
Stryper - Murder By Pride
Wydawca: Big3 Records / 101 Distribution / King Japan / Zoom
Rok wydania: 2009
- Eclipse Of The Son
- 4 Leaf Clover
- Peace Of Mind
- Alive
- The Plan
- Murder By Pride
- Mercy Over Blame
- I Believe
- Run In You
- Love Is Why
- Everything
- My Love (I’ll Always Show)
- My Love, My Life, My Flame [europejski bonus track]
Skład: Michael Sweet śpiew, gitara; Tracie Ferrie - gitara basowa; Oz Fox - gitara prowadząca, chórki; Robert Sweet - perkusja
Gościnnie: Kenny Aronoff - sesyjnie wszystkie ścieżki perkusji; Tom Scholz - gitara w [3]
Produkcja: Michael Sweet i Danny Bernini
Fanem Strypera jakoś nigdy szczególnie nie byłem, ale kto wie, czy nie zostanę. Wprawdzie grupa dołożyła do historii gitarowego rzemiosła kilka wspaniałych riffów, technicznych solówek i porządnych rockerów, lecz zrażały mnie zawsze jej ballady, gdzie mocno irytował mnie głos wokalisty brzmiący jak jakieś dziecko... no i ten lalusiowaty, "pszczelarski" image w żółto-czarne pasy też zespołowi powagi w moich oczach jakoś nie dodawał. Formacja była wiele lat studyjnie nieaktywna, wydawała tylko składanki i koncertówki, teraz wyszedł nowy krążek i postanowiłem sprawdzić, co też ci chrześcijanie przygotowali tym razem. A przygotowali miłą niespodziankę.
Ostatnim jak dotąd studyjnym wynurzeniem Strypera było wydane w 2005 r. Reborn, płyta dość kontrowersyjna, bo nie mająca nic wspólnego z klasycznymi albumami grupy, które przyniosły jej sławę. Znalazło się na niej sporo elementów modern rockowych i industrialnych, zabrakło natomiast fajnych solówek, ale wciąż można było tam znaleźć kilka godnych uwagi kompozycji. Dobra wiadomość jest taka, że z kolei Murder By Pride nie ma zbyt wiele wspólnego z Reborn, płyta jest dużo bardziej melodyjna, także lepiej przyłożono się do brzmienia, więc z pewnością starzy fani formacji powinni jeszcze raz dać jej szansę. W sumie i tak mamy cud, że długo opracowywany nowy materiał w ogóle się ukazał, bowiem Michael Sweet od dwóch lat udziela się w legendarnej grupie Boston, a w dodatku całkiem niedawno zmarła jego żona, która przegrała walkę z rakiem jajników, więc na muzyce ciężko się w takich okolicznościach skupić. Michael znalazł jednak czas, by popracować nad nową płytą, chociaż dla odmiany zabrakło na niej jego brata Roberta - wszystkie ścieżki perkusji zagrał tutaj Kenny Aronoff (Robert pozostaje jednak członkiem zespołu). Pierwszy numer w secie, Eclipse Of The Son, jeszcze mojego zachwytu nie wzbudza. Dzieje się tak dlatego, że struktura kawałka jest niemalże punkowa, z tym że wszystko jest dużo techniczniej zagrane, a partie wokalne Michaela są bardzo melodyjne (momentami przypomina mi nawet nieco Joeya Tempesta z czasów pierwszych płyt Europe). Inną dobrą wiadomością jest też to, że poczęstowano słuchacza również całkiem przyzwoitą solówką. Jeśli chodzi o 4 Leaf Clover, to przyznam, że nieco naiwnie liczyłem na cover znakomitej kompozycji z repertuaru Wingera, niemniej jednak i tak otrzymałem nie lada hicior. Już przy pierwszym kontakcie z piosenką przyłapałem się na tym, że rytmicznie tupię nogą w jej takt, a po kilku odsłuchach śpiewam te killerskie refreny razem z kapelą. Niby dość prosta ścieżka, a przemycono w niej kilka smaczków - chociażby na wejściu Michael śpiewa tak, jakby właśnie wchodził do pokoju (najpierw głos nieco wytłumiony, potem coraz bardziej wyraźny), albo kilka taktów partii basu także robiące dobre wrażenie (szkoda tylko, że trwa to dość krótko). Zdecydowanie najlepsze nagranie na płycie i w ogóle jedno z najlepszych, jakie w tym roku się pojawiły. Dodam jeszcze, że momentami wokalista brzmi trochę jak Blackie z W.A.S.P., a podkłady pod przyjemne solo przypominają te ze znanego kawałka Hear 