
Tony MacAlpine - Evolution
Wydawca: Shrapnel Records
Rok wydania: 1995
- The Sage
- Oversea Evolution
- Eccentrist
- Time Table
- Seville
- Futurism
- Etude H5 Opus No. 10
- Powerfield
- Plastic People
- Sinfonia
- Asturias KV467 No. 21
Skład: Tony MacAlpine - gitary, instrumenty klawiszowe, fortepian; Tony Franklin - gitara basowa; Mike Terrana - perkusja
Produkcja: Tony MacAlpine i Steve Fontano
Połowa lat '90 ubiegłego wieku, świat ma już za sobą najazd muzyki grunge, zdążył oswoić się z industrialem i przyjmuje na siebie brzemię nu-metalu. W takich okolicznościach, jak niby nigdy nic, wirtuoz Tony MacAlpine nagrywa swe kolejne gitarowe dzieło nie zwracając uwagi na panujące mody. Evolution jest dla mnie dość szczególnie ważną płytą, bowiem nie dość że jedną z pierwszych dzieł Tony'ego, jakie słyszałem, to jeszcze jest ostatnim chronologicznie krążkiem, jaki podoba mi się niemal w całości.
Nie da się ukryć, że to typowe wydawnictwo kierowane do maniaków gitarowego grania, wielbiciele wyśpiewywanych zwrotek i buńczucznych refrenów nie mają tu czego szukać. Tony nie zostawia co do tego żadnych wątpliwości, cały krążek to jedna wielka solówka. Gitarzysta złagodził nieco brzmienie w stosunku do poprzedniego albumu i zbliżył się bardziej do swego klasycznego wydawnictwa - Maximum Security, co słychać już w otwierającym płytę utworze The Sage. To chyba mój faworyt tutaj, zapewne dlatego, że sporo się w nim dzieje. Ogólne tempo raczej średnie, ale bardzo ciekawie przeplatają się tu partie gitar i klawiszy, jak wiadomo MacAlpine potrafi wymiatać nie tylko na gitarze. Są momenty pełne napięcia, brzmiące tajemniczo, nie brak też weselszych gitarowych zagrywek. Nie inaczej będzie w Oversea Evolution, kolejnym hicie w zestawie. Teraz tempo jest szybkie, rzekłbym power metalowe, co najlepiej słychać w partiach perkusji. Znakomita kompozycja, chociaż przez jej lwią część gitary rytmiczne strasznie zlewają się z basem. Dobrze, że co jakiś czas gitara basowa nie gra unisono z rytmiczną, wtedy możemy podziwiać umiejętności Franklina. Natomiast solóweczki to już tradycyjnie miód-malina, Tony umiejętnie eksploruje skale w górę i w dół pokazując przy tym, że gitara ma przecież więcej progów niż kilka. Od razu przypomina mi się rubryka w jednym z gitarowych pism, którą prowadził MacAlpine. Jeden z odcinków omawiał opalcowanie skal w taki sposób, by nie powielać pewnych schematów i kiedy tak słucham gry Tony'ego, przychodzi mi ów odcinek na myśl i szkoda, że nie mogę zobaczyć, jak to jest zagrane. Eccentrist przypomina klimatycznie pierwsze płyty gitarzysty, aczkolwiek wyróżnia się partiami perkusji i basu. Zaczyna się niemal funkowo, w dalszym ciągu też słychać w tym groove, bas fajnie pulsuje, a Mike Terrana udowadnia, że potrafi zagrać na swym instrumencie nie gorsze sztuczki od panów Anura i Castronovo. Dobrze, że MacAlpine zostawił swoim kolegom pole do manewrów, korzystnie odbiło się to na całości kompozycji. Jeszcze inaczej będzie w Time Table, brzmi to jakby MacAlpine skrzyżowany nieco z Satrianim, przede wszystkim jest znacznie spokojniej, bardziej ilustracyjnie, więcej tu kołyszących melodii. Kilka ścieżek basu przywodzi na myśl te zagrane przez Dave'a LaRue na krążkach Vinniego Moore'a, nie pamiętam teraz, gdzie słyszałem je prędzej - nie ma to większego znaczenia, grunt, że wypada znakomicie. Tony jakby zapomina o swych neoklasycznych korzeniach i udaje się na wycieczkę w okolice bluesa podlanego delikatnie sosem fusion. Chociaż tytuł Seville definitywnie kojarzy się z winem, flamenco i gorącymi hiszpańskimi kobietami, to jednak otrzymujemy typową kompozycję w stylistyce fusion. Jest melancholijnie, raczej spokojnie, choć pojawią się mocniejsze wstawki, w ogóle bardzo mi się to kojarzy ze stylem gry Grega Howe'a. Zresztą nie raz już