Sturm Und Drang - Rock 'N Roll Children

Sturm Und Drang - Rock 'N Roll Children

Wydawca: Helsinki Music Company / BMG Japan
Rok wydania: 2008

  1. Last Of The Heroes
  2. River Runs Dry
  3. Break Away
  4. Sinner
  5. A Million Nights
  6. Alive
  7. These Chains
  8. That's The Way I Am
  9. Life
  10. Heaven (Is Not Here)

Skład: André Linman - śpiew, gitara; Jeppe Welroos - instrumenty klawiszowe; Calle Fahllund - perkusja; Alexander Ivars - gitara; Henkka Kurkiala - gitara basowa

Produkcja: Jimmy Westerlund, A.Linman, P.Linman i M.Persson

O grupie młodych Finów ze Sturm Und Drang zrobiło się głośno w 2007 r., kiedy to ukazał się ich debiutancki album o tytule Learning To Rock. Materiał spodobał się zarówno recenzentom jak i fanom, lecz kiedy ukazał się jego następca, wydany w ubiegłym roku krążek Rock 'N Roll Children, przeszedł on bez większego echa, może poza rodzinną Finlandią. Zespół uchodzi za przedstawiciela heavy metalu, do którego wkradają się liczne wpływy power metalu i hard rocka. Tym razem postanowiłem rozłożyć na czynniki pierwsze drugą płytę chłopaków ze wschodniej Skandynawii.

