Tomorrow's Eve - Tales From Serpentia

Tomorrow's Eve - Tales From Serpentia

Wydawca: Lion Music / Phantom Sound & Vision
Rok wydania: 2008

  1. Nightfall
  2. The Years Ahead
  3. Dream Diary
  4. No Harm
  5. Remember
  6. Succubus
  7. Warning
  8. The Curse
  9. The Tower
  10. Faces
  11. Muse

Skład: Martin LeMar - śpiew; Rainer Grund - gitary; Oliver Schwickert - instrumenty klawiszowe; Chris Doerr - gitara basowa; Tom Diener - perkusja

Produkcja: Phil Hillen i Tomorrow’s Eve

Tales From Serpentia to już wprawdzie czwarty album w dyskografii niemieckich progmetalowców z Tomorrow's Eve (drugi nagrany dla Lion Music), ale dla mnie jest to pierwsze spotkanie z ich twórczością, dodam, że spotkanie pozostawiające po sobie dobre wrażenie. Grupa zadebiutowała na progu tysiącleci w 1999 r. płytą The Unexpected World i zaliczyła od tamtego czasu kilka zmian składu. Często się spotykam z tezą, że wszystko, co najlepsze w progresie, zostało już nagrane gdzieś w latach '70, a reszta to tylko mniej lub bardziej udane kopie, zwłaszcza kiedy mówimy o metalu progresywnym. Może i jest w tym ziarno prawdy, ale ciężko się z takimi twierdzeniami całkowicie zgodzić. Tomorrow's Eve akurat oryginalnością nie grzeszy, jak i setki innych w tym samym gatunku, jednak kapela jest na tyle techniczna i melodyjna, że warto sięgnąć po jej nagrania.

