
Stryper - Reborn
Wydawca: Big3 Records / MTM Music / Dream On Entertainment / King Japan
Rok wydania: 2005
- Open Your Eyes
- Reborn
- When Did I See You Cry
- Make You Mine
- Passion
- Live Again
- If I Die
- Wait For You
- Rain
- 10,000 Years
- I.G.W.T.
- More Than A Man (live) [bonus w edycji japońskiej i z Dream On]
- Reach Out (live) [bonus w edycji japońskiej i z Dream On]
Skład: Michael Sweet śpiew, gitara; Tracy Ferrie - gitara basowa; Oz Fox - gitara, chórki; Robert Sweet - perkusja
Produkcja: Kenny Lewis i Michael Sweet
Wielu słuchaczy słusznie zwróciło uwagę na fakt, że powrotny album Strypera, Reborn, jest podobny do solowej płyty Michaela Sweeta zatytułowanej Trust. W rzeczy samej nowy krążek miał być po prostu kolejnym solowym wynurzeniem Michaela, które jednak zdecydowano się wydać pod dobrze znanym szyldem. Materiał został pierwotnie nagrany bez kompanów Sweeta (ci dołączyli do grupy później), a w sesjach nagraniowych udział brali perkusista Derek Kerswill i basista Lou Spagnola.
Album wzbudził mieszane uczucia wśród fanów i krytyków, głównie dlatego, że stylistycznie z nagranym pięć lat wcześniej, cholernie dobrym krążkiem Against The Law niewiele miał wspólnego. Zespół obrał sobie nowocześniejszy kierunek, jeśli chodzi o brzmienie i podejście do komponowania utworów. Pojawiły się wpływy muzyki industrialnej i alternatywnej, niektórzy nawet zaczęli dopatrywać się zapożyczeń z grunge'u i nu-metalu. Ci ostatni zresztą niesłusznie, bo z grungem i nu-metalem płyty nic nie łączy, no może poza niższym strojeniem gitar, ale przecież i w hard rocku wcześniej zdarzały się takie zabiegi jak strój pół, czy cały ton niżej. Mamy więc taki modern hard rock z domieszką industrialu. Przy pierwszym kontakcie z wydawnictwem od razu rzuciła mi się w oczy jego okładka. Nie mogłem uwierzyć, że ta kapela często łączona przecież z chrześcijańskim rockiem zdecydowała się na coś, co przypomina okładki black metalowe. Faktycznie obwoluta Reborn ukazująca jakieś cierpiące dusze wydaje się być bliższa drugiej stronie barykady. Ale mnie się to podoba, nie mam nic przeciwko takiej szacie graficznej. Co do samego materiału, to już wygląda to różnie. Akurat nie przepadam za otwierającym dzieło numerem Open Your Eyes, gdzie wpływy muzyki alternatywnej są bardzo silne. Klimat tego kawałka jest ponury i raczej nie trafi on w gusta miłośników hair metalu czy fanów starszych płyt Strypera. Brak tutaj czegoś, co zapadałoby głęboko w pamięć i zachęcało do ponownego sięgnięcia po krążek, czyli popularnie rzecz ujmując - skucha. Dość dziwne posunięcie jak na początek albumu, nieprawdaż? Lepiej jest z tytułowym Reborn, gdzie pojawiają się nisko zestrojone gitary i ciężkie riffy. Czy to nu-metal? Oczywiście że nie, podobne rzeczy grywa przecież od lat Black Label Society, a przecież muzyki tego zespołu nikt nu-metalem nie nazywa. To po prostu ciężki hard rock i nawet ośmielę się zauważyć, że Stryper wciąż gra tu lżej od ekipy Zakka. Nie jest to wprawdzie typ grania, jaki bym uwielbiał, da się jednak tego słuchać. Z mojego punktu widzenia za mało się tu dzieje, ale idźmy dalej. Sytuacja poprawia się, bo takie When Did I See You Cry to już coś dla mnie. Całkiem niezły riff napędowy (móglby coś takiego zagrać nawet Winger w czasach Pull czy IV) wyostrza apetyt i szkoda tylko, że nie pokuszono się tutaj o jakąś bardziej wymyślną aranżację sekcji rytmicznej. Nie miałbym nic przeciwko temu, by cała płyta utrzymana była w takim klimacie, stąd numer od razu wędruje do grona moich ulubieńców z tego krążka. W Make You Mine krzyżują się wpływy alternatywy i modern rocka. Tej pierwszej jest najwięcej we