
Ozzy Osbourne - No More Tears
Wydawca: Sony Music / Epic Records / Columbia / CBS Records / Legacy
Rok wydania: 1991
- Mr. Tinkertrain
- I Don't Want To Change The World
- Mama, I'm Coming Home
- Desire
- No More Tears
- S.I.N.
- Hellraiser
- Time After Time
- Zombie Stomp
- A.V.H.
- Road To Nowhere
- Don't Blame Me [w remasterze]
- Party With The Animals [w remasterze]
Skład: Ozzy Osbourne - śpiew; Zakk Wylde - gitary; Randy Castillo - perkusja i instrumenty perkusyjne; Bob Daisley - gitara basowa; John Sinclair - instrumenty klawiszowe, pianino
Gościnnie: Lemmy Kilmister - słowa do [2,3,4,7]; Mike Inez - kompozytor intro w [5]
Produkcja: Duane Baron i John Purdell
Po wydaniu No Rest For The Wicked sporo się działo u Ozzy'ego Osbourne'a. Najpierw gwiazdor próbował udusić swoją słynną żonę, potem popadł w alkoholizm, wreszcie zmagał się w sądzie z rodzicami dwóch nastolatków, którzy popełnili samobójstwo rzekomo pod wpływem muzyki Ozza. Szósty studyjny krążek jego grupy w końcu ukazał się we wrześniu 1991 r. odnosząc spory sukces komercyjny, zwłaszcza w USA i UK.
Jakoś długo ociągałem się z zakupem tego krążka, wydawał mi się słabszy od poprzedników, ale w końcu trafił się w dobrej cenie i... zacząłem pluć sobie w brodę, że nie trafił do mnie wcześniej. Trzeba przyznać, że Ozzy wszedl w lata '90 z dużą pompą, a rok 1991 jeszcze sprzyjał tego typu muzyce (a potem nastały flanelowe koszule ze Seattle). Album rozpoczyna dynamiczny, ciężki, ale zarazem melodyjny numer zatytułowany Mr. Tinkertrain. Tekstowo utwór traktuje o seksualnym wykorzystywaniu dzieci, z punktu widzenia sprawcy. Najpierw intro jak z placu zabaw, Potem wchodzą riffy Zakka, utrzymane w tej samej stylistyce co na poprzednim wydawnictwie, a to akurat wielki plus, bo trzech lat przerwy po prostu nie słychać. Numer kończy się nagle, jakby był ucięty i to jedyny zgrzyt. Dodam jeszcze, że za produkcję zremasterowanej w 2002 r. wersji płyty odpowiada nie kto inny jak Bruce Dickinson. Remaster ten ma moim zdaniem zbyt podbite basy, niestety nie wiem, czy takie same były na oryginalnym wydaniu, ale póki się tego nie dowiem, za ten stan rzeczy będę winił Bruce'a ;). Druga pozycja w zestawie to również energetyczny hard rock. Przy I Don't Want To Change The World palce maczał Lemmy Kilmister dostarczając liryki. Ten "deal" chyba się Osbourne'owi opłacił, bo piosenka finalnie przyniosła mu nagrodę Grammy. Niby jest ostro, ale głos Ozzy'ego jakoś sprawia, że wszystko wydaje się być wesołe. Mama, I'm Coming Home to jedna z najlepiej znanych kompozycji z krążka, bowiem po pierwsze jest to ballada i po drugie, co z pierwszego wynika, puszczano ja w rozgłośniach radiowych wystarczająco dużo razy, by przedostała się do pamięci masowej. Ale to wszystko to w istocie nie są zarzuty, bo trzeba od razu uczciwie przyznać, że utwór ten jest znakomity. Dopracowany i nieprzesłodzony. Tekst znów od Lemmy'ego. Narzekać nie da się też na kolejne Desire. Bardzo dużo podobieństw do numerów z poprzedniego albumu, ale również i do bardzo lubianej przeze mnie płyty Bark At The Moon. Przy okazji, gdy słucham tutejszego wstępu, zaczynam się domyślać, skąd Symphony X wzięło swój