Tony MacAlpine - Madness

Tony MacAlpine - Madness

Wydawca: Shrapnel Records
Rok wydania: 1993

  1. Naked Nancy
  2. Peruvian Power Layback
  3. Albert's Fat Sister
  4. Restaurant At The End Of The Universe
  5. Realm Of The Flying Monkeys
  6. Prelude #8 Opus #28
  7. Confrontation With The Electric Bees
  8. Dr. Garlic Breath
  9. Houses In Motion
  10. Muffin Bandits
  11. Rats With Wings

Skład: Tony MacAlpine - gitary, instrumenty klawiszowe; Glen Sobel - perkusja; Larry 'Larbone' Dennisona - gitara basowa
Gościnnie: Branford Marsalis - saksofon w [3]; Matt Finders - puzon w [3]; Lee Thornburg - trąba w [3], Gina Demos - gitara prowadząca na lewym kanale w [4]

Produkcja: Tony Macalpine, Larry Dennison, Glen Sobel i Brian Levi

W 1993 roku Tony MacAlpine nagrał krążek będący pewną odskocznią od tego, co prezentował na swych klasycznych solowych płytach, chociaż pewnych podobieństw nie udało mu się jednak uniknąć. Identyczny krok zrobił dwa lata wcześniej Vinnie Moore na swoim albumie Meltdown i chyba te dwa krążki najłatwiej jest do siebie porównać. Madness to też spora dawka humoru, co widać głównie po tytułach poszczególnych utworów (takie pomysły miewał też Satriani). Ale po kolei...

Większość kompozycji MacAlpine'a była raczej tajemnicza, mroczna, smutnawa, melancholijna. Naked Nancy dla odmiany jest bardzo wesołe, skoczne, dynamiczne, żywiołowe. By to wrażenie jeszcze podkreślić, partie basu w niektórych momentach odegrane zostały klangiem, a gitarowo sporo tu połączeń technik legato i staccato, niemal jak u Grega Howe, z tym że Tony gra zdecydowanie bardziej melodyjnie. Nieco inaczej, ale w sumie też raczej radośnie będzie w Peruvian Power Layback. Jest wolniej, melodie faktycznie kojarzą się z Peru i Andami, natomiast artykulacyjnie MacAlpine gra dość nietypowo jak na siebie, bardziej przypomina to wspomnianego Howe'a, czy też Satrianiego (flażolety i podciągnięcia strun). W Albert's Fat Sister klimat zmienia się na bardziej jarmarczno-odpustowy. Stylistycznie to jakieś połączenie boogie, bluesa i jazzu, w sumie bardzo modny typ grania na początku lat '90 wśród wirtuozów skupionych wokół wytwórni Shrapnel Records. Brzmienie wzbogacone zostało o sekcję dętą, a swoje "pięć minut" na solówkę dostał też saksofon, co nieodparcie kojarzy mi się z programami rozrywkowymi, gdzie pogaduchy o wszystkim i o niczym przerywane są co jakiś czas występami jakiejś kapelki. Knajpiany klimat będzie miało Restaurant At The End Of The Universe, tutaj Tony podzielił się kanałami z Giną Demos, co wyszło całkiem nieźle. NIby wszystko odegrane na bluesowo, ale artykulacyjnie bliżej temu do rocka. W porównaniu z poprzednikami, tutaj nastroje raczej melancholijne, z jakąś nutką nadziei, trochę zapożyczeń a'la Gary Moore, zarówno w jego bluesowej jak i rockowej odsłonie. Humor wraca wraz z Realm Of The Flying Monkeys, kompozycją przywodzącą na myśl najbardziej jajcarskie kawałki Satrianiego oraz niektóre pomysły z pierwszej solowej płyty George'a Lyncha. Gdybym nie wiedział, że gra to Tony i ktoś by mi to załączył i powiedział, że to dzieło jakiegoś innego wioślarza, to byłbym skłonny uwierzyć - tak bardzo granie tutaj różni się od tego, co słyszeliśmy na poprzednich krążkach MacAlpine'a. W sumie to nawet dobrze, dzięki temu w dyskografię nie wkrada się monotonia. Na kolejnej pozycji tradycyjnie gitarzysta zamieścił utwór Chopina, przypominając nam tym samym, że przecież Tony jest też utalentowanym pianistą. Zawsze podobali mi się Mozart, Bach, Vivaldi czy Boccherini, grę Chopina nie za bardzo rozumiałem, ale do tego trzeba było po prostu dorosnąć. Fryderyk komponował dzieła bardzo artykulacyjne, pełne akcentów i zmienne dynamicznie i teraz to doceniam, a spora w tym zasługa MacAlpine'a i jego wykonań takich rzeczy jak właśnie Prelude #8 Opus #28. Kolejne Confrontation With The Electric Bees wydaje się utworem dość chaotycznym, zagranym bez ładu i składu, nastawionym głównie na "wymiatanie". I tu widać ten ogólny trend grania, jaki dominował około połowy lat '90 w nagraniach takich wioślarzy jak Satriani, Housholder, Tafolla. Ciężko, wolno, masywnie będzie w Dr. Garlic Breath, najsłabszej moim zdaniem kompozycji na krążku. Jest ona dość mętna, sporo kakofonii, brak w niej jakiejś wyrazistości. Najprawdopodobniej miał to być jakiś eksperyment, czy udany i co było jego celem, to pewnie wie tylko Tony. Houses In Motion kojarzy mi się z dokonaniami Vinniego Moore'a nagrywanymi w podobnym okresie. Mniejszy nacisk położony został na melodykę, a większy natomiast na artykulację. Na taki ruch pozwolić mogą sobie tylko wirtuozi najwyższego kalibru, ale przecież Tony do takich właśnie należy. Są tu też momenty, gdzie linie gitar plasują się gdzieś między Satrianim a Beckererm... W Muffin Bandits MacAlpine powraca w bardziej charakterystyczne i właściwe sobie klimaty, tu już można poznać, kto obsługuje "wiosło". Jest to dość ostry numer i niejako zapowiada on stylistykę gry znaną z kolejnego albumu mistrza. Po niepozornym wstępie do Rats With Wings gitarzysta zafundował nam karkołomną galopadę po całym gryfie. Na szczęście nie brzmi to tak do końca power metalowo, jak można by się spodziewać, natomiast są pewne nawiązania w strukturach podkładów, które nieodparcie muszą kojarzyć się z pochodami barokowymi (koło kwintowe). Do tego jeszcze kilka zagrywek gitary prowadzącej "wstydliwie" przypomina zagrywki Malmsteena.

Płyta niesamowita, kierowana w zasadzie do fanów gitarowego wymiatania, ale myślę, że co najmniej kilka pozycji z niej pochodzących powinno trafić w gusta hard rockowej publiczności. Jest to bardzo melodyjne granie, chociaż tak duża dawka solówek może wydawać się nużąca dla tych, którzy preferują jednak utwory z wokalistą. Co tu dużo gadać, to muzyka elitarna, nie musi się podobać każdemu. Tak czy inaczej, polecam ją wszystkim, choćby po to, by zobaczyć co to takiego i czym się to je.

Oficjalna strona artysty: www.tonymacalpine.com