występują w refrenie. Ukłony w stronę klawiszowca swą grą udowadniającego, że nie trzeba wymiatać, by zagrać coś robiącego wrażenie. Kolejne w secie Neurotic to jeden z moich faworytów na krążku. Wyróżnia sie rasowym hard rockowym riffem, nieco na modłę starego TNT (mógłby tu spokojnie zagrać LeTekro), choć oczywiście linie wokalne trochę od Harnella odbiegają (ale czyż aż tak daleko?). Świetne melodie, gdyby teraz wspomniana ekipa Norwegów tak grała, nie dałbym złego słowa o niej powiedzieć. Dobra gitarowa robota implementuje się w Action, gdzie wprawdzie Mills jakoś szczególnie inwencją w układaniu chwytliwych linii wokalnych się nie popisuje, ale też nie psuje całości. Numer gładko przechodzi przez moje uszy razem z poprzednikiem. Bez rewelacji i zaledwie poprawnie jest z Tears In Lisbon. Ścieżki gitar niby dość ciekawe, ale zarazem mało porywające, fajnie natomiast wypada partia Tony'ego, gdy mówi po portugalsku (?), niezła jest też solówka wchodząca wkrótce potem, choć strasznie krótka. In For The Kill celuje w mój gust, ma w sobie coś z Dokken pomieszanym z Queensrÿche. Właśnie ze względu na taki miks przywodzi mi na myśl melodic metalowy zespół Wycked Synn, który dopuszczał się podobnych eksperymentów i muszę przyznać, że są one udane w obu przypadkach. Komu za krótka wydawała się solówka w poprzednim numerze, tutaj zostanie zrehabilitowany nieco dłuższymi popisami wioślarza. Całościwo - palce lizać. Zaskakuje swoimi wokalami Mills w God Called My Name. Teraz rozumiem, czemu to akurat jego TNT wybrało na następcę Harnella. Toć tutaj Tony śpiewa niemal jak jego poprzednik, dostosowuje się nie tylko wysokością rejestrów, ale także barwą głosu. Zdecydowanie tak powinno teraz brzmieć TNT. A teraz wyobraźmy sobie Queensrÿche w jego balladowym wydaniu, tyle że z jeszcze większym nastawieniem na tworzenie nastroju - tak wygląda Sunniva. Bardzo subtelna kompozycja, co fanów rzeźni pewnie nie ucieszy, ale każdego wrażliwego słuchacza powinno. Choć nie jest to rzecz typowo w moim guście i nie słucham takich nagrań na co dzień, to muszę przyznać, że i takie granie mi się podoba. na pozycji zamykającej krążek umieszczono Glory Days, mające w sobie coś z gotyckich klimatów. Może to tempo, może rozwlekle gitary, może wplecione w środek klawisze stylizowane na pianino. Za to jak dla mnie błyszczy tu raz jeszcze Mills, który wydaje się podążać w ślad za ostatnimi dokonaniami Harnella w Starbreakerze.

Płyta to jakieś 70% dobrego materiału, ale i w pozostałej części, pomimo słabszych kompozycji, znaleźć można jakieś lepsze momenty potrafiące przyciągnąć uwagę. Album solowy dla mnie z definicji jest dziełem mającym pokazać klasę muzyka, który swoim nazwiskiem firmuje całość, a Tony Mills faktycznie tutaj pokazuje, na co go stać. Można lubić jego głos lub nie, ale nikt nie może odmówić mu talentu i umiejętności. Wokalista już zasłużył na mój kredyt zaufania, pora by docenili go i inni słuchacze. Krążek polecam tym, którzy zawiedli się na ostatnich płytach TNT, a którzy lubią starą stylistykę Queensrÿche, czy nagrania Starbreakera i nieco dźwięków zaczerpniętych z innych źródeł.

Oficjalna strona artysty na MySpace: www.myspace.com/tonymillsrocks