Symphony X - Iconoclast

Symphony X - Iconoclast

Wydawca: Nuclear Blast
Rok wydania: 2011

  1. Electric Messiah
  2. Iconoclast
  3. Prometheus (I Am Alive)
  4. The End Of Innocence
  5. Dehumanized
  6. Light Up The Night [bonus w limitowanej edycji]
  7. Bastards Of The Machine
  8. The Lords Of Chaos [bonus w limitowanej edycji]
  9. Heretic
  10. Reign In Madness [bonus w limitowanej edycji]
  11. Children Of A Faceless God
  12. When All Is Lost

Skład: Russell Allen - śpiew; Michael Romeo - gitary; Michael Pinnella - instrumenty klawiszowe; Michael Lepond - gitara basowa; Jason Rullo - perkusja

Produkcja: Michael Romeo

Symphony X od dłuższego już czasu łączy ze sobą elementy grania progresywnego z power metalem i nie da się ukryć, że jest jednym z czołowych przedstawicieli tak powstałego gatunku. Nowy album ekipy Michaela i Russella był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie płyt tego roku. Znając poprzedni krążek grupy nie spodziewałem się nie wiadomo czego, ale i wiedziałem, że raczej klapy nie będzie. Rzeczywistość chwalebnie okazała się lepsza od moich przewidywań.

