Talon - Fallen Angels

Talon - Fallen Angels

Wydawca: Kivel Records
Rok wydania: 2008

  1. Fallen Angels
  2. Burn
  3. What About Me
  4. Baby Jane
  5. Always Be My Baby
  6. Paradise
  7. I Won't
  8. Crying In The Dark
  9. Live Free
  10. All I Ever Needed
  11. Wrecking Ball (2008)
  12. C'est La Vie

Skład: Chandler Mogel - śpiew; Kory Voxen - gitara rytmiczna, instrumenty klawiszowe, chórki; Jim Kee - gitara prowadząca, chórki; Phil Keller - gitara basowa, chórki; John Parker - perkusja

Produkcja: Ty Sims

Przede wszystkim we wstępie zaznaczę, ze były 2 zespoły o nazwie Talon, jeden niemiecki, operujący w latach '80, drugi amerykański, którego tyczy się niniejsza recenzja. Formacja istniała już w połowie lat dziewięćdziesiątych pod nazwą Voxen i nawet w 1995 r. zarejestrowała album o tytule Sacrifice, później jednak zdecydowano się zmienić szyld kapeli. Efektem tego posunięcia grupa Talon poruszająca się gdzieś między melodyjnym hard rockiem a AORem "zadebiutowała" ponownie w 2002 r. swym eponimicznym krążkiem nagranym dla Frontiers Records. Przez jakiś czas o zespole z Los Angeles było cicho, wreszcie w 2008 r. ukazała się druga płyta tej formacji. Zmienił się wokalista, za obsługę mikrofonu odpowiada teraz Chandler Mogel, który zastąpił w tej roli Michaela O'Marę, zmiana nastąpiła także na pozycji wydawcy, tym razem jest to Kivel Records.