Nie wiem, na ile muzycy zaznajomieni są z klasyką progresu z lat siedemdziesiątych, ale już od pierwszych utworów na krążku łatwo wysłyszeć, że wzorują się raczej na Dream Theater, szczególnie z okresu Awake, chociaż struktury kompozycji są tu zdecydowanie bardziej uproszczone. Zauważalny jest też trend do utrzymywania melodyjności iw liniach wokalnych i w partiach pozostałych instrumentów, inna sprawa, że niektóre zagrywki (zwłaszcza gitar rytmicznych) mogą kojarzyć się np. z metalem gotyckim. Grupa próbuje utrzymywać wszystko w mrocznych klimatach, nawet słowa czynią zadość tej tendencji i spajają płytę w klimatyczny album koncepcyjny. Początek albumu, czyli Nightfall to dość banalne intro z odgłosem padającego deszczu gdzieś za oknem, które przeradza się w dość ciekawą kłótnię. The Years Ahead rusza ostro zaraz po tym i jest tu już bardzo "dreamtheaterowato". Lubię taki typ grania, domyślam się, że to zagrywka komercyjna, by właśnie fanów słynnych Nowojorczyków przyciągnąć do wydawnictwa. Gdyby nie zupełnie odmienna barwa głosu wokalisty, to można by pomyśleć, że to jakiś zagubiony numer z Awake. Podobne stylistycznie, choć z nieco inną budową, jest Dream Diary, strukturalnie jest tu prościej, przez co rozumiem, że jest tu więcej wolnych zagrywek, co nadaje utworowi przestrzenności, a tylko czasem pojawia się coś szybszego i bardziej połamanego rytmicznie. Te przyspieszenia dodają ekspresji i dzięki nim nie czujemy znużenia. No Harm jakoś szczególnie się nie różni od poprzedników, może poza liniami wokalnymi, gdyż tutaj więcej jest jakby pół-szeptów, co też tworzy odpowiedni nastrój. Część wokali jest nawet mówiona, ale na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by tu rapować ;). Ten numer przypomina mi trochę również ubiegłoroczne dokonania Hollow Haze, chociaż podobne patenty miewało i progresywno-deathmetalowe Mercenary. Bardzo spokojnie zaczyna się następne w kolejce Rememberm chociaż w mój gust najbardziej trafiają te sekwencje, które wypadają mniej więcej w połowie ścieżki. Przypominają mi pewne zagrywki znane z Fates Warning, za co grupa dostaje u mnie plusa. Parę zakrętów w Succubus, choć i tu nie brak prostszych pomysłów. Zawodzą trochę linie wokalne, ale sam utwór jest niczego sobie i może się podobać. Zresztą przy tej okazji coś, co jedni poczytają za plus, a co innym może przeszkadzać - płyta jest bardzo jednolita, kompozycje są do siebie dość podobne i przez to trudno jest wyłowić jakiś kawałek, który by się szczególnie wybijał ponad pozostałe. Jeśli jednak ktoś gustuje w takiej stylistyce, to z pewnością polubi cały album. Warning to ballada, ale nie taka typowa, kierowana do kobiet i mająca łamać im serca, raczej taki progresywny standard celujący w dostarczenie facetom-rzeźnikom chwili wytchnienia ;). Ten słodki przerywnik nie trwa jednak długo i zaraz po nim następuje The Curse, który niezależnie od tego, co napisałem wcześniej, pod względem melodyki wyróżni się swoją skocznością i melodyką. To taki progmetalowy przebój, gdzie przy zachowaniu pewnego kompromisu i odpowiedniego balansu można podbić gust i fana progresu i innych gatunków muzycznych. Utwór jest po prostu lekkostrawny, z jednej strony słychać, że to wciąż progres, ale spodoba się to też tym, którzy nie mają ochoty na jakieś szczególne angażowanie swojej uwagi i chcą tylko potupać nogą w rytm muzyki. The Tower kontynuuje godnie mroczny koncept albumu. Zaczyna się od nastrojowych klawiszy, potem wchodzą już cięższe gitary i ciekawie dudniąca perkusja, niby nic szczególnie odkrywczego, ale na tyle zmyślnie wykombinowane, że z miejsca mi się to podoba. Gdybym musiał wskazać jakiś wysuwający się ponad poziom albumu utwór, pewnie wskazałbym na The Tower. Zespół dobrze się spisuje również w kolejnym Faces, gdzie wolniejsze momenty przywodzą mi na myśl co bardziej balladowo brzmiące pozycje z repertuaru Stratovariusa, ale nie należy się tym zbytnio sugerować, gdyż te podobieństwa są bardzo mgliste. Nie ulega wątpliwości, że formacja czerpała tu z różnych odmian rocka i metalu, więc co za tym idzie, od niejednego innego zespołu. Dla mnie najważniejsze jest tu to, że z kawałka nie wieje nudą, że coś się w nim dzieje, że zmieniają się tempa i podziały. Jeśli coś nie jest monotonne, może być dobre. Teoretycznie to samo mógłbym napisać o zamykającym krążek Muse, to też całkiem niezła kompozycja, chociaż nie robi na mnie już takiego wrażenia jak dwie poprzednie. Jest zagrana poprawnie i ciężko się tu do czegoś przyczepić, ale i hymnów pochwalnych na jej cześć też nie ma co układać.

Szukający oryginalności, inwencji, czy jakichś daleko idących eksperymentów nie są grupą docelową dla Tomorrow's Eve. Za to sympatycy lekkostrawnego progresu z odrobiną mocniejszego uderzenia mogą śmiało zapoznać się z wydawnictwem. To nie jest taki progres, gdzie nie wiadomo, o co chodzi, kompozycje są bardzo poukładane i nie ma przerostu formy nad treścią. Jeśli ktoś po prostu szuka dobrych melodii i nie przeszkadza mu, że zespół nie należy do pierwszej ligi wyczynowców w dowolnej kategorii, a chce posłuchać dobrej muzyki, niech sięgnie po Tales From Serpentia. Szczególnych podniet płyta nie dostarcza, ale z pewnością na brak porządnych kawałków nie można tu narzekać.

Oficjalna strona zespołu: www.tomorrows-eve.com