Od czasu wydania Paradise Lost minęły cztery lata i nie wiadomo było, z czym teraz Symphony X "wyskoczy". W międzyczasie zespół przeszedł pod skrzydła wytwórni Nuclear Blast i pojawiły się spekulacje, jakoby nowe dzieło miało być ostrzejsze, a czynnik niepewności jeszcze eskalował pod wpływem wywiadów, w których muzycy wspominali o jakichś nowych elementach, jakie miały pojawić się w premierowym materiale tej amerykańskiej formacji. Przede wszystkim w jakimś stopniu nadchodzące wydawnictwo miało być mroczniejsze od poprzednich. Ale spokojnie, mroczniejsza to jest tylko okładka i teksty utworów oscylujące wokół tematu, gdzie maszyny przejmują pomału kontrolę nad wszystkimi aspektami ludzkiego życia. Stylistycznie nagrania plasują się dość blisko poprzedniego studyjnego krążka, lecz szczęśliwie poprawiło się brzmienie (dźwiękowo Paradise Lost było moim zdaniem zbyt brzytwowate jak na prezentowany materiał). Tutaj nadal jest ostro, ale nie na tyle, by się zaciąć przy goleniu... o, przepraszam, przy odsłuchu ;). Album otwiera numer zatytułowany Electric Messiah. Tempo ścieżki jest dość szybkie, w zasadzie power metalowe, jednak gitary wygrywają riffy thrashowo-progresywne i to mi akurat odpowiada. Świetnie pasuje do tego głos Allena, chociaż moim zdaniem grupa traci trochę na swej rozpoznawalności, która charakteryzowała jej wydawnictwa w drugiej połowie lat '90. Brakuje mi tu pewnych rozwiązań artykulacyjnych i innych smaczków (np. "queenowskich" chórków) i nic na to nie poradzę. Są za to w ramach rekompensaty zaśpiewy Allena przypominające Ronniego Jamesa Dio czy Tony'ego Martina i tu kapela ma u mnie plus. Tytułowy Iconoclast trwa prawie 11 minut i powinien zadowolić zarówno fanów stylu gry Dream Theater, jak i symfoniczno-operowych wstawek na styl francuskiego Adagio. Bardzo solidna kompozycja z dużą dawką progmetalu, co niemal automatycznie wywołuje u mnie uśmiech na twarzy. Owszem, gdzieniegdzie mamy trochę power metalowego patosu, ale nie jest on aż tak agresywnie wyeksponowany. Przy Prometheus (I Am Alive) też formacja sporo pogłówkowała i wyszło to ścieżce na dobre. Zmiany tempa, fragmenty brzmiące tajemniczo, trochę połamanych rytmów i przede wszystkim całość zagrana cholernie technicznie. No, ekipa Michaela zaimponowała mi, nie ma co. Linie wokalne mogłyby być tym razem lepsze, ale przy tak rozbudowanych partiach instrumentalnych jest to i tak czynnik mało istotny. The End Of Innocence jakoś dziwnie kojarzy mi się z solowymi albumami Boba Katsionisa, co akurat nie jest wadą, bo lubię różne etniczne wstawki w muzyce rockowej. Kawałek ogólnie jest dość skoczny, a skoczność tę mógłbym porównać do rytmiki znanej z płyt thrashowej Pantery z lat '90. Za połową piosenki fajnie śpiewa Allen, który tamże swym wcieleniem przypomina mi nieco Roberta Soeterboecka. Początek Dehumanized jest niezbyt ciekawy, chyba tutaj zespołowi zabrakło pomysłów, dalej robi się lepiej i tu i ówdzie trafi się jakiś lepszy riff. Momentami ciężko, chwilami jaśniej, ale zarazem jakby tajemniczo. Zapewne z czasem numer spodoba mi się bardziej (końcówka już mnie zresztą rajcuje), póki co w moim odczuciu trochę ustępuje poprzednikom. Light Up The Night przypomina starsze nagrania Symphony X z tych utworów, gdzie grupa silnie zbliżała się do dokonań Malmsteena z Markiem Boalsem na wokalu. Tu już nie ma tak wiele kombinowania jak we wcześniejszych kawałkach, struktury piosenki są uproszczone, ale chyba przez to powinny być też łatwiej strawne dla typowego słuchacza. Przy Bastards Of The Machine znów skojarzenia z twórczością Katsionisa, lecz i tym razem narzekał nie będę, gdyż takie rzeczy mnie kręcą. No i znów z gardła Russella wydobywają się dźwięki podobne do Boalsa. Także i teraz mamy do czynienia z kompozycją mniej skomplikowaną, co nie znaczy, że gorszą. W solówce Romeo poszalał (czy ja tu słyszę wajchę?), zresztą na całej płycie jego wymiatania nie brakuje. Na stół operacyjny idzie The Lords Of Chaos, gdzie kluczem do ścieżki okazuje się być zastosowana tu rytmika. Bardzo udana współpraca sekcji prowadzącej z rytmiczną. Bardzo ciekawie splecione fragmenty nasycone rytmem z tymi prostszymi i spokojniejszymi zarazem. Heretic jest utworem dość przeciętnym jak na możliwości tej kapeli i słychać, że raczej muzycy się tu oszczędzają. Za to zadowoleni powinni być fani thrash metalu, bo oni tu znajdą najwięcej nutek dla siebie. Wyobraźmy sobie taki thrash z dodatkiem klawiszy i elementów operowych tu i ówdzie. Reign In Madness mocno wyróżnia się z reszty setu swoim dość radosnym i optymistycznym nastrojem. Nawet jeśli ze słów kawałka może wynikać co innego, to same melodie w piosence są po prostu wesołe. W sumie miła odmiana po tych wszystkich "mrokach" albumu. Chórków z kolei nie powstydziłyby się chyba załogi hair metalowe. Cóż za intrygujący tytuł nagrania, pomyślałem sobie patrząc na Children Of A Faceless God. Zawartość utworu kojarzy mi się ze starszymi kompozycjami Yngwiego Malmsteena, jeśli tylko brać pod uwagę same podkłady i linie wokalne, bo tu akurat nie ma neoklasycznych solówek typowych dla tego Szweda. Jest za to więcej zagrywek progresywnych. Kiedy słucham ostatniego w zestawie When All Is Lost, nachodzi mnie impresja, że taki układ utworów na krążku, jaki jest, jest układem bardzo dobrym. Najspokojniejsza, niemal balladowa ścieżka (choć po prawdzie i ona nie pozbawiona ostrzejszych momentów) została umieszczona na końcu albumu. Po wysłuchaniu dzieła ma się ochotę zapodać go sobie jeszcze raz i zaprawdę powiadam Wam, nieprędko się ono znudzi.

Najważniejszą zaletą albumu Iconoclast jest chyba to, że można go wchłonąć od początku do końca za jednym zamachem i nie czując przy tym znużenia. Płyta w mojej ocenie znacznie lepsza od Paradise Lost i tak sobie myślę, że dobrze się stało, iż Symphony X kazało nam tak długo na nią czekać. Dla fanów zespołu rzecz obowiązkowa, dla miłośników dobrego progmetalu w zasadzie też. Jedno z najlepszych wydawnictw w tym gatunku w roku 2011. Gorąco polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.symphonyx.com