wstępie i w zwrotkach, natomiast modern rock dochodzi do głosu w refrenach, kiedy to Michael śpiewa w sposób podobny do wielu amerykańskich grup poruszających się w tym gatunku. No właśnie, czyżby to był komercyjny ukłon w stronę amerykańskich fanów takiego grania? W USA liczba słuchaczy modern rocka jest całkiem spora. Passion zaczyna się balladowo, co od razu stawia mnie w stan czujności, bo akurat za balladami Strypera co najmniej nie przepadam. Ci, co mają podobne podejście do mnie, mogą odetchnąć z ulgą, nie ma tutaj cukru. Nawet środek jest ostrzejszy, chociaż akurat niczego nadzwyczajnego tu nie znajdziemy, chyba że ktoś szuka Jezusa ;). Dalej trafiamy na jednego z moich faworytów na płycie - całkiem zgrabne nagranie o tytule Live Again. Podoba mi się rytmika tej ścieżki, a nawet brzmienie gitar, które bliższe jest porządnym krążkom. Numer jakby trochę mroczniejszy, ale wciąż melodyjny i łatwo wpadający w ucho, że nie wspomnę o tym, jak to stopy wyrywają się do przytupywania w takt utworu. Zdecydowanie jeden z wabików, jaki sprawia, że mimo wszystko raz na jakiś czas po płytę sięgam (przyznam się jednak, że nigdy nie słucham jej w całości, zawsze tylko przesłuchuję kilka kompozycji). If I Die wrażenie może robić tylko swoim tytułem. Niestety zawartość ścieżki jest zbyt modern rockowa, by mogła mi się spodobać, chociaż pewnie fani np. nowoczesnej odsłony Bon Jovi mogą być tym kawałkiem zachwyceni. Jak dla mnie dodatkową jego wadą jest też to, że podobnych do niego skomponowano już tysiące. Lepiej jest z utrzymanym w średnim tempie Wait For You, które z racji większej dawki melodyjności może przypaść do gustu miłośnikom AOR-u. Nie zmienia to faktu, że numer jest prościutki do bólu i znów ciężko jest znaleźć w nim choćby odrobinę kompozytorskiego wysiłku ze strony zespołu. Rain to akurat ballada, ale muszę przyznać, że tym razem mnie ona w uszy nie kłuje. Pewien motyw melodyczny tu zastosowany kojarzy mi się z jedną z piosenek Extreme i może dlatego jestem skory dać temu utworowi nadzwyczajną szansę. W sumie, gdybym miał podzielić album na dwie części, na kompozycje lepsze i gorsze, to piosenka trafiłaby do pierwszej grupy. Do niej wrzuciłbym też 10,000 Years, dla mnie także jeden z najlepszych numerów w zestawie i jedna z pozycji, dla których po album sięgam. Dziwić może rytmika perkusji, która brzmi tak, jakby nie było tu żywego pałkera, tylko jakiś automat perkusyjny, ale mnie to w niczym nie przeszkadza. Fajne są te króciutkie melodyjki wygrywane przez gitarę, a głos Michaela w refrenach jest bardzo melodyjny i myślę, że starzy fani Strypera znajdą tu coś dla siebie. Na samym końcu grupa zdecydowała się zamieścić I.G.W.T., które jest przearanżowaną wersją In God We Trust, jej znanego hitu sprzed lat. Jakoś diametralnie oba wydania się od siebie nie różnią, zachowano chociażby chórki w refrenach w niemal nie zmienionej formie, ale od razu można wysłyszeć, że nowa wersja zagrana jest jakby agresywniej. Słychać to w ustawieniach gitar i basu, nowa aranżacja bliższa jest brzmieniom współczesnym.
Nie da się ukryć, że płyta jako całość na kolana nie powala, lecz w zestawie 11 utworów znalazły się cztery, które bronią jej dobrego imienia. Tak, to mniej niż połowa, jednak te cztery kompozycje działają na mnie jak magnes i co jakiś czas lubię ich posłuchać. Czy warto po krążek sięgnąć? Jeśli ktoś jest fanem Strypera, to i tak go już słyszał. Jeśli ktoś szuka typowego hair metalu, to może być zawiedziony, ale jeżeli chce posłuchać hard rocka w jego wersji nowoczesnej i potrafi podejść do tematu bez uprzedzeń, to też posłuchać może.
Oficjalna strona zespołu: www.stryper.com