'N Aid z połowy lat '80. Na pozycji trzeciej znajduje się Peace Of Mind, nowa aranżacja klasycznego przeboju grupy Boston, zresztą dość ciekawy przypadek, bo nie dość, że przecież Michael teraz tam obsługuje mikrofon, to jeszcze za partie gitar wziął się tu gościnnie Tom Scholz, członek tej formacji. Przeróbka przednia, bardzo melodyjna i z pewnością spodoba się fanom dawnego Strypera. Ballad w wykonaniu ekipy braci Sweet nigdy nie lubiłem i tym razem pościelówa zatytułowana Alive też mnie nie porywa, ale przynajmniej też i jakoś szczególnie nie drażni. Może lepiej by to wypadło, gdyby dla kontrastu do aksamitnych podkładów władować coś wokalnie ostrzejszego, np. falsetowy głos Keifera z Cinderelli... O tak, wtedy całość zabrzmiałaby niesamowicie, może nawet w klimatach słynnego Don't Know What You Got (Till It's Gone). Na szczęście The Plan to już rocker, chociaż podkłady nie brzmią szczególnie błyskotliwie. Przywodzą mi na myśl co mniej ambitne dokonania solowego Michaela Bormanna czy Paula Laine'a. Za to w ramach rekompensaty otrzymujemy raz jeszcze porządną, gitarową solówkę (w jednym z wywiadów Michael wyjawił, że większej liczby solówek domagali się fani i muzyk postanowił tym życzeniom uczynić zadość). Znakomitym kawałkiem jest tytułowe Murder By Pride, naprawdę potrafi przykuć uwagę. Podoba mi się tu niemal wszystko, poczynając od głosu wokalisty, poprzez partie gitar i refreny, a na ogólnych aranżacjach kończąc. Dziełem sztuki nagranie może nie jest, ale w roli dostarczyciela rozrywki spisuje się wzorcowo. I Believe jest balladą z ostrzejszymi momentami i o dziwo, trafia w mój gust. Sam się sobie dziwię, że to napiszę, ale tym razem pościelówa się zespołowi naprawdę udała. Do jakiegoś kanonu ballad wszech czasów pewnie nie wejdzie, ale jest to po prostu składny i dobrze pomyślany utwór. To samo właściwie mogę powiedzieć o Run In You, innym wolnym, nastrojowym kawałku. Tutaj dochodzą jeszcze ciepło brzmiące gitary, w których wyczuwam nieco rytmów latynoamerykańskich, lub przynajmniej czegoś do nich podobnego. Love Is Why to przyjazne radiowej emisji nagranie, gdzie też można się doszukać pewnych znamion ballady, chociaż jego tempo jest nieco szybsze od dwóch poprzedniczek. Facetów może nie zachwyci, ale kobietom z pewnością się spodoba. Solidnym rockerem jest Mercy Over Blame i myślę, że nie powstydziłoby się takiego kawałka np. Trixter czy Dare, podobne patenty miewało też Europe na płycie Prisoners In Paradise. Ciekawie zaaranżował swoje linie wokalista, fajne jest też brzmienie gitar, podczas gdy sekcja rytmiczna poprawnie robi swoje. Pod względem gitarowym podoba mi się kolejne Everything, chociaż już słabiej wypadają wokale, zwłaszcza w zwrotkach. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Numer łatwo wpada w ucho i miłośnicy melodyjnych odmian rocka szybko go polubią. Po tytule My Love (I’ll Always Show) można by się było spodziewać ballady, ale nic bardziej mylnego. To kawałek czysto rockowy, nawet hard rockowy, z ciężko brzmiącym wstępem, chociaż później, w zwrotach, nieco się uspokaja, wiąż jednak kołysząc. Obok 4 Leaf Clover jedna z najbardziej udanych kompozycji na krążku i zarazem powód, by do płyty częściej wracać.
Biorąc pod uwagę fakt, że spodziewałem się jakiejś stylistycznej kontynuacji Reborn, grupa sprawiła mi miłą moim uszom niespodziankę. Wprawdzie nie stworzyła jakiegoś wiekopomnego dzieła, nie nagrała płyty genialnej, ale wydała za to coś, co zapewnia dobrą rozrywkę. Dla kilku kawałków warto po album sięgnąć, no i czekać na kolejne wynurzenie Strypera, bo jak słychać, muzycy powracają do dobrej formy. Jeszcze jedna porządna płyta roku 2009. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.stryper.com