zauważyłem, że w pewnych miejscach style gry robią się zbieżne, gdzieniegdzie między Macalpinem a Howem, gdzieniegdzie miedzy MacAlpinem a Moorem. Gitary rytmiczne są tu często wyciszone, toteż cała sekcja rytmiczna staje się bardziej słyszalna, co ma swoje zalety, gitara nie dominuje, jest po prostu częścią "orkiestry". Futurism wprawdzie mi się podoba, ale za wyjątkiem wstępu zagranego na takim brzmieniu klawiszy, za którym nie przepadam. Dalej jest znacznie lepiej, ciekawie perkusję zaaranżował pan Terrana, a bas Franklina brzmi bardzo agresywnie, co całościowo daje efekt, który nadawałby się jako podkład ilustracyjny do oddania pogoni w jakimś filmie z gatunku płaszcza i szpady. Przy okazji można podziwiać umiejętności producentów, kiedy to składnie podgłaśniają instrumenty aktualnie odgrywające główną rolę i wyciszają resztę tworzącą podkłady. No i nadszedł czas na tradycyjną porcję Chopina - tym razem wybór Tony'ego padł na Etude H5 Opus No. 10. Wesoła kompozycja, bardzo artykulacyjna, z silnymi akcentami, kojarząca się z łąką i latającym motylem. Dalej następuje Powerfield tempem przypominające pozycję nr 2 z płyty, zresztą i kilka innych numerów z poprzednich albumów wirtuoza. Znów power metalowa sekcja z dudniącym basem i galopującą perkusją, na szczęście nie ma tu zaśpiewek o dziewicach i smokach, które już dawno przecież wymarły (i smoki i dziewice ;)), nie brak natomiast wybornych gitarowych zagrywek. Bardzo fajnie pomyślane zakończenie kawałka, ze zwolnieniem i niknącymi klawiszami. Przyszedł czas na najbardziej wesoły numer, Plastic People. Nie wiem, czy Tony miał na myśli ludzi uzdolnionych plastycznie, zrobionych z plastiku, czy lubiących plastik, ale odbieram to jako swego rodzaju żart. Zwłaszcza jak na rok wydania płyty i ogólnie panujące wtedy trendy w muzyce i nie tylko. Nadmienię, że zawartość kawałka jest dość lekkostrawna, nawet jak dla słuchaczy nie lubiących gitarowego wymiatania, można tu wyróżnić jakby zwrotki i refreny, MacAlpine ogrywa w zasadzie jeden motyw i tworzy na jego podstawie różne wariacje. Sinfonia, czyli kolejna gra słów, połączenie symfonii i "sin", słowa oznaczającego po angielsku grzech. Początek tajemniczy, później niepokojące melodie i płynne przejście w wesołe klimaty. Ta umiejętność zmiany nastrojów to jedna z tych rzeczy, które zawsze podziwiałem u Tony'ego, w końcu wymaga to ogromnego wyczucia i wyobraźni. Na zamknięciu krążka pojawia się bardzo spokojny utwór z repertuaru Mozarta - Asturias KV467 No. 21. W tych wolnych partiach gitar Tony przypomina mi artykulacyjnie Jasona Beckera, zwłaszcza z czasów płyty Perspective. Słychać, że gitarzysta w rzeczywistości potrafi więcej, niż pokazuje na swoich wydawnictwach, ot tak, dobrze jest mieć coś w zanadrzu.
To chyba ostatni krążek, na którym Tony MacAlpine pokazuje się od melodyjnej strony, na późniejszych zaczyna dominować fusion i ciągoty w kierunku jazzu. Czy płyta ma jakieś wady? Muzycznie nie ma, przyczepić się należy jednak do samego wydania, bo sprawia wrażenie, jakby wydana była na szybkiego. Kiedyś miałem europejskie wydanie albumu, bodajże z Roadrunnera i tytuły w książeczce wydrukowane były w innej kolejności niż na płycie (albo odwrotnie). Teraz posiadam amerykańskie wydanie ze Shrapnela, kolejność jest ta sama, ale w druku na płycie pojawiło się kilka literówek (dodatkowo wkładka zrobiona jest z bardzo delikatnego papieru i trzeba się z nią obchodzić jak z jajkiem). Z ciekawości zajrzałem do działu dyskografii na oficjalną stronę internetową gitarzysty i tam też z kolei pojawiły się inne literówki. Oczywiście to wszystko nie ma żadnego wpływu na zawartość albumu, po prostu wkładamy go do odtwarzacza i delektujemy się muzyką. Rekomenduję wszystkim maniakom gitarowego grania.
Oficjalna strona artysty: www.tonymacalpine.com