Muzycy nie prezentują niczego oryginalnego, zresztą w tym gatunku byłoby o to bardzo ciężko, ale jeśli ktoś po prostu chce posłuchać czegoś zwyczajnie dobrego, melodyjnego, bez żadnych eksperymentów, to Fallen Angels jest płytą dla niego. Po krążki Talona długo nie sięgałem, odstraszała mnie nazwa zespołu, nieodparcie kojarząca mi się z talonami, jakie pracodawcy mają w zwyczaju dawać pracownikom, by ci sobie coś zakupili w jakimś sklepie towarowym (nie mogą zaoferować po prostu pieniędzy, bo to fundusz pracowniczy, czy coś w ten deseń). Dlaczego wywołuje to złe skojarzenia? Po prostu zawsze jak dostawałem dowolne talony, to musiałem je zrealizować w pewnym konkretnym sklepie, gdzie kompletnie nie było niczego, co by mnie interesowało ;). Ale wróćmy do muzyki. Stylistyka obrana przez grupę kojarzy mi się trochę z AdrianGale (teraz pod nazwą Crunch, też ekipa od Kivela), Harem Scarem i kilkoma innymi kapelami, które bardziej stawiają na partie gitar rytmicznych, niż prowadzących. Dla mnie to pewnego rodzaju wada, bo zdecydowanie wolę konkretne riffy od ściany dźwięków, nawet jeśli ta ściana jest melodyjna. Mimo tej niedogodności płyty słucha się przyjemnie, znaleźć można na niej cały arsenał łatwo wpadających w ucho melodii. Dobrze ilustruje to tytułowe Fallen Angels, umieszczone na otwarciu wydawnictwa. Mocnym elementem jest tu głos wokalisty, którego ciężko mi do kogoś konkretnego porównać, łatwiej poszłoby chyba z chórkami, na tyle typowymi, że przypominają tysiące podobnych z całego okresu istnienia melodyjnego rocka. Pomimo wszędobylskiej melodyki wyraźnie słychać, że gitarowe podkłady mają wiele wspólnego z klasyką hard rocka, stąd też często zespół ląduje w szufladce z napisem "hard rock". Po tym niezłym otwarciu następuje Burn, przyjazny radiu rocker. Wstęp do numeru dość ostry, podobnie rzecz się ma z częścią solową, środek natomiast więcej wspólnego ma z AORem. Znów refleksja może być tylko jedna - niby nic nadzwyczajnego, nic odkrywczego, po prostu poprawnie skomponowany i odegrany kawałek rockowy. What About Me, tytuł ciekawy, reszta znacznie nie różni się od poprzednika, chociaż tutaj można wyczuć pewne podobieństwa do Tyketto. Wokalista podobnie frazuje swoje partie, barwa głosu też nieznacznie przypomina gardło Vaughna. Dobry utwór na jakąś parapetówę, a przy tym na tyle uniwersalny, że gdyby emitowano go w radiu, to chyba i nasi rodzice by nie pouciekali. Miła dla ucha AORowa ballada Baby Jane posiada wszystkie wady i zalety tego gatunku. To coś w klimatach Foreignera, Styx, czy starego Journey, łatwo wpada w ucho i szybko ulatuje z pamięci. Dziś nam się spodoba, jutro nawet nie będziemy pamiętać, że czegoś takiego słuchaliśmy. Numer mogę za to z czystym sumieniem polecić płci pięknej, to niemal pewne, że na jego punkcie oszaleją. Always Be My Baby jakoś szczególnie nie wyróżnia się od kompozycji z początku krążka. Te same tempa, te same rozwiązania melodyczne, choć dopatrzeć się można pewnych podobieństw do solowego Paula Laine'a. Z drugiej stronymógłby to też być spokojnie kawałek Bonnie Tyler, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jej współpracę z Desmondem Childem. W Paradise mamy już konkretny riff, co bardzo mnie cieszy, bo dzięki temu ścieżka nabiera charakteru. Jest to coś w stylistyce Randy'ego Rhoadsa, fragment zagrywki niemal bliźniaczy do takiego Crazy Train, też dość ostry. Nie wiem, czy to jest przyczyną, ale to zdecydowanie mój faworyt na tym wydawnictwie, po prostu rasowy hard rock. Kolejne w zestawie I Won't mogłoby się z powodzeniem znaleźć na ubiegłorocznym (czyli wydanym w mniej więcej tym samym czasie) albumie Lost Weekend, obie grupy wydają się w tym momencie podążać wspólnym torem, choć akurat Talon gra tu jakby ostrzej od Brytyjczyków. Słuchaczom powinien spodobać się przebojowy refren, utrzymany w AORowo-radiowej stylistyce, lecz zagrany z większym nerwem. Radiowym hitem może być Crying In The Dark. Nastrojowa, bluesująca solówka, gdzieniegdzie ilustracyjne klawisze i ogólnie zespół grający z przekonaniem. Kto jest grupą docelową tego nagrania, łatwo wydedukować, mnie też się to podoba, ale nie na tyle, by dać się za to pokroić. Live Free już bliższe mojego gustu, może dlatego, że ostrzejsze, hard rockowe, z bardziej wyrazistymi partiami gitar. Zadziorniej brzmiące wiosła dodają tu pazura, trochę niedomagają natomiast wokale, gdyby więcej nad nimi popracowano, nadałyby kompozycji zupełnie inny wymiar. No i całkiem przyzwoita solówka, ale ogólnie muszę przyznać, że akurat solówki na tym krążku są całkiem zadowalające. All I Ever Needed nieodparcie kojarzy mi się z tym, co węgierskie H.A.R.D. zaprezentowało na płycie Traveler (też 2008 r... czyżby krystalizowały się tu jakieś ogólne tendencje do takiego grania?). Gitary dość ostre, struktura kawałka poprawna, jest nawet przebojowo, choć trochę na siłę. Pomijając chórki, ponownie linie wokalne nasuwają mi na myśl głos Danny'ego z Tyketto. Zespół zdecydował się nagrać ponownie swój hit Wrecking Ball, który pojawił się na płycie Talon z 2002 r. Na pochwałę zasługuje to, co zrobiono z brzmieniem utworu, jak wypadają poszczególne instrumenty i jak selektywnie wyróżnia się głos wokalisty. Pod względem śpiewu, a może nawet i gitar, piosenka przywołuje mi Stormwind z repertuaru Europe. Melodie zupełnie inne, ale sposób komponowania i pomysł na kawałek wydają się być zbliżone. Jest to jak dla mnie trzeci numer będący powodem, by po ten krążek sięgać częściej. Jakieś echa wczesnego Europe znajdziemy też w C'est La Vie, ale teraz już tylko w partiach gitar i perkusji. Też coś celującego w mój gust, w zasadzie hicior i to cholernie dobry numer, za każdym kolejnym przesłuchaniem powala mnie na kolana.

Recenzenci często porównują ten album do twórczości AC/DC, Cinderelli, Scorpions i Dokken, ale mnie takie porównywanie na siłę wydaje się trochę niedorzeczne. Z pewnością wiele tu zapożyczeń od innych zespołów, które zaistniały na rynku muzycznym wcześniej, ale to raczej nie do tych wymienionych przed chwilą. Myślę, że płyta okaże się lekkostrawna dla wszystkich fanów AORu czy melodic rocka. Ja preferują tutaj akurat te ostrzejsze kompozycje, bardziej zadziorne i jeśli ktoś ma podobne podejście do mnie, a jest w stanie pogodzić się z faktem, że takich jest tu mniej, też może po ten krążek sięgnąć.

Oficjalna strona zespołu: www.talonrocks.com