
Stratovarius - Destiny
Wydawca: Dark Wings / Modern Music Records / Noise Records / JVC Japan / Phantom / Victor / Sanctuary
Rok wydania: 1998
- Destiny
- SOS
- No Turning Back
- 4000 Rainy Nights
- Rebel
- Years Go By
- Playing With Fire
- Venus In The Morning
- Anthem Of The World
- Cold Winter Nights (europejski bonus track)
- Dream With Me (japoński bonus track)
- Blackout (amerykański bonus track)
Skład: Timo Kotipelto - śpiew; Timo Tolkki - gitary; Jari Kainulainen - gitara basowa; Jens Johansson - instrumenty klawiszowe; Jörg Michael - perkusja
Gościnnie: chór chłopięcy Cantores Minores
Produkcja: Timo Tolkki
Nie ma się co oszukiwać, jak na dzień dzisiejszy Destiny, jedna z kultowych w sumie płyt fińskiej formacji Stratovarius, to żadna rewelacja. W czasie jednak jej wydania była to całkiem porządna pozycja, zważywszy na fakt, że rok 1998 nie był jakoś szczególnie obfity w dobre wydawnictwa. Album zasługuje jednak na uwagę z zupełnie innego powodu, mianowicie właśnie w owym okresie odradzała się scena heavy/power metalowa, a to dzięki takim grupom jak HammerFall i Stratovarius.
Ekipa dowodzona Timo Tolkkiego, a nawet będąca pod jego dyktaturą, sporo namieszała w muzycznym światku wydając rok wcześniej ciepło przyjęty przez krytykę i fanów album Visions. Różnił się on w stosunku do poprzednich krążków tym, że był nieco bardziej progresywny i miał zdecydowanie lepsze brzmienie (promocję zresztą też miał dobrą). Właśnie na nim znalazł się utwór o tytule The Kiss Of Judas, numer który powalił mnie na kolana i miałem wielką nadzieję, że grupa podąży właśnie w kierunku takiego grania. Niestety muzycy postanowili grać dość typowy symfoniczny power metal, choć na szczęście kolejna płyta jest miła dla ucha i jeszcze nie tak sztampowa jak jej następca. Tytułowe Destiny zaskakuje wspaniałym brzmieniem, gdzie dobre proporcje pomiędzy wszystkimi instrumentami i wokalistą zostały należycie zachowane. Dobrze spisuje się tu Jörg Michael, perkusista znany występów w Running Wild i u Axela Rudiego Pella, człowiek wiedzący jak wykorzystać dwie centralki, klawiszowiec Jens Johansson dla odmiany gra bardziej podkładowo, aczkolwiek przed solówką daje neoklasyczny popis (fanom najbardziej znany jest chyba z płyt Malmsteena). Tolkki, autor całej muzyki, zadbał o ciekawe aranżacje - zastosowano chór chłopięcy, w samym utworze mamy zwolnienie tempa w środku, solówka to już typowy popis umiejętności Timo - bardzo dużo szybkich dźwięków granych perfekcyjnie techniką staccato (to wręcz jego znak firmowy). Dalej następny hit zobrazowany zresztą teledyskiem - SOS. Wszystko jakby nieco wolniejsze, świetnie sprawdza się tu głos Kotipelto i klawesynowe klawisze, nie wspominając o powracającym chórze znanym z poprzedniej piosenki. O ile za power metalem szczególnie nie przepadam, to tego krążka akurat mogę słuchać bez większych bóli, może dlatego, że ma on znakomitą produkcję i takie właśnie przebojowe kompozycje jak ta. No Turning Back to już bardziej typowy power metalowy numer, przywodzący na myśl dokonania takich kapel jak chociażby Rhapsody i ich naśladowcy. Szybkie partie gitar i galopująca perkusja, wokale zaaranżowane nieco na manierę średniowiecznych bardów. Brakuje tylko księżniczek i smoków ;). W ramach odpoczynku wolny kawałek o tytule 4000 Rainy Nights. Nie wiedzieć czemu, został przez krytyków zmieszany z błotem, a zupełnie niesłusznie, bo to jedna z najlepszych piosenek na płycie. Refren może się równać z tymi z lat '80 ubiegłego wieku i powinien trafić w serca fanów hair metalu. Nieco balladowy klimat, nawet solówki grane są wolniej, w co aż trudno uwierzyć znając skłonności Tolkkiego do galopad (przyznam się nieśmiało, że to moje ulubione solo na tym krążku). Nawala tylko końcówka, bo choć pomysł był dobry, Kotipelto zawył jednak zbyt wysoko, natomiast akustyki z odgłosami deszczu to po prostu bomba. Dalsze Rebel to powrót do power metalu, przy czym sporo tu podobieństw do tych szybszych kawałków Yngwiego, neoklasycyzm aż unosi się w powietrzu. Nawet solówkę Timo zagrał w stylu Malmsteena, a Johansson mu w tym wtórował jako niegdyś na płytach Szweda. W sumie utwór niczego nowego do albumu nie wnosi, ale też i jego obecność na nim jakoś szczególnie nie razi. Years Go By jest pianistyczną balladą utrzymaną na modłę Eltona Johna, ale odnoszę jakieś dziwne wrażenie, że głos wokalisty nie za bardzo do takiego repertuaru pasuje, choć jest to oczywiście rzecz gustu. Najlepiej przemawia tu do mnie solówka Tolkkiego, bez reszty jakoś bym się obył. Coś lepszego przyniesie Playing With Fire, o ile przebrniemy przez dość banalnie brzmiący początek. Zwrotki są bardzo typowe jak na tę kapelkę, natomiast na uwagę zasługuje przejmujący refren z wplecionymi chórkami i króciutka solówka łącząca dwa kolejne wykonania refrenu. Może nic odkrywczego, ale w mój gust trafia. Niestety w ogóle nie rusza mnie kawałek Venus In The Morning. Jest dziwnie rozwlekły, nosi znamiona niezbyt wydumanej ballady i chyba nie za bardzo pasuje do reszty materiału. Tak samo nie przepadam za wstępem do Anthem To The World, dalsza cześć utworu jest już znośna. W sumie to granie typowe dla Stratovariusa, lecz gdzieniegdzie pojawiają się jakby zapożyczenia od HammerFalla. Zamknięcie płyty grupa przyszykowała różne da różnych części świata - co innego jako bonus track dostali Japończycy, co innego Amerykanie, nam Europejczykom dano Cold Winter Nights... I możemy się poczuć dumni, bo to naprawdę niezły kawałek. Niby jest to power metal (podobne zagrywki będzie kilka lat później miało Last Tribe), ale nie ma tych irytujących mnie zazwyczaj naparzań w centralki, jest natomiast całkiem miła dla ucha melodia. Wreszcie dostaliśmy coś doprawdy ekstra.
Może i nie jest to płyta przełomowa dla muzyki ogólnie, ale z pewnością miała swój lwi udział w odbudowie świetności power metalu pod koniec lat '90. Jest to też ostatnia jak dotąd płyta w dyskografii Stratovariusa, która mi się podoba, późniejsze jakoś do mnie już nie trafiają. Moim zdaniem jedno z najlepszych wydawnictw roku 1998 i całościowo jeden z najlepszych albumów Tolkkiego i spółki. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.stratovarius.com