Tesla - Simplicity

Tesla - Simplicity

Wydawca: Tesla Electric Recording Company / Frontiers Records
Rok wydania: 2014

  1. MP3
  2. Ricochet
  3. Rise And Fall
  4. So Divine...
  5. Cross My Heart
  6. Honestly
  7. Flip Side
  8. Other Than Me
  9. Break Of Dawn
  10. Burnout To Fade
  11. Life Is A River
  12. Sympathy
  13. Time Bomb
  14. 'Till That Day
  15. Burnout To Fade (writing demo version)[bonus]
  16. Honestly (writing demo version)[bonus]
  17. Taste My Pain [japoński bonus]

Skład: Jeff Keith - śpiew; Frank Hannon - gitary, pianino, chórki; Dave Rude - gitary, gitara basowa, chórki; Brian Wheat - gitara basowa, pianino, chórki; Troy Luccketta - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Tom Zutaut i Tesla

Tesla robi swoje i nie ogląda się na mody. Raz na kilka lat wypuszcza krążek studyjny. Padło, że kolejny album wyszedł w roku 2014, a konkretnie 6 czerwca. Za miksowanie i mastering odpowiedzialny jest Michael Wagener, legenda w hard rockowym biznesie. Żadnych zmian w składzie nie ma i to tyle w kwestii formalnej, posłuchajmy zatem, co też chłopaki przygotowali tym razem.

Pierwszy utwór zatytułowano MP3 i już on zwiastuje jakąs pułapkę. Owszem, wyraża on pewnego rodzaju pogardę i zdziwienie wobec tego bardzo popularnego formatu zapisu muzyki. Od strony melodycznej numer rozpoczyna się nadzwyczaj przednio od wpadających w ucho melodii i solówek (te przypominają mi nieco zakończenie słynnego Hotel California The Eagles). Dalej niestety mój początkowy optymizm wygasa niemal doszczętnie, bo wchodzą flakowate, rozciągnięte riffy, jak w jakimś grunge'u, a do tego jeszcze głos Keitha wtóruje temu wszystkiemu z równym brakiem mocy. To już nie te czasy co na pierwszych krążkach i trzeba się z tą myślą oswoić. Ricochet jest już znacznie lepsze. Balladowy wstęp, a potem hard rock, taki trochę w stylu znanym z płyty Shine Tyketto. Nie są to stylistycznie do końca moje rejony, ale takie granie jestem w stanie tolerować, zwłaszcza że część balladowa wypada naprawdę nieźle. Wraz z Rise And Fall zaliczamy powrót do stylistyki z numeru pierwszego, choć tutaj jest łagodniej. Znów nie uświadczymy tu tej pamiętnej żywiołowości z Mechanical Resonance czy The Great Radio Controversy. Piosenka jest ponura, ale może spodobać się fanom Enuff Z'Nuff. Na pocieszenie dostajemy balladę So Divine..., gdzie wprawdzie smutne klimaty z arkusza nut nie znikną, ale za to jak komuś przypadły do gustu balladowe nagrania z takich albumów jak Pull Wingera czy Dysfunctional Dokken, to właśnie będzie to porcja jego trucizny. Z kolei Cross My Heart to coś dla "południowców". Taka typowa southernowa ballada, ale dopracowana dodatkowo w każdym szczególe. Nie sięgam po takie rzeczy często, jednak gdy leci gdzieś w pobliżu, to też nie uciekam. Podoba mi się. Honestly, czyli jeszcze jedna ballada w zestawie, zapewne szybko zauroczy damską część publiczności, gdyż ma spore zadatki na superpościelówę. Jak ktoś pamięta te ballady puszczane przez MTV na początku lat '90, to właśnie jest coś w tym stylu. Bardziej rockowo, choć zarazem z dodatkiem country-bluesa w środku, będzie w Flip Side. W takim repertuarze Tesla spisuje się najlepiej i szkoda, że tego typu kawałków nie ma tu dużo więcej. Other Than Me, jeszcze jedna ballada, jakby było ich tu mało. Przypomina mi ballady Bon Jovi z ich ostatniego dwudziestolecia, kiedy to postanowili się bawić w mieszankę modern pop rocka i muzyki country. Chociaż w przypadku tego nagrania, to akurat ekipa Keitha i Hannona wypada dużo lepiej, a przynajmniej bardziej autentycznie. Break Of Dawn jest bardziej rockowe, lecz niestety w większej części modern rockowe. Hard rocka uświadczymy za to w refrenach. Nie jest najgorzej, ale i nie jest to ten poziom, którego bym oczekiwał od Tesli. Na uwagę zasługuje za to cały ustęp przed i w trakcie solówki. Burnout To Fade, jak można się tego było spodziewać, to kolejna ballada w stylu modern rock/country, jakie modne są od wielu lat za oceanem. Poprawnie zagrane, miłe dla ucha, ale czy będzie się chciało do tego wracać? Komu jeszcze mało ballad? Bo oto nadciąga Life Is A River. Zagrane według podobnego szablonu co wcześniej, tyle że z większą ilością pianina. Dla mnie główną, by nie rzec jedyną atrakcją, jest fajna, wolna solóweczka. Dla odmiany coś rockowego dostajemy w Sympathy. Obiecujący wstęp, a potem taka sobie reszta. Nie ma nad czym się rozpisywać. Time Bomb to strasznie słaby numer, mało melodyjny, rozwlekły i odegrany na siłę. Wypada jeszcze dużo gorzej od poprzednika. Więcej dzieje się w solówce, ale co z tego, skoro ciężko do niej dotrwać. Ballada 'Till That Day pozwoli odetchnąć po tym, co było przed chwilą. Raczej pozycja dla kobiet. Na końcu jeszcze dwa bonusy w postaci wersji demo Burnout To Fade i Honestly. Pierwszy z tych utworów wypada nawet nieźle, chyba lepiej niż wersja ostateczna, drugi można było sobie podarować.

Grupa zafundowała nam kolejna płytę zapełnioną w 90% materiałem balladowym. Polecić ją mogę chyba tylko kobietom, słuchaczom muzyki country oraz zagorzałym fanom nowoczesnej Tesli, nowoczesnego Bon Jovi i starszego Enuff Z'Nuff. Ja raczej nieprędko sięgnę po ten album ponownie, a miłośnikom bardziej energetycznego hard rocka doradzam najpierw zapoznać się z płytą i na wszelki wypadek nie zakupywać jej w ciemno.

Oficjalna strona zespołu: www.teslatheband.com