Steve Vai - Alien Love Secrets

Steve Vai - Alien Love Secrets

Wydawca: Relativity / Sony / SBME Special Market / MSI Music Corporation
Rok wydania: 1995

  1. Bad Horsie
  2. Juice
  3. Die To Live
  4. The Boy From Seattle
  5. Ya-Yo Gakk
  6. Kill The Guy With The Ball / The God Eaters
  7. Tender Surrender
  8. San-San-Nana- Byoushi [japoński bonus]

Skład: Steve Vai - wszystkie gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie perkusji; Deen Castronovo - perkusja w [3, 4, 6, 7]; Tommy Mars - organy w [7]; Julian Vai - śpiew w [5]

Produkcja: Steve Vai

W 1995 r. Steve Vai postanowił odpocząć nieco od sesji nagraniowej do płyty Fire Garden i w ramach odpoczynku... nagrał płytę Alien Love Secrets. Z założenia miał to być krążek bardzo prosty, w przeciwieństwie do poprzednich nie miał zawierać za dużo elektroniki (choć ultraharmonizer jednak się tutaj momentami pojawi), ot po prostu taki album spontaniczny. Jak wyznaje Steve, skomponowanie materiału i jego nagranie zajęło mu raptem 6 tygodni, bardzo niewiele, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jest to jedno z jego najlepszych wydawnictw.

Zawartość muzyczna trwa niecałe 35 minut, więc co bardziej wymagający fani mogą czuć pewien niedosyt. Ledwie się płyta zaczyna, to już niedługo się kończy. Ma to też swoje dobre strony - na krążku nie ma wypełniaczy, dostajemy same dobre kompozycje. Pierwszy utwór, Bad Horsie, to zabawa Vaia z "kaczuszką" i nisko zestrojonymi gitarami. W czasach, gdy grał z Lee Rothem nie raz imitował swoim instrumentem śmiech ludzki, czy też ogólnie mowę, teraz nadszedł czas na imitowanie konia. Pomysł wbrew pozorom nie taki znów nowy, bo niemalże te same dźwięki zagrał w filmie "Crossroads" kilka lat wcześniej. Tutaj wszystkie motywy zostały bardziej rozbudowane, dodano obowiązkowe solówki i nieco wymiatania. Było ciężko, nadszedł czas na coś melodyjniejszego, choć nadal z wymiataniem. Juicemoże się spodobać wszystkim tym, których urzekły solówki Steve'a grane przez niego w czasach, kiedy udzielał się w zespole Whitesnake. To wręcz ten sam styl gry, kto wie, czy aby Vai nie przebunkrował po prostu kilku pomysłów z tamtego okresu. Dosłownie cała masa świetnych melodii i nie lada gratka dla lubiących dobre gitarowe granie. Kawałek fajnie się kończy, słychać głos "Shut up! We know you can play... Jesus". Dalej następuje wyborowy utwór Die To Live, o tyle charakterystyczny, że ilekroć myślę o tej płycie, to własnie on przychodzi mi na myśl w pierwszej kolejności. Jest zdecydowanie spokojniejszy od poprzednich, powtarzają się pewne motywy, przez co powstaje złudzenie zwrotek i refrenów, oczywiście przybranych w odpowiednie wariacje. W środku smaczek - zapowiedź stylistyczna kolejnego albumu. Pozostajemy przy wolniejszych tempach i przechodzimy do The Boy From Seattle. To w zasadzie instrumentalna ballada i z tego co wiem, powstała ona ku pamięci Hendriksa, który pochodził ze Seattle, a był jedną z inspiracji Vaia. Sama struktura utworu nie jest może jakoś szczególnie wyszukana, ale na jej bazie Steve jak zwykle przemyca cały arsenał pomysłów, które mniej obeznanym z jego twórczością mogą wydawać się zestawem przypadkowych dźwięków. Mnie najbardziej podoba się samo brzmienie gitary, jakie muzyk tu uzyskał, zwłaszcza że ilość efektów pozagitarowych tutaj użytych jest naprawdę niewielka. Ya-Yo Gakk z pewnością każdego zaskoczy. To bardzo luźny utworek, gdzie rolę wokalisty pełni dziecko Steve'a i wyśpiewuje serię niezbyt zrozumiałych wyrazów. Solówki w tym numerze nie są zbyt górnolotne jak na tego wirtuoza, ale jak można się domyślić, nie one były tym razem główną atrakcją. Wenusjańskie dźwięki rozpoczynają Kill The Guy With The Ball / The God Eaters i choć brzmi to jak mowa, patent wygenerowany został z gitary. Dalsza część kawałka stylistycznie bardzo przypomina płytę Sex & Relligion, toteż można sobie pomyśleć, że to jakiś odrzut z sesji do niej. My ufamy zapewnieniom gitarzysty, że to jednak nowy materiał. Jest tu nieco chaotycznie, na pewno bardzo szybko, gitarzysta może się wyżyć, wyładować dynamiczną energię. Najdłuższa kompozycja w zestawie, trwająca ponad 7 minut. Ciekawie się kończy, bo doszukać się można podobieństw do niektórych momentów z kolejnego Fire Garden (a jak pamiętamy, ten krążek powstał w przerwie podczas nagrywania tamtegoż). Czyżby więc zapowiedź i przedsmak następnego wydawnictwa? Na koniec Steve przygotował jeszcze jedną piękną balladę, Tender Surrender. Doskonała porcja muzyki relaksującej, idealnie sprawdzająca się pod koniec dnia, kiedy to chcemy wypocząć i nie mamy już ochoty na słuchanie ostrych kawałków. Mimo iż to ballada, Vai przemycił tu kilka szybszych solówek, ale jakoś pasują one do całości i nie psują ogólnych wrażeń estetycznych (polecam ponadto tę płaczącą kaczuszkę w końcówce). I tak kończy się ten album. Japończycy tradycyjnie dostali jeden numer więcej, lecz nie dane mi było go usłyszeć, posiadam bowiem wydanie europejskie.

Nieco ponad pół godziny znakomitej muzyki, nie za wiele jak na płytę długogrającą, nieco więcej jak na EP-kę. Krążek szybko się kończy, więc niemal zawsze zapuszczam go ponownie, by delektować się nim raz jeszcze. Płytę tę stawiam niemal na równi z ogólnie docenianą Passion And Warfare i choć różnią się one od siebie, to każda z nich jak dla mnie ma swój urok. Dla fanów muzyki gitarowej rzecz bezsprzecznie obowiązkowa, choć i miłośnikom muzyki rockowej o szerszych horyzontach album gorąco polecam.

Oficjalna strona artysty: www.vai.com