słynny riff z Of Sins And Shadows... Tytułowe, ponad siedmiominutowe No More Tears urzeka od samego początku basowym intrem autorstwa Mike'a Ineza (na podobnym pomyśle kiedyś z kolei Savatage zmajstruje równie wyśmienite Handful Of Rain), które mogłoby trwać wieczność i pewnie by się nie znudziło. To zresztą nie jedyna atrakcja tutaj, bo riffy Zakka Wylde'a też są cholernie dobre, a do tego jeszcze pasują idealnie do reszty. Ozzy i inni oczywiście również się spisali. Mam tendencję do kilkukrotnego odsłuchiwania tego kawałka, zanim przejdę do następnego. S.I.N. z racji mocno przebojowego refrenu najbardziej do gustu przypadnie zwolennikom tzw. hair metalu. Słowem, przedłużenie typowych lat '80 do nowej dekady. Po nim nadzwyczaj solidna kompozycja opatrzona wymownym tytułemHellraiser, gdzie słowa znów podrzucil Lemmy z Motörhead. Warstwa tekstowa mówi, jak fajnie jest być wciąż podróżującym rock'n'rollowcem, dla mnie jednak najbardziej liczy się tu muzyka, a ta jest akurat przednia. Fajne zagrywki Zakka, a do tego jeszcze ten niezawodny, pulsujący bas. Półballadowe Time After Time nie robi na mnie takiego wrażenia jak nagrania poprzednie, choć złe nie jest, słyszałem miliony gorszych wypełniaczy. Z drugiej strony, gdyby numer ten wyszedł gdzieś w drugiej połowie lat '90, fani melodyjnego rocka i tak byliby szczęśliwi, że w ogóle ktoś chciałby tak grać. Wysoką klasę instrumentalnie trzyma Zombie Stomp, bo wokale Ozzy'ego trochę tym razem do mnie nie trafiają. W strefie melodii dużo brzmień tajemniczych, opatrzonych wstawkami jak w utworach Jana Hammera, które popełniał do filmów i seriali pokroju "Miami Vice". A.V.H. jest szybkie, melodyjne i nieco pokopane rytmicznie, stąd zakładam, że docelowym odbiorcą kawałka jest typowy fan Van Halen i Extreme. Powtarza się sytuacja z poprzedniej ścieżki, kiedy to instrumentaliści dają z siebie wszystko, a pan Osbourne przychodzi i się zbytnio nie wysila. Szkoda, naprawdę szkoda. Oficjalna część albumu zamyka udana ballada Road To Nowhere. Znaleźć w niej można pewne elementy, które Jonowi Bon Jovi i jego kolegom z zespołu przyniosły miliony baksów. Są bluesujące zagrywki na gitarze, są i akustyki podchodzące pod country. Re-edycja z 2002 r. posiada jeszcze dwie pozycje, które wcześniej znalazły sie na drugich stronach singli. Don't Blame Me jest bardzo dobre, rock'n'rollowe i nie wiadomo, czemu nie było go w standardowym secie, zamiast np. takiego Time After Time. Jedną z atrakcji tego numeru jest wściekła solówka Zakka, a także gra Castillo na talerzach z szybko wybijanymi szesnastkami. Drugi bonus to Party With The Animals utrzymane w stylu mniej więcej znanym z Top Jimmy Van Halena. Ścieżka słabsza od wcześniejszego bonusu, może nie jakoś szczególnie wybitna, ale z pewnością poprawna.
No More Tears byl ostatnim studyjnym krążkiem ekipy Ozza, na którym zagrali Bob Daisley i Randy Castillo. Jak dla mnie jest to też ostatni album Ozzy'ego Osbourne'a, który trzeba mieć. Polecam go przede wszystkim tym słuchaczom, których oczarowało No Rest For The Wicked, bo to w zasadzie jego naturalna kontynuacja. Solidna porcja apetycznego hard rocka.
Oficjalna strona wykonawcy: www.ozzy.com