Pomijając młody wiek muzyków (w chwili nagrywania debiutu mieli po 15-16 lat) historia powstania zespołu jest dość typowa. Dwóch kolegów, fanów metalu powracających z koncertu Judas Priest postanowiło w 2004 r. założyć zespół. Do kapeli dołączyło szybko dwóch kolejnych członków, a nazwę nowej formacji wymyślił ojciec jednego z chłopaków. Kilka tygodni po pierwszym koncercie do grupy przyjęty został drugi gitarzysta i muzycy zaczęli pracować nad nagraniami demo, które w roku kolejnym wysłali do Helsinki Music Company. Szef wytwórni odebrał działalność grupy jako żart, ale ponoć zmienił zdanie, gdy zobaczył ja w akcji podczas jednego z występów. Efektem kontraktu było wydanie debiutanckiego krążka, który w 2007 r. w pozostałej części Europy wydała inna wytwórnia, GUN Records. Na Rock 'N Roll Children mamy dość podobną zawartość, co na debiucie, choć odnoszę wrażenie, że tu wpływy power metalu są jeszcze większe niż poprzednio. Jest w tym jakaś logika, bo ten gatunek całkiem nieźle się sprzedaje, lecz minus tego taki, że otrzymujemy zbyt wiele podobnych do siebie kapel, które wydają się klonować nawzajem. Nie wiem też, dlaczego niemal w każdym utworze na krążku maczał palce ktoś spoza zespołu, wystarczy zerknąć na listę kompozytorów poszczególnych piosenek. Czyżby twórczość własna i niezły poziom techniczny chłopakom nie wystarczyły? Najmocniejszymi punktami Land Of The Heroes są wspaniały wstęp i porządne gitarowe solo, podoba mi się też patent zagrywki przeplatanej między gitarą a klawiszami (coś jak w Future World Pretty Maids), reszta to taki power metal, coś na wzór nieco delikatniej brzmiącego HammerFalla spotykającego się z typowymi dla Stratovariusa strukturami. Dobrze się tego słucha, bo jest melodyjne i dynamiczne, nie nuży, ale z racji małej oryginalności nie jest to rzecz słabo zapamiętywalna. River Runs Dry ma już w sobie więcej hard rocka, ale też i sporo np. z takiego Helloween. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że chłopaki wychowali się na muzie typowej dla okresu, na jaki przypadły ich lata wczesnej młodości - a co panowało tuż po 2000 r.? Power Metal... i wszelkie dodatkowe komentarze stają się zbędne. Ponownie mamy techniczną solówkę i naprawdę trudno uwierzyć, że może ją grać tak młody muzyk. Perkusyjne zagrywki i partie gitar zaraz po nich w Break Away od razu zdradzają fascynacje muzyką Judas Priest, szkoda tylko że takie klimaty nie panują w ciągu całego numeru. Ponownie otrzymujemy power metalową przeciętność, a najbardziej doskwiera tu ten jednostajny rytm perkusji. Z pewnością na świecie istnieje tysiące fanów gotowych dać się posiekać za każda porcję takiego rycerskiego grania, ale ja do nich nie należę. Wyróżnia się za to następny w kolejce Sinner. Początek bardzo epicki i "waleczny", nadałby się do jakiegoś filmu pokroju "Braveheart", natomiast środek powinien przypaść do gustu miłośników melodyjnego hard rocka, tego w stylu zespołów skandynawskich. Odmienne, lepsze moim zdaniem linie wokalne, inny sposób budowania utworu, no i ta shredderska solóweczka czynią z kompozycji rzecz godną uwagi. Także pewnym wytchnieniem po galopadach jest ballada A Million Nights, mająca w sobie coś z HammerFalla, ale też i z wielu grup niemieckich (choćby Gamma Ray, wokale barwą i melodiami nie raz podobne do Hansena). Może bez nadmiernej ekscytacji, ale numer mi się podoba, z pewnością do jego skomponowania potrzebne było trochę pomyślunku. Alive to coś zdecydowanie dla hardrockowców, takie skrzyżowanie Whitesnake i Sinnera, niby nic szczególnie skomplikowanego, ale zawsze to lepsze od power metalowego "patatajowania". Niestety po tych trzech kawałkach chłopaki postanowili wrócić do swego zwyczajowego grania - These Chains wprawdzie bez galopad, ale znów ta jednostajna perkusja... Raz jeszcze nawiązania do HammerFall, Gamma Ray, wczesnego Stratovariusa, chociaż melodyki tu jeszcze więcej niż u pierwowzorów. Jeśli posłuchać tego wczesnym wieczorem po kilku browarach, wchodzi bardzo gładko - stąd nazywam takie granie biesiadnym heavy metalem ;). Wstęp niemal gotycki w That's The Way I Am może zmylić słuchacza, ale ten numer bliżej ma do melodyjnego hard rocka, może nawet do AORu. Podobne pomysły miewa ostatnio Edguy i pewnie do podobnej publiczności kompozycja jest kierowana. Grupa posuwa się nawet dalej w Life, gdzie na brak melodyki nie ponarzeka nawet zagorzały fan AORu. Powiem szczerze, że tym posunięciem chłopaki bardzo mnie mile zaskoczyli, zwłaszcza jak wziąć pod uwagę to, co prezentowali na początku krążka. Gdybym na przykład poszedł do jakiegoś sklepu muzycznego z zamiarem szybkiego odsłuchu, mógłbym skreślić tę płytę po trzecim kawałku i nigdy nie dowiedzieć się o tym, co za perełki kryje w sobie od połowy dzieła... Ostatnia piosenka w zestawie to ballada Heaven (Is Not Here), z jednej strony podobna do A Million Nights, ale już zupełnie nie power metalowa, a bliższa klasykom AORu i nawet wokalista zadziwiająco dobrze się w swej roli spisał. To coś, co z czystym sumieniem moge polecić fanom melodyjnego rocka.

Płyta w kraju pochodzenia zespołu szybko pokryła się złotem, raptem w ciągu pierwszego tygodnia od jej premiery rozeszła się w ponad 15 tysiącach egzemplarzy i krążek zawędrował na pozycję drugą na listach sprzedaży, w innych krajach raczej utonął w nawale dobrych wydawnictw. Album robiłby o wiele lepsze wrażenie, gdyby ścieżki poukładano w innej kolejności. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być wydawnictwo power metalowe, ale prawie połowa utworów z pewnością spodoba się fanom melodyjnego rocka. Warto posłuchać, by zostać pozytywnie zaskoczonym.

Oficjalna strona zespołu: www.sturmunddrang.fi